Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Marco Gallina: Literacki ojciec Don Camilla był „istną maszyną do pisania”; Rzecz o buntowniczym Giovanninim Guareschim

    2026-05-22
    Czas czytania 15 min

    Giovannino Guareschi czuł głęboką więź z narodem polskim. Często wspominał hojność Polaków w czasie niewoli niemieckiej; polski krajobraz przypominał mu jego ojczyznę na Nizinie Padańskiej. Guareschi był nawet przekonany, że jego rodzina ma polskie korzenie. Według rodzinnej legendy we wczesnym okresie nowożytnym polski najemnik osiedlił się w północnych Włoszech, dając początek rodowi Guareschich (…) Jako osoba cierpiąca na obczyźnie mógł się bardzo dobrze utożsamiać z Polakami. Uważał też katolicyzm Polaków za mniej upolityczniony. W latach 50. pragnął więc polskiego papieża, który „splunąłby na mur” włoskiego Kościoła. De facto przepowiedział więc papiestwo Jana Pawła II – mówi Marco Gallina w rozmowie z Olgą Doleśniak-Harczuk


    Olga Doleśniak-Harczuk: Na niemieckim rynku wydawniczym ukazała się Pana książka „Giovannino Guareschi – zbuntowany ojciec Don Camilla”. Co skłoniło Pana do zajęcia się biografią oraz dziennikarsko-literacką twórczością waśnie tego autora?


    Marco Gallina: Giovannino Guareschi towarzyszy mi od młodości – również dzięki filmom z Fernandelem i Cevrim. Bardzo wcześnie zainteresowałem się życiem Guareschiego, które już samo w sobie jawi się niczym powieść: satyryk, jeniec wojenny w czasach nazizmu, odważny dziennikarz w antykomunistycznej walce obronnej, nieugięty katolik płynący pod prąd ducha czasu. Moje pierwsze publikacje w mediach katolickich były związane z Guareschim, postanowiłem się mu teraz w pewien sposób odwdzięczyć.


     Guareschi już od najmłodszych lat musiał zatroszczyć się o swój byt. Kiedy ojciec Giovanniego zbankrutował, chłopak pożegnał marzenia o studiach prawniczych na Uniwersytecie w Parmie. „Oprócz maszyn do szycia i gramofonów Guareschi senior sprzedawał przede wszystkim rowery – ale nie miał prawie żadnych zysków. Jeszcze w czasach szkolnych Guareschi junior musiał patrzeć, jak ojciec sprzedaje wszystkie meble” – tak Pan opisuje ówczesną sytuację materialną rodziny Giovanniego. Jak ten chłopiec, a następnie młody człowiek walczący o przetrwanie, zdołał zajść tak daleko?

     


    /// Czasami zamykał się w swoim gabinecie, a rodzina dostarczała mu tylko małą windą pomarańcze i kawę mieloną. Guareschi był istną „maszyną do pisania” ///

     

    Był taki okres, kiedy Guareschi musiał się imać różnych zajęć, by się utrzymać i to mimo tego, że jego rodzina od strony ojca zaliczała się pierwotnie do klasy średniej. Guareschiemu pomogło, że dość wcześnie dostrzeżono jego talent rysowniczy i dziennikarski, ale oprócz tego miał kilka konkretnych cech, które zdecydowanie pozwoliły mu osiągnąć sukces. Był niesamowicie pracowity. Czasami pracował bez przerwy trzy dni z rzędu. W ciągu tygodnia potrafił napisać dla magazynu „Candido” sześć artykułów i narysować sześć karykatur. Czasami zamykał się w swoim gabinecie, a rodzina dostarczała mu tylko małą windą pomarańcze i kawę mieloną. Guareschi był istną „maszyną do pisania”.


    Wyróżniał się ponadto ogromną wytrwałością i był niepoprawnie upartym człowiekiem. Pod tym względem bardzo przypominał zresztą swoje postacie. Jak już sobie coś wbił do głowy, to nie dawało mu to spokoju, co też przekładało na jego walkę z wszelkimi przeciwnościami losu. Niestety, ostatecznie ta upartość kosztowało go wolność i reputację, mam tu oczywiście na myśli konsekwencje jego wystąpienia przeciwko chadekom.


     Podczas II wojny światowej Guareschi podzielił los 600 000 włoskich żołnierzy, którzy sprzeciwiali się kolaboracji z III Rzeszą; uzyskał status włoskiego internowanego wojskowego (IMI) i został uwięziony w Stalagu 367 w Częstochowie. W przeciwieństwie do wielu innych w podobnej sytuacji nie podjął współpracy z Niemcami, lecz pozostał wierny swoim przekonaniom. Jakie motywy stały wówczas za jego decyzją – teoretycznie mógł przecież wybrać łatwiejszą drogę.


    Rzeczywiście, Niemcy chcieli przekupić Guareschiego. Już w czasach obozowych był znanym dziennikarzem, którego naziści chętnie wykorzystaliby jako kolaboranta. Zaproponowano mu, że mógłby ponownie pracować jako dziennikarz w gazecie kontrolowanej przez faszystów. Guareschi kategorycznie to odrzucił. Uważał to za zdradę. Ta zdrada miała kilka aspektów. Po pierwsze, Guareschi był monarchistą. We Włoszech trwała wojna między marionetkowym rządem Salò pod przywództwem Mussoliniego a południem kraju, nadal kontrolowanym przez Królestwo Włoch. Walka przeciwko własnemu królowi nie wchodziła dla niego w grę. Z dumą głosił: „Jestem żołnierzem Armii Królewskiej!”.

     


    /// Niemcy chcieli przekupić Guareschiego. Już w czasach obozowych był znanym dziennikarzem, którego naziści chętnie wykorzystaliby jako kolaboranta///

     


    Chodziło jednak również o jego osobiste sumienie. Sumienie, które dla Guareschiego nie jest tylko emocją, ponieważ ono jest ukształtowane w duchu katolickim. Wolał [od sprzeniewierzenia się własnemu sumieniu-red.] chorobę, głód i brud, ponieważ nadal czuł się zobowiązany żołnierskim obowiązkiem wobec ojczyzny i swoich towarzyszy – których rozweselał opowieściami i karykaturami w codziennym życiu obozowym. Jego zadaniem w tych ponurych czasach było niesienie pocieszenia i  odgrywania roi „oficera ds. morale”. Guareschi wiedział, że współpraca z nazistami byłaby jak współpraca z diabłem. Być może pozwoliłaby zachować życie, ale byłaby jednoznaczna z utratą osobistej podmiotowości.


    Zatrzymajmy się na chwilę przy pobycie Guareschiego w obozie jenieckim w Częstochowie. W książce pisze Pan tak: „Wśród katolickich Polaków – Włoch […] odnajduje kawałek ojczyzny. Podczas gdy po południu wiernym pokazywany jest obraz Matki Boskiej, a organy grają hymn Perosiego, Guareschi odkrywa florencki tras i nazwisko włoskiego rzeźbiarza. Jest 28 września 1943 roku, po miesiącu pełnym rozpaczy, brudu i nędzy Włosi ujrzeli Czarną Madonnę…” – Jak to doświadczenie – zarówno uwięzienia, jak i spotkania z polskim katolicyzmem – ukształtowało wiarę Guareschiego?

    Guareschi czuł głęboką więź z narodem polskim. Często wspominał hojność Polaków w czasie niemieckiej niewoli; polski krajobraz przypominał mu jego ojczyznę na Nizinie Padańskiej. Guareschi był nawet przekonany, że jego rodzina ma polskie korzenie. Według rodzinnej legendy we wczesnym okresie nowożytnym polski najemnik osiedlił się w północnych Włoszech dając początek rodowi. Również mentalność Polaków bardzo Guareschiemu odpowiada. Dla niego Niemcy to ludzie funkcjonalni, myślący mechanicznie, całkowicie pozbawieni wiary, niczym mechanizmy zegarowe. Polacy, z ich głębokimi chrześcijańskimi korzeniami, przez tak wiele dziesięcioleci uciskani i dzieleni rozbiorami przez sąsiednie narody – to motyw, który nie pozostaje obcy również włoskiemu ruchowi narodowemu. Guareschi przywiązany jest do idei Risorgimento, a jak wiadomo, nie tylko polski hymn narodowy nawiązuje do Włoch, ale także włoski hymn narodowy, który wówczas był tylko jedną z wielu pieśni patriotycznych, nawiązuje do Polski. Guareschi doskonale więc znał fragment: „Już Austriacki orzeł stracił swe pióra. Krew włoską, krew polską pił wraz z Kozakiem..."

    I choć nie mówił tego wprost, to jednak z jego opisów wyraźnie wynika, że wiedział, iż Polacy są cierpiącym Chrystusem Europy. Jako osoba cierpiąca na obczyźnie mógł się zatem bardzo dobrze utożsamiać z Polakami. Uważał też katolicyzm Polaków za mniej upolityczniony. W latach 50. pragnął więc polskiego papieża, który „splunąłby na mur” włoskiego Kościoła. De facto przepowiedział więc papiestwo Jana Pawła II.

    „Śmierć jest mistrzem z Niemiec” – tak brzmi słynny wers Paula Celana, a Guareschi pisząc o Niemczech nazywa je w pewnym momencie „Signora Germania”. Co dokładnie miał na myśli?

     On nie był wrogiem Niemców. Był jednak wrogiem totalitaryzmu. Tak też należy rozumieć „Signora Germania”. Jest to traktat antytotalitarny, w którym system całkowicie kontroluje jednostkę, stając się diabelskim zastępczym bogiem, który decyduje o życiu i śmierci. Jednak nawet te wszechmocne systemy – bo w gruncie rzeczy zamiast „Niemiec” można by tu wstawić Związek Sowiecki, Chiny Mao i wiele innych systemów – ostatecznie ponoszą porażkę.
    Ponoszą porażkę, ponieważ my, ludzie, nie jesteśmy jedynie ciałem i kośćmi, które można sprowadzić do potrzeb i materii. Pozostaje boska dusza, pozostaje zachowane w nas człowieczeństwo, które nie sprowadza nas do roli zwierząt. Człowiek, który podąża za wolą Boga – ten wciąż może stać się święty, wciąż może mieć nadzieję, wciąż może kochać i wierzyć. Tego chrześcijańskiego człowieka nie da się zdefiniować. „Signora Germania” z czołgami, drutem kolczastym, rozstrzeliwaniami i masowymi mordami nic tu nie zdziała, jeśli zbawienie duszy lub miłość do rodziny i ojczyzny mają znaczenie nadrzędne.

     


    /// Guareschi nie był wrogiem Niemców. Był jednak wrogiem totalitaryzmu. Tak też należy rozumieć „Signora Germania”. Jest to traktat antytotalitarny, w którym system całkowicie kontroluje jednostkę, stając się diabelskim zastępczym bogiem, który decyduje o życiu i śmierci///

     


     „Swoją szkołę dziennikarstwa politycznego odbyłem w obozie […] W tej surowej szkole nauczyłem się, jak piękne, jak męskie, jak cywilizowane jest publiczne wyrażanie tego, co się myśli – zwłaszcza gdy wiąże się to z wielkim niebezpieczeństwem” – wspominał Guareschi. W rozdziale poświęconym internowaniu opisuje Pan dramatyczne historie jego współwięźniów, w tym kapitana, który umarł z głodu, ale nie tknął ani kawałka czekolady, którą przed aresztowaniem kupił dla swoich dzieci. W jakim stopniu takie wspomnienia, które opisał w „Diario Clandestino”, ukształtowały nie tylko jego umiejętności dziennikarskie, ale także to jego uniwersalne podejście do tematów życia, śmierci, wolności, odpowiedzialności i wierności zasadom?

     Dopiero w czterech obozach – dwóch w okupowanej Polsce, dwóch w Niemczech – Guareschi dojrzewa do roli dziennikarza i pisarza. Wymieniła pani już kilka bardzo ważnych kwestii. Kiedy w obozie Guareschi zostaje zepchnięty do nagiej egzystencji, zadaje się sobie ważne pytania. Od tego momentu Bóg i sumienie zajmują w jego twórczości miejsce centralne. Jak już wspomniałem, dopóki istnieją rzeczy wyższe, człowiek się nie poddaje. Guareschi ujął to w zdaniu: Nie umrę, nawet jeśli mnie zabiją!

    Egzekucje duchownych, dokonywane przez komunistyczne oddziały po wojnie pod pretekstem walki z faszyzmem; masowe groby, zabójstwo Rolando Riviego, zaledwie 14-letniego seminarzysty – jak te wszystkie dramatyczne wydarzenia wpłynęły na Guareschiego?

     Terror w Emilii-Romanii w „trójkącie śmierci” był narodową tragedią Włoch, o której jednak ze względu na utrzymujący się aż do lat 90. układ sił politycznych milczano. Komunistyczni partyzanci byli „zwycięzcami” i mogli pozwolić sobie na nieludzkie linczowanie i to pod parasolem ochronnym lokalnych towarzyszy partyjnych. Dla Guareschiego było to szczególnie bolesne, ponieważ sam pochodził z tej okolicy. „Czerwona Emilia” była jego ojczyzną. I właśnie tam miały miejsce najgorsze zbrodnie. Po wojnie lewicowe siły nowego establishmentu świętowały i tego nastroju nie wolno było niczym zakłócać. A Guareschi postrzegał siebie jako kronikarza zbrodni komunistycznych, które co tydzień publikował w swojej gazecie „Candido”. To była ponura, gorzka, ale ważna służba. On należał do tych nielicznych publicystów powojennych Włoch, którzy głęboko wkładali palec w te rany. W zamian za to spotykały go obelgi, wyzywanie „od faszystów” i groźby śmierci. Dla Guareschiego wydarzenia te oznaczały jednak przede wszystkim jedno: Włosi niczego się nie nauczyli. Po prostu zamienili jedną totalitarną ideologię na inną.

     


    /// Po wojnie lewicowe siły nowego establishmentu świętowały i tego nastroju nie wolno było niczym zakłócać. A Guareschi postrzegał siebie jako kronikarza zbrodni komunistycznych, które co tydzień publikował w swojej gazecie „Candido”///

     

    Don Camillo – postać pełnego temperamentu księdza, wymyślona przez Guareschiego i pokochana przez czytelników, a później także widzów na całym świecie – w zasadzie zupełnie nie pasowała do lewicowego, głównego nurtu włoskiej opinii publicznej, a jednak, gdy latem 1988 roku gazeta „La Stampa” zapytała swoich czytelników o najpopularniejszą postać powieściową, wynik był zaskakujący: Z wyraźną przewagą zwyciężył nieszablonowy ksiądz z Niziny Padańskiej i to bijąc na głowę „będącego wówczas na topie” bohatera powieści „Imię róży” …

    Powieść „Imię róży” Umberta Eco z detektywem-mnichem Wilhelmem z Baskerville w roi głównej, była w latach 80. bardzo modna. Co więcej, postać mnicha miała głęboko „nowoczesny” rys-odpowiadała lewicowo-liberalnemu duchowi czasu. W związku z tym zwycięstwo raczej tradycyjnego, nieco burleskowego wiejskiego księdza, Don Camilla nad bohaterem Eco, było nie tylko zaskakujące, ale i jak na dłoni pokazywało różnicę między upodobaniami intelektualistów a preferencjami tzw. zwykłych czytelników. Przepaść ta istniała już za życia Guareschiego. Co przetrwa z twórczości Umberta Eco? Zobaczymy w najbliższych dekadach. Guareschi jest i pozostanie najlepiej sprzedającym się włoskim pisarzem XX wieku. Fakt ten, zresztą, do dziś przygnębia lewicowych intelektualistów.

    Ojciec Paolino – bez niego podobno nie byłoby Don Camilla. To prawda?

    Ojciec Paolino, którego Guareschi poznał po powrocie z niewoli wojennej, jest jedną z wielu postaci, które wywarły na niego ogromny wpływ. Guareschi sam jednak powiedział kiedyś, że na postać Don Camilla złożyło się wielu prawdziwych księży, podobnie zresztą jak Peppone też był wzorowany na kilku osobach. Alberto Guareschi, syn Giovannina, na moje pytanie dotyczące tego tematu podał mi od razu całą listę osób. Wymienię tu tylko kilka nazwisk: Lamberto Torricceli, proboszcz z Marore, miejsca zamieszkania Guareschiego; Alessandro Parenti z Trepalle; Giuseppe Saibene z Nosate; Giovanni Anonietti, kapelan wojskowy Alpini. Uważam, że prawdziwa sztuka Guareschiego polegała na tym, że stworzył on archetyp, który jednocześnie wyrasta z biografii prawdziwych osób. Dlatego Don Camillo wydaje nam się jednocześnie tak znajomy i aktualny, a jednocześnie jest człowiekiem z krwi i kości, ze swoimi wadami i zaletami.

     


    /// Guareschi był antykomunistą, ale znał ten świat od podszewki. Zależało mu na tym, by komuniści przestali być komunistami i zostali oczyszczeni – a nie by po prostu zniknęli///

     

     „Trójca złożona z księdza, komunisty i zbawiciela stanowi część samego Guareschiego. Don Camillo i Peppone to nie tylko przedstawiciele politycznej opozycji. To dwie strony tej samej osoby”. Czy mógłby Pan nieco pogłębić ten wątek?

    Istnieje istotny powód, dla którego Guareschi co prawda ostro wyśmiewa komunistów, ale nigdy ich nie dehumanizuje. Guareschi sam bowiem wywodzi się ze środowiska, które było silnie naznaczone z jednej strony wiejskim katolicyzmem, z drugiej — socjalizmem ruchu robotniczego. Jego ojciec znał Giovanniego Faraboliego, przywódcę związkowego, który wykazuje ogromne podobieństwa do Peppone. Ci socjaliści nie byli ideologicznymi rewolucjonistami, opierali się na doktrynie socjalistycznej, ale chodziło im o poprawę lokalnych warunków. Ci „czerwoni” są jak Peppone, który wprawdzie ma błędne poglądy, ale ostatecznie chce jak najlepiej dla swojej wsi. Guareschi w zasadzie nie odbiega jakoś daleko od tego „pragmatycznego” środowiska czerwonych. Jako katolik zna naukę społeczną, a brytyjski kapitalizm z właściwą mu polityką gospodarczą jest mu obcy, podobnie jak komunizm. Do tego dodajmy, że matka Guareschiego była katolicką monarchistką, a ojcu nie były do końca wstrętne idee socjalistyczne. Sam Guareschi – urodzony 1 maja pod czerwonymi sztandarami! – nawet w podeszłym wieku chętnie wspominał przywódcę robotniczego Faraboliego i pieśni robotnicze. Guareschi był antykomunistą, ale znał ten świat od podszewki. Zależało mu na tym, by komuniści przestali być komunistami i zostali oczyszczeni – a nie by po prostu zniknęli.

     Co łączy Guareschiego z Hansem Milchem lub biskupem Fultonem J. Sheenem?

    Hans Milch był utalentowanym kaznodzieją wywodzącym się ze środowiska tradycyjnego katolicyzmu, który kontynuował tradycję starej mszy, a jednocześnie zerwał z niektórymi ideami Soboru Watykańskiego II. Jednak to, co łączyło Milcha z Guareschim, oprócz mszy przedsoborowej – którą Guareschi bardzo cenił – to silna koncepcja jednostki w przeciwieństwie do masy. Poszukiwanie sensu, przeznaczenie, zbawienie – to nie może mieć miejsca w masie, takie było credo Milcha dotyczące „boskości człowieka”. Podobnie Guareschi wkłada w usta Jezusa słowa: na końcu tylko człowiek staje sam przed Bogiem i musi się usprawiedliwić. Nie może powiedzieć: opinia publiczna, przełożony czy „wszyscy inni”. Nie można oddać swojego sumienia.

    Biskup Fulton Sheen jako popularna gwiazda telewizyjna lat 50., która pozostała wierna Kościołowi, był w pewnym sensie jego przeciwieństwem. Jako fenomen zbiega się w czasie z filmami o Don Camillo. Sheen w imponujący sposób wprowadził głębokie mądrości wiary na amerykańskie salony za pośrednictwem ekranu telewizora. Jednocześnie Sheen nie był kimś, kto rozwadniał prawdy wiary, potrafił je bardzo jasno przekazywać – zachowując przy tym humor i człowieczeństwo. Odzwierciedla to więc inną stronę Guareschiego.

    „W zaciszu kabiny wyborczej widzi cię Bóg – Stalin nie!” To podpis pod karykaturą opublikowaną w „Candido”, satyrycznym czasopiśmie, które było domem dla Guareschiego. Komuniści nie mieli z nim łatwego życia.

    Podejrzewam, że żaden włoski dziennikarz ani pisarz nie napisał, nie zrobił i nie osiągnął tak wiele przeciwko komunizmowi, jak Giovannino Guareschi. Wpłynął nawet na decydujące wybory w 1948 roku, kiedy to wynik głosowania nad tym, czy Włochy będą chrześcijańsko-demokratyczne, czy komunistyczne, zapowiadał się bardzo wyrównany. Tygodnik „Candido”, wydawany w nakładzie od 300 000 do 400 000 egzemplarzy, był ważnym głosem. Wspomniane przez Panią hasło trafiło nawet na plakaty wyborcze chrześcijańskich demokratów – kampania ta była zresztą bardzo popularna. Nawet po jego śmierci pojawiły się tylko zjadliwe wspomnienia o Guareschim. Nigdy mu tego nie wybaczyli.

     

    /// Dzisiaj, podobnie jak dawniej, z każdej strony wymaga się od nas deklaracji przekonań. Na Guareschim zemściło się to, że był przeciwny i komunistom i chrześcijańskim demokratom, przez co w końcu nie miał żadnych sojuszników///

     

    Pisze Pan o szczególnym stosunku Guareschiego do konformizmu oraz o pewnych stereotypach, które nieustannie powracają, gdy mowa o jego światopoglądzie. Co należy o tym wiedzieć, aby uniknąć pochopnych wniosków?

     On sam żartobliwie mówił o sobie „reakcjonista”. Uważał się raczej za wolnego ducha. Nie można zapominać, że jego kariera satyryka rozpoczęła w czasopiśmie humorystycznym w czasach faszyzmu. Już wtedy był więc kimś, kogo nie dało się jednoznacznie zaklasyfikować. Guareschi po prostu pozostał wierny swoim konserwatywnym, patriotycznym, katolickim i liberalnym poglądom. Musiał jednak zmierzyć się z faktem, że światopogląd oparty na zdrowym rozsądku był dokładnym przeciwieństwem tego, czego oczekiwało środowisko artystyczne. Niezależnie od tego, czy okrywało się flagą faszystowską, komunistyczną, czy – by posłużyć się współczesnym przykładem – LGBTQ, dla niego było to ta sama choroba konformizmu: maszerować, być obecnym, nie zastanawiać się nad niczym, należeć do „tych dobrych”. Nie jest więc zaskakujące, że Guareschi głęboko pogardzał nie tylko komunizmem, ale także szerzącą się od lat 50. kulturą konsumpcyjną, która była przecież tylko materializmem z drugiej strony. Ostatecznie wszystkie te zjawiska mają na celu zniesienie Boga i rodziny – a tym samym tego, co stanowi prawdę i to, co czyni człowieka człowiekiem.

     „Guareschi przez całe życie pozostał outsiderem. Nie żył jednak dla samej prowokacji, jak to robili inni dziennikarze – czy jak robią to dzisiaj”. To kolejny cytat z książki. Czy nie uważa Pan, że bycie outsiderem, niezależnie od czasów, w których żyjemy, samo w sobie może być postrzegane jako prowokacja?

     Dzisiaj, podobnie jak dawniej, z każdej strony wymaga się od nas deklaracji przekonań. Na Guareschim zemściło się to, że był przeciwny i komunistom i chrześcijańskim demokratom, przez co w końcu nie miał żadnych sojuszników. Uważał, że przy podejmowaniu decyzji najważniejsze znaczenie ma sumienie. Ta skłonność do szufladkowania ludzi istnieje i istniała we wszystkich obozach. Mechanizmy są takie same. Mogę mówić o tym z własnego doświadczenia. Staje się podejrzanym, gdy nie słucha się linii partyjnych lub społecznego konsensusu – czyli po prostu konformizmu – ale wiecznych prawd, ale to jest częścią naśladowania Chrystusa.

     Cancel Culture jest rozumiane m.in. jako przemilczanie lub pomijanie osiągnięć danej osoby – czy uważa Pan, że również literacki ojciec Don Camilla padł ofiarą tego zjawiska?

    Zdecydowanie tak. Jest to jednak pewien paradoks. Fenomen Don Camilla jest tak wyjątkowy, że próby jego zamilczenia spełzły na niczym. Mimo że nie recenzowano książek, filmy wręcz wyśmiewano, a lewicowe środowisko kulturalne robiło wszystko, by Guareschiego wyciszyć. A jednak zwykli ludzie, do których Guareschi zawsze miał sentyment, kochali jego bohaterów. Don Camillo jest dziś znany na całym świecie, a „scancelowany” Guareschi – prawie wcale. To też był powód, by napisać tę książkę. We Włoszech Guareschi został bowiem odkryty na nowo w ostatnich dwóch dekadach – jako konserwatywny pisarz i publicysta, który może być wzorem dla konserwatystów spoza chrześcijańskiej demokracji i centrystów. To, co wcześniej szkodziło Guareschiemu, a mianowicie brak przynależności do jakiejkolwiek partii, sprawia, że jest on dziś tak interesujący. Jego przeciwnicy, zarówno polityczni, jak i medialni, nie odgrywają dziś już żadnej roli.


    Dziękuję za rozmowę.


    „Giovannino Guareschi – Don Camillos rebellischer Vater “, Marco Gallina, Westend Verlag, 2026

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    15. Międzynarodowy Festiwal Filmowy NNW od 27 do 30 września w Gdyni

    Filmowe drogi do wolności na 15. Festiwalu NNW w Gdyni

    Zespół redakcyjny

    2 min

    „Najlepiej się nie urodzić” - spotkanie z Antonim Liberą

    12 października (czwartek) o godzinie 18:00 w księgarni Państwowego Instytutu Wydawniczego (ul. Foksal 17 w Warszawie) odbędzie się spotkanie poświęcone książce „Najlepiej się nie urodzić” Antoniego Libery. Z pisarzem rozmawiać będzie prof. Zdzisław Krasnodębski.

    Zespół redakcyjny

    1 min

    Niemcy – jak sobie z nimi radzić? Spotkanie z dr. Justyną Schulz

    Zapraszamy na spotkanie pt. „Niemcy – jak sobie z nimi radzić?” z dr. Justyną Schulz – dyrektor Instytutu Zachodniego.

    Zespół redakcyjny

    1 min