Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Rodzinne kadry z sypkiej Warszawy; "Dziewczynki skarżą się, że zmarli rodzice przychodzą do nich w nocy. Czas pokaże, że to nie zmarłych trzeba się bać"

    2026-07-31
    Czas czytania 15 min

    Jest rok 1936, 22-letnia Janka Wrzesińska zostaje sama z trójką młodszego rodzeństwa. Cztery siostry. Najmłodsza z nich liczy sobie 10 lat. Rodzice zmarli jedno po drugim. Oboje w sile wieku, nieznacznie po czterdziestce. Najpierw matka, Marianna, trzy miesiące później z rozpaczy umiera ojciec, Adam. Janka z poświęceniem zajmuje się siostrami, pomaga jej rodzina zmarłej matki, ale łatwo nie jest. Dziewczynki skarżą się, że rodzice przychodzą do nich w nocy. Boją się. Czas pokaże, że to nie zmarłych trzeba się bać.

    Na razie jednak każde poruszenie firanki jest interpretowane jako odwiedziny z zaświatów. Na zdjęciu zrobionym po pogrzebie ojca, Janka wygląda na zdecydowanie starszą niż jest. Czarny welon, toczek, ciemne włosy splecione na karku. Melancholijny wzrok. Ładna, ale to nie jest twarz dwudziestokilkulatki. Jedna z ciotek szybko znajduje jej kandydata na męża, wszyscy dookoła tłumaczą: „sama z trójką rodzeństwa sobie nie poradzisz”. Zgadza się. O romantycznych uniesieniach nie ma mowy. Zdjęć ślubnych na próżno szukać wśród tych ocalonych cudem z wojennej zawieruchy. Jest wiele innych, ale ślubnego ani jednego. Może ich nigdy nie było. Mąż Janki po wybuchu wojny trafi w ręce Niemców a po jej zakończeniu stanie pewnego dnia w drzwiach domu, ważący 45 kilo przy wzroście ponad 180 cm, z futrem z małpy narzuconym na kościste ramiona. Upiorna pamiątka po KL Dachau. To wtedy pozna swoją córkę Annę. Typowe dziecko wojny.

     

     

    Janka Wrzesińska, 1936 r., Warszawa

     

    Anna urodzi się w czerwcu 1939 roku. Jako kilkuletnia dziewczynka pozna smak kropli walerianowych podawanych przez matkę zamiast wody. W piwnicach warszawskich kamienic podczas nalotów nie było wielkiego wyboru. Janka miała przy sobie tylko krople, dziecko chciało pić, dostało. „Ty się dziwisz, że ja jestem taka nerwowa, przecież matka mnie poiła kroplami walerianowymi” - Anna setki razy w czasie swojego życia użyje tego argumentu, gdy ktoś zarzuci jej, że o byle co się piekli. A potem wyciągnie stary album ze zdjęciami i pokaże zdjęcie ze swoją mamą, na którym ma pięć lat. „To było po stłumieniu Powstania, mam na sobie filcowe kapce i płaszczyk a pod nim nocną koszulę. Więcej Niemiec nie pozwolił zabrać, musiałyśmy się szybko pakować. A potem był Pruszków”.


    /// Zginęli 5 sierpnia 1944 roku na terenie składu narzędzi rolniczych firmy Kirchmayer i Marczewski, przy kościele św. Wojciecha. W egzekucji, która wraz z wieloma innymi z pamiętnych dni sierpniowych 1944 roku przejdzie do historii Warszawy jako rzeź Woli. ///


    Tosia (naprawdę Zofia), rocznik 1922, trzecia z sióstr Wrzesińskich. Wyuczyła się na ekspedientkę. Kiedy Anna przyszła na świat to Tosię wytypowano na matkę chrzestną. Dziewczyna o falowanych jasnych włosach, elegancka, pogodna i wpatrzona w swoją chrześnicę jak w obrazek. Specjalnie dla małej zdobyła gdzieś dziecięce lakierki. Bywało, że przynosiła w niedziele ciastka. Ciocia czarodziejka. Anna do końca życia będzie wspominać te lakierki i ciastka. Tosia wyszła za mąż za Juliana, dziesięć lat od niej starszego pracownika Tramwajów Miejskich. Zamieszkali w domu przy ul. Wolskiej. Zachowało się ich zdjęcie ślubne. On, przystojny, ubrany w ciemny garnitur i ona w tweedowej garsonce, na głowie koronkowy welonik. Szczęśliwi. Zdjęcie wykonano ok. roku 1942, powodów do szczęścia nie było wtedy w Warszawie zbyt wiele, ale oni odnaleźli jego skrawek. I to na tym zdjęciu widać. Zginęli 5 sierpnia 1944 roku na terenie składu narzędzi rolniczych firmy Kirchmayer i Marczewski, przy kościele św. Wojciecha. W egzekucji, która wraz z wieloma innymi z pamiętnych dni sierpniowych 1944 roku przejdzie do historii Warszawy jako rzeź Woli. Szacuje się, że tego dnia przy samym św. Wojciechu Niemcy zamordowali ok. 2 tys. ludzi. Nie wiemy, czy Zofia i Julian byli razem do końca. Musieli być przerażeni podwójnie, za miesiąc miało przyjść na świat ich pierwsze dziecko. Janka i pozostałe siostry dopiero kilka lat po wojnie dowiedziały się jak zginęła Tosia. Dzięki PCK. Na jednej z tablic Cmentarza Powstańców Warszawy wyryto ich imiona i nazwiska. Janka co roku w sierpniu prowadziła w to miejsce swoją wnuczkę, Ewę, córkę Anny. A Ewa swoje dzieci. Dziś tablice są błyszczące, te pierwsze, powojenne były matowe i popękane, imiona młodych małżonków znalazły się dodatkowo na jednej z białych kolumn ustawionych wzdłuż alejek Parku Powstańców. Warszawiacy w rocznicę rzezi Woli zapalają pod nimi białe świece. Wiele modlitw idzie w te sierpniowe dni do nieba.

     

    Zdjęcie ślubne Tosi (Zofii) i Juliana Rychewskich, 1942 r., Warszawa

     

     


    /// Miałem wtedy szczęście, zamiast podejść do czołgu pułapki patrzyłem na niego ze sporej odległości. Gdyby zwyciężyła ciekawość nie skończyło by się na odłamku w głowie.///

     

    Antoni, przyszły mąż Ani miał w 1944 14 lat. „Był taki Volksdeutsch, nazywał się Flak, zadenuncjował mnie gestapo, że niby wysadziłem w powietrze barkę z amunicją. Barkę na Wiśle. Zabrali mnie, ustawili pod murem do rozstrzelania. Czekałem na strzał. Ale strzału nie było. Podszedł do mnie Niemiec. Wyciągnął mnie spod tego muru, Nie rozumiałem o co mu chodzi. Inni Niemcy krzyczeli, żeby mnie z powrotem postawił pod tym murem, ale on kazał im się zamknąć. Zaczął coś mówić, że przypominam mu jego syna. Zapytał, czy nie jestem głodny. Byłem. Pokręciłem jednak przecząco głową, chciałem by to wszystko już się skończyło. A on do mnie mówi: „Widzisz te kury?” Faktycznie niedaleko była jakaś zagroda i biegało tam kilka kur. Kiwnąłem głową. A on na to: „To złap sobie jedną i zabij, będziesz miał co jeść”. Zrozumiałem, że ten Niemiec chce się zabawić, że jak tylko pobiegnę za kurą, zastrzeli mnie, powie, że chciałem ją ukraść. Nie było, gdzie uciekać, było mi wszystko jedno, schwytałem kurę. A on: „To teraz zabij”. I daje mi siekierę. Zabiłem. Pilnował aż ją oskubię i upiekę. A potem patrzył, jak jem. Pierwszy i ostatni raz w życiu zjadłem całą kurę. Ze strachu. Cały czas czekałem na kulkę. A on upewnił się, że zjadłem i poszedł w swoją stronę. Wojnę przeżyłem. Została pamiątka w postaci odłamka żelastwa w głowie, którego nigdy mi nie usunięto, pozostałość po eksplozji na Kilińskiego. Miałem wtedy szczęście, zamiast podejść do czołgu pułapki patrzyłem na niego ze sporej odległości. Gdyby zwyciężyła ciekawość nie skończyło by się na odłamku w głowie. Tam były strzępy ludzkich ciał. Niedawno z wnukami oglądałem tę scenę na filmie. Ale żaden film nie odda tego, co wtedy przeżyliśmy”. Antoni odszedł w 2019 r. Rok przed śmiercią lekarz zlecił mu tomografię komputerową głowy. Badanie przerwano, gdy technik zauważył coś dziwnego na obrazie. Metal. Odłamek w głowie. Niby każdy w rodzinie znał tę opowieść o eksplozji, a jednak wydawała się tak daleka, tak nieprawdopodobna, że nikt nie wierzył.

     

     


    /// Józef nie dożyje Powstania Warszawskiego. Umiera na gruźlicę. W domu zostają Maria i jej dwie córki. ///


    Józef, brat Marianny i wujek Janki ukrywają wraz z żoną Marią i córką Wandą jedenastoletnią Avivę. Dziewczynka trafia do ich domu na dziesięć dni przed wybuchem powstania w getcie warszawskim. Za murami getta zostawia mamę i siostrę, od tej pory będzie się uczyła modlić po polsku a jej siostrą będzie rówieśniczka Wanda. Aviva staje się oficjalnie Jadwigą Jaworską. Józef działa w podziemiu. Zaczepiony przez wścibskiego sąsiada, który niebezpiecznie interesuje się nowa lokatorką daje mu do zrozumienia, że jak nie przestanie węszyć, spotka go zasłużony los. Sąsiad daje spokój. Józef nie dożyje Powstania Warszawskiego. Umiera na gruźlicę. W domu zostają Maria i jej dwie córki. Jadwiga ma niebieskie oczy i blond włosy, sprzedają z Wandą na ulicach gazety, są nierozłączne. W Boże Narodzenie wraz z Marią ubierają choinkę, są rodziną. Po wojnie Jadwiga – Aviva wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka na nią ojciec, prominentny żydowski dziennikarz, który w czerwcu 1939 roku wyjechał do Szwajcarii i do Polski wrócić nie mógł. Oboje próbują posklejać swoje życie. Aviva chce sprowadzić Wandę do Stanów, piszą do siebie i bardzo tęsknią. Wandzia już nigdzie nie pojedzie, zapada na zapalenie opon mózgowych i umiera w wieku 21 lat. Z Marią Aviva będzie miała kontakt jeszcze długie lata. Ona też mogła wyjechać do USA, ale odmówiła, stare, warszawskie drzewa najlepiej czują się u siebie. Maria regularnie otrzymuje paczki ze Stanów, jej przyszywana córka z getta nigdy o niej nie zapomni. W nowojorskim Muzeum Żydowskiego Dziedzictwa zdjęcia Marii i Wandy można oglądać na specjalnej wystawie, historia ocalenia żydowskiej dziewczynki jest też opisana w kilku książkach wydanych w USA [m.in. Maxine B. Rosenberg, Hiding to Survive: Stories of Jewish Children Rescued from the Holocaust ,1994]. Jest rok 2017. „Pani wujek był prawym, bardzo porządnym i dobrym człowiekiem, nie pozwolił mnie skrzywdzić. Oboje z Marią traktowali mnie jak własne dziecko. A Wanda była mi siostrą. Nigdy nie zapomnę o tym, co dla mnie zrobili” – mówi piękną polszczyzną ta, którą ocalono. Głos w telefonie przywołuje widoki ze starej Warszawy, zajezdnię tramwajowa na Kole, mury płonącego getta, ucieczkę z kolumny wracającej z pracy w złomowni poza jego murami i twarze bliskich znanych jedynie z fotografii. Aviva Blumberg, z domu Finkelstein zmarła w 2022 r. Była wybitnym psychoanalitykiem.

     

    Muzeum Warszawskiej Pragi, 2021r.

    Anna była jedną z ostatnich, którzy pamiętali tamtych ludzi i ich imiona. Odeszła w czerwcu 2017 roku. Pod koniec życia i te obrazy się zatarły. Nawet lakierki od Tosi i lalka, którą najmłodsza siostra Janki, Krystyna przyniosła pod pachą specjalnie dla niej, gdy wracała do zrujnowanej Warszawy „od Bauera”. W lipcu 2021 r. córka i wnuczka Anny zwiedzają wystawę czasową w Muzeum Warszawskiej Pragi. Tytuł: „Praga lat 70. Fotografie Alberta Krystyniaka”. Czarno-białe podwórka, trzepaki, sklepy, ludzie. Na olbrzymim, powiększonym zdjęciu widać dwie kobiety na ławce. To Anna i jej sąsiadka, starsza niewidoma pani, przyjaciółka domu. Po wojnie Anna z rodzicami zamieszkała przy Ratuszowej, później wraz z mężem na Środkowej. To tam powstało to zdjęcie. Anna nigdy go nie widziała. Za rogiem, przy ulicy Strzeleckiej była katownia NKWD i UB. Dziś ta kamienica przy Środkowej, wtedy zrujnowana, jest jedną z najpiękniej odrestaurowanych na Pradze. W dawnej katowni jest muzeum IPN. Zwykła historia z sypkiej Warszawy.


    Olga Doleśniak-Harczuk

    Zdjęcia z archiwum rodzinnego

    Na zdjęciu głównym: Tosia, Janka i Helena, Warszawa, ok. 1939 r.

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    Czy potrzebne jest pojednanie polsko-francuskie? Co Polacy i Francuzi wiedzą i myślą o sobie nawzajem?

    Zapraszamy na dyskusję, która odbędzie się w środę 20 grudnia 2023 r. o 19.00 w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie.

    Zespół redakcyjny

    1 min

    Wywiad / Małgorzata Bochwic-Ivanovska o książce Grzegorza Rossolińskiego-Liebe: Pojęcie ofiar i sprawców całkowicie się u niego rozmywa

    To, co powinno budzić jeszcze większy niepokój, to fakt, że narracja, którą wprowadził ten autor, przenika już na poziom poważnych publicznych niemieckich instytucji pamięci i przynajmniej częściowo staje się obowiązującą narracją.

    Zespół redakcyjny

    15 min