Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Wygładzić zmarszczki na duszy. Refleksja na koniec sezonu urlopowego; Oglądać świat, który jest nam przeznaczony

    2026-10-20
    Czas czytania 15 min

    W naszej epoce rzekomo bardzo ceni się różnorodność. Nic bardziej fałszywego.  Weźmy na przykład sztukę współczesną. Wiecznie te same nikogo już nieprowokujące prowokacje, nudne jak flaki z olejem. Na festiwalach filmowych wygrywają ci, którzy sprawnie powtórzą tę samą znaną od lat przypowieść o tolerancji i humanizmie, o losie perwersyjnych wykluczonych, którzy już dawno stali się klucznikami.       

     Teksty piosenek to najczęściej parę niewyrafinowanych słów czy zwrotów powtarzanych w kółko. Ci nieliczni, którzy mają do powiedzenia coś nowego, odmiennego, rzeczywiście pobudzającego do myślenia, nie mają co liczyć na laury.  Jeszcze gorzej w telewizji, zwłaszcza, gdy idzie o sprawy publiczne, a co dopiero, nie daj Boże, polityczne: kiedyś zapraszano do rozmowy po to, by ktoś powiedział coś innego niż wszyscy, coś oryginalnego, zaskakującego. Teraz każde zdanie niepowtarzające uznanej prawdy natychmiast uznawane jest za skandal, choćby było nie tylko prawdziwe, ale i oczywiste.

     

    /// Po co się podróżuje, kiedy wszystko można obejrzeć w internecie? Goethe, gdy ruszył w świat – to znaczy do Włoch – by szukać samotności, tak wyjaśniał motywy swojej eskapady: „Mnie teraz chodzi tylko wrażenia zmysłowe, których żadna książka i żaden obraz nie da…” ///


    Podobnie jest z podróżami. Stały się uciążliwym obowiązkiem, bez którego spełnienia pozycja towarzyska może być zagrożona. Zimą kolejne zastępy męczenników z narażeniem ścięgien i kości udają się na narty; latem smażą się na plaży w tłumie gorszym niż w okolicach Dworca Centralnego w Warszawie. Turyści szukają czegoś nowego, jakichś nowych przeżyć, ale dzięki sprawności biur podróży prawie zawsze znajdują to samo, lekko tylko przyprawione egzotyką. I tylko dzięki mediom społecznościowym już nie męczą sąsiadów i znajomych pokazami swoich zdjęć lub przeźroczy z wakacjach.
      
    Po co się podróżuje, kiedy wszystko można obejrzeć w internecie? Goethe, gdy ruszył w świat – to znaczy do Włoch – by szukać samotności, tak wyjaśniał motywy swojej eskapady: „Mnie teraz chodzi tylko wrażenia zmysłowe, których żadna książka i żaden obraz nie da. Najważniejsze, że świat znowu mnie interesuje, że wypróbowuję i badam moją spostrzegawczość, że chcę przekonać się, jak daleko sięga moja wiedza ścisła i ogólna, stwierdzić, czy moje oko jest jeszcze czyste, jasne i bystre, ile potrafię ogarnąć pospiesznym spojrzeniem i czy uda mi się wygładzić zmarszczki, które na mej duszy wyżłobił nawyk. Muszę teraz sam dbać o wszystkie moje sprawy, muszę stale uważać, zachowywać przytomność, i oto stwierdzam, że w ciągu tych kilku dni mój duch zyskał znowu giętkość.” 


    Teraz jednak niemal wszędzie kłębiący się tłum odbiera możliwość jakiegokolwiek doznania estetycznego i giętkości duchowej.  Na zawsze zapamiętam horror „zwiedzania” Kaplicy Sykstyńskiej “przed paru laty - pędzono ogromną rzeszę turystów przez muzea watykańskie jak Robert Duvall i jego kowboje pędzili swoje stado w „Open Ranch”.  A przecież jeszcze w latach dziewięćdziesiątych można było spokojnie zwiedzać Watykan i Rzym. Dzisiaj w sezonie turystycznym dopchać się do Fontanna di Trevi można jedynie nad ranem. Dlatego szukający wrażeń jeżdżą dalej i dalej - tam, gdzie inni jeszcze nie byli. Ale chyba nie ma już takiego zakątka ziemi. Nawet na Mount Everest są tłumy. Pozostaje tylko kosmos. 

    Cytowana powyżej „Podróż włoska” Goethego ukazała się w tłumaczeniu Henryka Krzeczkowskiego w ramach serii PiW „Podróże” wydawanej przez Pawła  Hertza, którego dwudziesta piąta rocznica śmierci minęła w tym roku. Hertz jako dziewiętnastolatek wyruszył zwiedzać Europę. Jak opowiadał po latach Barbarze Łopieńskiej: „jeździłem nie po to, żeby się bawić, ale po to, by się kształcić - oczywiście w sposób bardzo szczególny, bo nie przez słuchanie wykładów, lecz przez oglądanie świata. Takiego, który był oparty na zasadach etycznych, moralnych i jakichś zasadach intelektualnych. Znakami tego świata były zespoły wielkomiejskie, zespoły architektoniczne, ośrodki władzy - parlamenty, muzea, biblioteki, dwory monarsze czy książęce.” 

    Zanim komuniści zafundowali mu możliwość zwiedzania Syberii, Kazachstanu i innych fascynujących, pozwalających lepiej zrozumieć naturę człowieka, regionów Związku Sowieckiego, zwiedzał Włochy, przebywał na Sycylii w towarzystwie Iwaszkiewicza, mieszkał w Paryżu, który opisuje w „Sedanie”. Nie wyjeżdżał daleko - żadna Sri Lanka czy Nowa Zelandia. Jedynie Europa, i to ta bliska Polsce:” Do dziś uważam, że kto nie zna Włoch, nie zna tego całego pasma, od Włoch przez Austrię, Niemcy aż po Anglię, ten nie bardzo rozumie, gdzie żyje…. Jeśli ktoś czytał Quo vadis, rozumiał, że tam jest środek świata. Tego świata, który jest przeznaczony dla niego. Nigdy mnie nie interesowały obszary, których, w moim naturalnie przekonaniu, nic się nie działo. Japonia, Chiny czy Indie do dziś mnie nie interesują. Wiem, że są wspaniałe i bardzo ważne, ale to nie dla mnie.”


    /// I choć Proust trochę wyśmiewał towarzystwo mieszkające w Grand Hotelu i jego dyrektora, to do dziś w Grand Hotelu kultywuje się tamtą atmosferę luksusu dawnej epoki. ///

     

    Wyjazd do środka świata, wyznaczonego przez „Quo vadis”, w czasach, gdy już nie pamięta się o żelaznej kurtynie, to żadna wyprawa. A jednak są tam miejsca mające szczególną aurę, której nie mogą mieć dla nas inne, bardziej odległe, obce nam strony.  Plaże w Nicei, Biarritz, San Malo, w Cabourgu czy Deauville są piękne, ale czy na Maledivach lub Sri Lance,albo w Turcji nie ma ładniejszych? Być może tak, ale po plaży w Cabourg spacerowały kiedyś Albertyna i Andrea (zamieniona przez Boya w Annę) – i to na zawsze uczyni ją wyjątkową. I choć Proust trochę wyśmiewał towarzystwo mieszkające w Grand Hotelu i jego dyrektora, to do dziś w Grand Hotelu kultywuje się tamtą atmosferę luksusu dawnej epoki. Nawet kelner w hotelowym barze stylizuje się na młodego Prousta. A w dodatku w tym samym legendarnym hotelu miał przecież spędzić noc z Jacqueline narrator nowej powieści Antoniego Libery, która będzie wydarzeniem literackim – a raczej byłaby, gdyby książki zachowały swoją czarodziejską moc, jaką miały w młodości Hertza.

    Przed II wojną światową uciekano z północy Europy do Włoch w poszukiwaniu straconego świata. Zmysłowość południa łączyła ponad politycznymi podziałami. Jak pisze autor książki „Adorno na Capri”, Martin Mittelmeier, o tamtej epoce: „Jeśli Capri jest krajobrazowym miejscem ucieczki dla romantyków, to Neapol jest takim miejscem społecznym. …  Dla gości z północy Neapol stanowi zapowiedź obcego, pozaeuropejskiego, niemal orientalnego świata. Z perspektywy głównie protestanckiej, wyznaczonej przez przemysłową kulturę pracy jest to moloch sztuki życia, lenistwa i zmysłowości; krąży powiedzenie o „dzikusach Europy”. To raj dla każdego, kto pragnie uciec od cywilizacji.”


    Goethe, który nie mógł jeszcze narzekać na przemysł, myślał podobnie, narzekając na niemieckie usposobienie i nawyk do pracy i nauki: „Wybaczam wszystkim, którzy w Neapolu odchodzą od zmysłów. Przypominam sobie ze wzruszeniem mego ojca, który zachował na zawsze niezatarte wrażenie po obejrzeniu wszystkiego, co dziś widziałem po raz pierwszy. Mówią, że człowiek, który widział ducha, nigdy już nie będzie wesoły. O moim ojcu można by powiedzieć coś wręcz przeciwnego: nigdy nie oddawał się bez reszty ponurym nastrojom, bo zawsze mógł wspominać Neapol.” 


    Przemysł turystyczny dawno już opanował, skomercjalizował i zbanalizował Capri, Neapol i wiele innych nadzwyczajnych miejsc Europy. Możemy zrozumieć Heideggera, który wzdragał się przed wyjazdem do Grecji, a gdy zmuszony przez żonę Elfriede, udał się tam w 1962 statkiem, długo odmawiał wyjścia na ląd.  Słusznie obawiał się, że Grecja, którą zobaczy nie będzie taką, jaką odnajdywał w greckiej filozofii – Grecją presokratyków i Platona.

    Czy w czasach powszechnej uniformizacji i standaryzacji tylko w przeszłości możemy szukać form życia zupełnie odmiennych od naszych?  Amerykański historyk David Lowenthal zatytułował swoją znaną, wydaną w 1985 roku, książkę: „Przeszłość jest obcym krajem” (tytuł zaczerpną z powieści L. P. Hartley’a „The Go-Between”). Twierdził on, że interesujemy się pamiątkami przeszłości, że staramy się zachować i rekonstruować zabytki dlatego, że przeszłość przestała do nas bezpośrednio przemawiać, stała się nam obca, że nie czerpiemy już z niej wskazówek, jak żyć. Przeszłość jest „obcym krajem”, odwiedzamy ją jak turyści. 

     

    /// Może więc, by wygładzić zmarszczki, które na naszej duszy wyżłobił nawyk, lepiej nie zalewać ich botoksem masowej turystyki. ///

     

    Ale od czasu wydania tej książki, sytuacja się chyba zmieniła. Przeszłość została podbita przez teraźniejszość; jest coraz bardziej kolonizowana przez współczesność.  Nie jest już „obcym krajem”, lecz krajem nam poddanym. „Cancel culture” to kolonialna agresja współczesności przeciw historii. Przeszłość jest poprawiana zgodnie z obecnym smakiem i wartościami. Cały „przemysł kulturowy” nad tym pracuje. Współcześni twórcy są jak pracownicy biura podróży, którzy dbają o nasz komfort - mamy poczuć dreszczyk emocji, jaką wywołuje obcość, ale ani na chwilę nie stracić poczucia bezpieczeństwa i wyższości. Dlatego z filmu Nolana, rzekomej „Odysei;” nie dowiemy się niczego o Grekach, o tym jacy byli, a tylko jacy według obecnego mniemania być powinni. To współcześni ludzie przebrani w historyczne kostiumy. Nie zrozumiemy, dlaczego Odyseusz nie miał wyrzutów sumienia, nie przeżywał zespołu stresu pourazowego i  nie dbał o to, by Telemach nie splamił się zbrodnią. Przestajemy widzieć i rozumieć, że świat Homera był inny niż nasz, że jak pisał Auden: „Świat Homera jest szalenie smutny, ponieważ nigdy nie przekracza chwili obecnej: ktoś jest szczęśliwy, ktoś jest nieszczęśliwy, ktoś zwycięża, ktoś przegrywa, wreszcie ktoś umiera. To wszystko. Radość i cierpienie są tylko czymś, co odczuwa się w danym momencie, poza tym nie mają znaczenia; odchodzą tak, jak się pojawiły; nie wskazują żadnego kierunku; niczego nie zmieniają. Jest to świat tragiczny, ale świat bez winy, ponieważ jego tragiczne błędy nie są błędami ludzkiej natury, ani – tym bardziej — błędami indywidualnego charakteru, a jedynie błędami wynikającymi z natury istnienia.”   Jeśli dziś przyjmujemy do wiadomości odmienność przeszłości, to tylko po to, by ją potem anulować. Dlaczego król Ryszard II w zapowiadanej ekranizacji Szekspira nie miałby być kobietą?  Tylko po co nam taka historia, takie filmy i literatura, gdy mamy współczesną rzeczywistość, po co nam „Lalka” Netflixa, jeśli sąsiad, obiecujący aktor, potrafi „w realu” równie biegle jak jego koledzy w tym serialu przeklinać i wzywać swoją „partnerkę” na cały dom? Wszystko w pakiecie, za darmo. Bez konieczności zakładania konta.

    Może więc, by wygładzić zmarszczki, które na naszej duszy wyżłobił nawyk, lepiej nie zalewać ich botoksem masowej turystyki, nie wcierać w duszę olejku masowej kultury, poprawiającej historię, lecz poświęcić czas na refleksję i lekturę. I dopiero potem wybrać się w podróż, by oglądać świat, który jest nam przeznaczony, wypróbować i badać swoją spostrzegawczość?


    Felieton ukazał się na łamach Tygodnika Solidarność nr 41/2026

     

    Komentarze (0)