Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wesprzyj

W lustrze wojny

2023-01-13
Czas czytania 20 min

Wojna pozwala zobaczyć lepiej. Chociaż traktowanie jej jako definitywnego probierza ludzkich spraw byłoby mylące. Najbardziej uznany w naszym kręgu kulturowym teoretyk wojny, Claus von Clausewitz deklarował: „Wojna jest częścią stosunków międzyludzkich.” Nie jest więc całością, ale większość podstawowych problemów człowieka pozwala zobaczyć we właściwym i to jaskrawym świetle. Przede wszystkim raz jeszcze dowodzi, że jest on bytem wspólnotowym.

Nie chodzi o trywialne uznanie, że ludzie żyją w społeczeństwie, na co zgodzić się musi każdy jak i na fakt, że wynikają z tego jakieś konsekwencje, chociaż już na ich temat toczyć można spory. Chodzi o sprawę fundamentalną, przyjęcie prymatu życia wspólnotowego czyli zrozumienie, że wbrew dominującym obecnie przeświadczeniom, istnienie zbiorowe wyprzedza byt jednostkowy. Współczesnym jawi się to jako absurdalne i sprzeczne z naszym elementarnym doświadczeniem. Przecież doznajemy, postrzegamy i przeżywamy jako egzystencje indywidualne z naszej podmiotowej perspektywy. Czy jednak formy naszej percepcji czyli rozumienia oraz sprzężona z nimi życiowa praktyka i wyrastające z nich modele egzystencji oraz sposób jej przeżywania są naszym indywidualnym dziełem? Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozeznanie rzeczywistości bez języka i całego procesu akulturacji, dzięki któremu potrafimy porządkować strumień wrażeń na jaki rozpada się nasze poznanie? Tylko niewielki odsetek naszych działań uznać można za efekt indywidualnych decyzji, a nawet one wydają się wyłącznie wyborami spośród oferowanego nam przez cywilizację zbioru.

Człowiek jest bytem społecznym, gdyż jego ludzkie potencje wypełniają się i rozwijają wyłącznie dzięki kulturze, która ma charakter wspólnotowy. Wprawdzie istnieje jej uniwersalny wymiar pozwalający rozpoznawać się nam jako ludziom, co wynika ze wspólnej natury – nie wszyscy zwłaszcza dziś chcą ją uznać, ale nawet przecząc jej istnieniu w swoim myśleniu i działaniu odwołują się do niej. Inaczej zresztą nie sposób byłoby mówić o specyficznym bycie jakim jest człowiek. To natura pozwala ludziom do pewnego stopnia rozumieć się i uznawać siebie za bliźnich, których obowiązuje jedna moralność, co mocno akcentuje chrześcijaństwo, ale konkretna egzystencja wpisana jest w partykularne kręgi cywilizacyjne aż schodzi na poziom narodu, najszerszej zbiorowości, z którą współcześnie potrafimy się realnie identyfikować. To jest wspólnota losu, która w sposób zasadniczy determinuje naszą egzystencję. Nie jest ona kwestią wyboru. Partykularyzacja kultury nie kończy się na tym i schodzi niżej, niemniej to narodowa przynależność określa dziś naszą elementarną identyfikację, przekłada się na instytucję państwa i stanowi wyraz zbiorowej woli, która winna być realizowana w polityce. Odmienności narodowe, które objawiają się w języku i symbolach, sztuce i obyczajach wyrastają z zapisanego w nich zbiorowego doświadczenia, a więc historii. To one pozwalają wyodrębniać i różnicować nawet sąsiadujące ze sobą narody takie jak Niemcy, Polacy, Rosjanie czy Czesi. Naturalnie przynależność ta, zwłaszcza współcześnie w erze globalizacji nie determinuje ostatecznie postaw wszystkich ich członków, ale naznacza je pozwalając statystycznie mówić o narodach nawet niezależnie od ich politycznych instytucji, które przecież mają istotne znaczenie i dodatkowo wzmacniają ich identyfikację. Odrzucenie narodowej przynależności jest wprawdzie możliwe, ale zwykle wiąże się z próbą zastąpienia jej inną, gdyż bez jakiejś szerszej formy identyfikacji człowiek nie potrafi egzystować. Proces taki jest niezwykle trudny, często nieosiągalny i zawsze brzemienny w konsekwencje. Zakwestionowanie więc swojej tożsamości paradoksalnie potwierdza jej wagę.

Wszystkie te znaczenia narodu w stanie wojny ujawniają się szczególnie gwałtownie. Obecny konflikt toczy się wokół jego kwestii. Rosjanie nie chcą uznać istnienia narodu ukraińskiego. Poddanie się moskiewskiej przemocy znaczyłoby dla Ukraińców wyrzeczenie się swojej narodowej tożsamości toteż bronią jej oni podejmując najwyższe indywidualne ryzyko. W imię przetrwania narodu godzą się nawet na indywidualną śmierć, bo tym jest przecież uczestnictwo w walce zbrojnej.

                                                                                     II

Zrozumienie wspólnotowego charakteru ludzkiej egzystencji nie oznacza jedynie jej synchronicznego, doraźnego wymiaru, ale odkrycie diachronicznego, dziejowego zakorzenienia. Wyrastamy z historii i nawet indywidualne istnienie przekracza czas jego fizycznej egzystencji oraz odciska się na losach pokoleń następnych. Świadomość tego nie powinna prowadzić do biernego fatalizmu ani jałowego buntu, ale afirmacji czyli uznania realności, co dopiero otwiera perspektywę rozumienia i działania.

Prawdy te w doświadczeniu krańcowym jakim jest wojna narzucają się ze szczególną ostrością i ujawniają swoją nieuniknioność. Jednocześnie odsłaniają powierzchowność, żeby nie powiedzieć fałsz panującej obecnie na Zachodzie ideologii, która infekuje i ogranicza powszechną mentalność.

Dla niej wszystkie wspomniane warunki jawią się jako reguły zniewolenia. Podobno wyzwolenie od nich, a więc emancypacja z wszystkich tradycyjnych tożsamości pozwoli ludziom rozwinąć niedostrzegalne w nich wcześniej potencje i osiągnąć prawdziwą wolność. Doświadczenie współczesnego Zachodu pokazuje coś odwrotnego: wyemancypowani ze stabilnych wspólnot stajemy się nie tyle wolni, co samotni i bezbronni wobec sił, którym możemy przeciwstawić się wyłącznie poprzez wypracowane w toku ludzkiej historii instytucje.

To, że nasza cywilizacja trwa ciągle, zawdzięcza temu, że ideologii, która przybiera kształt agresywnej kontrkultury, nie udało się ostatecznie zniszczyć jej fundamentów, choć w istotny sposób potrafiła je naruszyć. W efekcie funkcjonujemy w hybrydalnym układzie sąsiadujących ze sobą zasadniczo sprzecznych idei oraz form życia, które rozregulowują istniejące ciągle tradycyjne instytucje i wydrążają je z elementarnego sensu.

                                                                                     III

Najazd Rosji na Ukrainę w pierwszym rzędzie odsłania fikcję wyobrażenia o zupełnie nowym etapie ludzkiego rozwoju, który osiągnęliśmy podobno w naszej epoce. Mieszczą się one w deklaracji „końca historii” triumfalnie ogłoszonej w 1989 roku przez Francisa Fukuyamę. Twierdził on, że upadek komunizmu zakończył spór między rozmaitymi modelami ludzkich porządków, które wyrastały z odmiennej hierarchii idei. Klęska komunizmu oznaczać miała zwycięstwo liberalnego ładu, który Fukuyama uznawał za fundament wolności i podmiotowości człowieka, miał to być efekt postępu, walki jednostki ludzkiej o uznanie i emancypację.

Artykuł, który tę nowinę anonsował wyrastał z błędnego, wpisanego w liberalizm rozpoznania istoty totalitaryzmu a w swoim myśleniu autor wzorował się na Heglu w interpretacji Aleksandra Kojeve’a. Niezależnie od tego jego tezy mieściły się w powszechnie przyjętej i obowiązującej generalnie do dziś opozycji indywidualizmu i kolektywizmu, w której reprezentantem tego pierwszego, pozytywnego bieguna miał być liberalizm, a jednym z wcieleń drugiego – totalitaryzm. Realną i konkretną jednostkę ludzką kolektywizm podporządkowywać miał abstrakcyjnym ideałom czym prowadził do jej zniewolenia i alienacji. Klasykiem takiego ujęcia był Isaiah Berlin zwłaszcza w „Dwóch koncepcjach wolności” i do pewnego stopnia wczesny Leszek Kołakowski z esejów w rodzaju „O kapłanie i błaźnie” czy „Etyki bez kodeksu”, ale towarzyszył im legion autorów, którzy zdominowali intelektualną scenę Zachodu.

Sama analiza fenomenu totalitaryzmu pokazuje jednak, że opozycja indywidualizm-kolektywizm to mistyfikacja. Naturalnie, w tym celu należy potraktować totalitaryzm jako zjawisko samoistne, a nie sprowadzać go do synonimu despocji czy ogólnie opresyjnego systemu jak się to dzisiaj czyni. Jeśli jednak zrozumiemy, że totalitaryzm to ustrój specyficzny, par excellence nowoczesny – inaczej osobne zajmowanie się nim nie miałoby sensu – okaże się, że jest on odmienny niż tradycyjne tyranie i wart szczególnej uwagi. Totalitaryzm to system kontroli nad wszystkimi aspektami życia społecznego, a więc pełne podporządkowanie poddanych ośrodkowi władzy sprawującej ją w imię ideologii, której celem jest fundamentalna przebudowa ludzkiej realności. Warunkiem tego jest rozbicie wszystkich istniejących wcześniej struktur społecznych i powołanie w ich miejsce nowych, które służyć będą utopijnemu celowi i wpisane zostaną w totalitarny system. Oznacza to pełną atomizację zbiorowości ludzkiej, gdyż tylko wtedy niezorganizowane, pozbawione broniących ją instytucji indywidua przekształcają się w ludzką masę powolną planom inżynierów społecznych. Spełnieniem totalitaryzmu jest więc zbiór bezbronnych bo samotnych jednostek, które nie są w stanie stawić oporu rządzącym. Obecny ideał emancypacji z tradycyjnych form kultury prowadzi do tego samego czyli bezradności indywiduów wobec dominujących centrów, które wprawdzie nie stanowią pionowej struktury władzy jak w komunizmie, ale jako sieć współpracujących ze sobą choć autonomicznych ośrodków mniej brutalnie, ale bardziej efektywnie sprawują kontrolę nad społeczeństwem.

Chyba nigdzie na czas dłuższy nie udało się wprowadzić w pełni modelu totalitarnego, a dziś na Zachodzie jest on raczej zagrożeniem niż realnością, niemniej zagrożenie to w modelu demokracji liberalnej ujawnia się coraz intensywniej. Opozycja indywidualizm-kolektywizm w całości wyrasta z przyświecającej jej ideologii i uniemożliwia rozpoznanie realnego niebezpieczeństwa, które coraz mocniej grozi naszej cywilizacji i zniewala jej współczesnych mieszkańców.

Do sukcesów liberalizmu należy powszechne przekonanie, że wolność, która uformowała europejską kulturę jest jego dziełem. W rzeczywistości różne jej formy wpisane były w kolejne rozdziały cywilizacji zachodniej a szczególnie obecne są w chrześcijaństwie z jego ideą godności człowieka jako istoty stworzonej na obraz i podobieństwo Boga. Współczesna demokracja jest spadkobiercą starej idei republikanizmu, a sam liberalizm często i z uzasadnieniem uznawany jest za twór pasożytniczy, który wyrósł z cywilizacji europejskiej, ale konsumuje ją prowadząc do upadku i samozniszczenia. 

                                                                                     IV

Po klęsce komunizmu sukces liberalnej demokracji miał być niekwestionowalny, a wypracowany na Zachodzie model społeczny miał się okazać bezalternatywny. Szybko ujawniło się jednak, że zarówno nie jest on powszechnie akceptowany jak i sam ulega zasadniczej ewolucji prowadząc w kierunku samozaprzeczenia. Coraz bardziej agresywnie narzucana narodom zachodnim ideologia, coraz bardziej ostentacyjnie odrzucała to, co było podstawą kultury, z której wyrosła. Głoszono to zresztą wprost: w umiarkowanej wersji cywilizacja zachodnia była drabiną, która służyć miała postępowi i dziś jako niepotrzebna już a nawet zawadzająca miała zostać odrzucona, w wersji radykalnej – miała być systemem zniewolenia człowieka odpowiedzialnym za wszelkie zbrodnie i nieprawości, a więc nadawała się wyłącznie do potępienia. Najszersze społeczne laboratorium w jakim kontrkulturowa ideologia stopniowo wprowadzana jest w życie to Unia Europejska.

Od prawie czterech dekad dawny projekt wspólnoty, którą na początku lat 50. powołali do życia jej głównie chrześcijańscy ojcowie-założyciele i która poprzez usuwanie barier i wspólne przedsięwzięcia prowadzić miała do postępującej integracji kontynentu, zastąpiony został jego konstruktywistyczną wersją. Pomimo pozorów jest ona zaprzeczeniem wyobrażeń Roberta Schumana, Konrada Adenauera czy Alcide De Gasperiego, a realizuje postkomunistyczną wizję innego projektodawcy jednej Europy, Altiero Spinelliego. Porządek europejskiej kultury zastępuje jej opozycyjną, emancypacyjną wersją a organiczną, oddolną metodę – narzuconym od góry projektem ujednolicenia i scalenia kontynentu.

Traktat z Maastricht z 1992 roku oficjalnie deklarował inicjację tego przedsięwzięcia. Wszelkie narodowe tożsamości miały zostać podporządkowane dominującej ideologii i roztopić się w Unii jako zupełnie nowym projekcie. Wszelkie partykularyzmy oraz narodowe interesy ustąpić miały uniwersalnej, w tym wypadku jeszcze tylko europejskiej wspólnocie, która miała jednak wskazywać drogę innym. Stąd absurdalne projekty ekologiczne jak przejście na gospodarkę bez emisji CO2 w UE, która wprawdzie na skalę globalną uwalnia poniżej 10 proc. tego gazu, ale w ten sposób ma dać przykład całemu światowi, który zawstydzi się i podąży za nią.

Nie, to nie są głupie żarty choć elementarny namysł kazałby je w ten sposób potraktować, tak oficjalnie motywowane jest przedsięwzięcie, którego realizacja byłaby ekonomicznym wstrząsem dla całej Unii, a katastrofą dla krajów naszego regionu zwłaszcza Polski. Ten przykład odsłania dobrze realność utopijnych zamierzeń. Ponieważ ich celem jest budowa projektu idealnego muszą one postulować fundamentalną przebudowę ludzkiej z zasady ułomniej rzeczywistości i to we wszystkich jej aspektach, gdyż inaczej błędy starego świata musiałyby zablokować budowę nowego. W tym celu dokonujące tej transformacji oświecone, wyemancypowane elity muszą uzyskać pełnię władzy. W utopii tkwi więc ziarno totalitaryzmu. Rządzący UE domagają się coraz to nowych uprawnień, które wkraczają w kolejne sfery życia i usiłują regulować je coraz szczelniejszym prawem, zastępują w ten sposób politykę a więc wybory obywateli na rzecz ideologicznego, rozpisanego na normy prawne gorsetu, co niszczy także samą ideę prawa.

Ideologiczna obrona klimatu, która z prawdziwą ekologią ma niewiele wspólnego obnaża mechanizm utopijnych projektów. Daje najsilniejszym w UE nowe instrumenty władzy i służy interesom najpotężniejszych korporacji. Kolejne niezwykle kosztowne i wymagające normy eliminują ich słabszą konkurencję i zwiększają przewagę ekonomicznych liderów. W sensie politycznym radykalna redukcja emisji CO2 daje dodatkowe atuty hegemonowi UE jakim coraz bardziej stają się Niemcy. Wprawdzie jedną z przyczyn powołania wspólnoty europejskiej był zamiar spętania siły tego państwa, które od Bismarckowskiego zjednoczenia nie mieściło się w tradycyjnym europejskim układzie, ale logika utopijnego myślenia stanowiącego Unię spowodowała przekształcenie się kontynentalnej Europy w imperialny projekt niemiecki.

Gdyż tak jak w realizację utopijnych projektów wpisany jest totalitarny porządek, tak również przynależąca do ideologicznego przedsięwzięcia eliminacja wypracowanych przez pokolenia, tonujących konflikty mechanizmów cywilizacyjnych, potęguje przypadłości, którym miała położyć kres. Komunizm, który miał znieść eksploatację pracowników doprowadził do jej nieznanej gdzie indziej intensyfikacji. System, który miał wyrażać wolę klasy robotniczej wcielał w swoją monopolistyczną strukturę związki zawodowe, które zamiast obrony zatrudnionych wzmacniały nad nimi kontrolę rządzących. Tradycyjny porządek etyczny, do którego można się było przeciw wyzyskowi odwołać, choć nie zawsze, jak to w ludzkiej rzeczywistości, skutecznie, został odrzucony w imię nowej, komunistycznej moralności. Itd. Unia powołując ponadnarodowe struktury umożliwiła przejęcie ich przez silniejsze państwa zwłaszcza berlińskiego hegemona i spowodowała, że interes RFN prezentowany został jako europejskie dobro.

                                                                                     V

Oficjalne rozstanie się z polityką, którą wieścił „koniec historii” spowodowało jedynie schowanie jej mechanizmów a więc dużo bardziej brutalną bo ukrytą konkurencję a w konsekwencji dominację potężniejszych. Taki charakter ma zresztą projekt „demokracji liberalnej”, która jest oligarchią posługującą się ideologicznym uzasadnieniem. Na całym Zachodzie, ale zwłaszcza w Europie dominujące lewicowo-liberalne elity podbiły całą scenę polityczną i skolonizowały tradycyjne partie prawicy, które dziś od lewicy różnią się prawie wyłącznie nazwami. Prezentowane jest to jako kolejny symptom końca historii, następny stopień postępu. Zgodnie z tą interpretacją ludzie oświeceni osiągnęli konsensus toteż przestali się spierać co do podstawowych spraw, przeciw czemu protestują jedynie niedojrzałe, zamknięte w tradycyjnych przesądach zbiorowości lub populiści, którzy wykorzystują ich ignorancję, aby w ten sposób przejąć władzę. Podejście takie ciągle nie spotyka się z pełną aprobatą chociaż deformuje i tak coraz bardziej umowną demokrację. Ugrupowania i politycy spoza oficjalnej sceny publicznej przeciwstawiający się oligarchicznemu status quo zyskują choć z problemami coraz większe poparcie narodów coraz bardziej orientujących się, że w całym spektrum establishmentu politycznego nie mogą znaleźć swoich prawdziwych przedstawicieli. W związku z tym przeciw kontestatorom rozpętana została bezpardonowa walka: kwalifikowani są jako populiści i wypychani z oficjalnej sceny publicznej a szansa na ich demokratyczny sukces jest niezwykle utrudniana. 

Oligarchia czyli wielki biznes, potężne korporacje zwłaszcza prawnicy, media i ośrodki opiniotwórcze, a także establishment polityczny głoszą coraz bardziej spójny projekt ideologiczny, który mieni się racjonalnym uporządkowaniem świata. Ma on przekroczyć tradycyjne wiary i przesądy w imię rozumnego ładu, który w Unii ma wyrażać „europejskie wartości”. Ich katalog nie został nigdzie sformułowany, ale da się go odcedzić z unijnej retoryki.

Wartościami tymi mają być: wolność i równość, praworządność i demokracja, tolerancja, pluralizm i otwartość. Realnie wszystkie te idee sprowadzone do roli fetyszy, zostały wydrążone z racjonalnych treści i doprowadzone do samozaprzeczenia. Wolność, ale nie dla wrogów wolności, których naznacza establishment, podobnie tolerancja i otwartość; demokracja, ale tylko w jej liberalnej, to znaczy oligarchicznej formie; równość służy destrukcji kulturowych hierarchii zastępowanych przez nowe, które wyznaczają rzecznicy liberalizmu; praworządność okazuje się władzą kasty prawników w służbie nowej ideologii pod szyldem dynamicznie rozwijanych „praw człowieka” arbitralnie projektujących porządek prawny, na który obywatele nie mają żadnego wpływu. Te fetysze liberalnej demokracji uzupełniane są rewersem a więc sferą tabu, do której relegowane są idee opozycyjne do jej ideologii. Każdy, kto się do nich odwołuje narażony jest na potępienie i wykluczenie ze sfery publicznej. Przemoc symboliczna, która wyraża się w dezawuowaniu osób nie akceptujących oficjalnego status quo ewoluuje w przemoc realną objawiającą się w przepisach penalizujących krytykę i alternatywne rozwiązania pod hasłami walki z mową nienawiści czy propagowaniem faszyzmu i wyrokach, które w ich konsekwencji zapadają a także w coraz bardziej oficjalnym działaniu bojówek w rodzaju antify czy BLM, fizycznie atakujących swoich przeciwników, uniemożliwiających im głoszenie swoich poglądów i generalnie prześladujących ich.

Liberalna ortodoksja coraz bardziej jednoznacznie odwołuje się do strategii stalinowskiego Frontu Ludowego. Komuniści, którzy oficjalnie stworzyli go przeciw nazistom, każdego kto nie chciał przystąpić do ich formacji zaliczali do „faszystowskiego obozu”. Dziś wprawdzie faszyści nie stanowią żadnej znaczącej siły, ale im ich mniej, tym bardziej zamaszyście pałką antyfaszyzmu wywijają liberalno-lewicowe elity. To działanie paralelne do akcji „denazyfikacji” Ukrainy, którą ogłosił Putin. Antyfaszystowska postawa elit zachodnich może przeglądać się w niej jak w krzywym zwierciadle.

                                                                                     VI

Wojna przeciw Ukrainie skompromitowała politykę zagraniczną UE, która okazała się służyć niemieckim interesom, tym bardziej bezwzględnie realizowanym im szczelniej przesłoniętym deklarowanym dobrem wspólnym Europy, przy okazji zaś działać na rzecz imperialnych ambicji Kremla. W 2008 roku Putin zaatakował i zaanektował część terytorium Gruzji (jak zwykle powołując jako „niezależne”: Osetię Południową i Abchazję), 6 lat później zajął terytoria Ukrainy: Krym, Donbas oraz Ługańsk, realnie rozpoczął i kontynuował wojnę przeciw temu państwu; zlikwidował u siebie  resztki demokracji, zamyka i morduje przeciwników politycznych, zabija ich zresztą także na terenie Europy, a przez ten czas Niemcy zwiększyły zasadniczo import rosyjskich surowców energetycznych, a w ślad za nimi cała UE.

Europa, a więc głównie Niemcy mieli wielokrotnie możliwość zablokowania apetytów Putina. Rosyjski lider nie ma w sobie nic z desperata. Sprawdza jakie są konsekwencje jego agresywnych kroków i dopiero, gdy okazuje się, że nie wiążą się dla niego z żadnym zagrożeniem, postępuje dalej. Błąd, który popełnił atakując Ukrainę 24.02 miał charakter taktyczny. Obserwując kompromitację Stanów Zjednoczonych w Afganistanie i analizując politykę UE czyli Berlina Putin doszedł do wniosku, że po szybkiej akcji na Ukrainie spotka się wyłącznie z retorycznym potępieniem i mało znaczącymi sankcjami, które i tak szybko zostaną zniesione w imię „dialogu”. Nie docenił determinacji Ukraińców i ich przywódcy, nowego prezydenta Włodymyra Zełenskiego. Nie oszacował właściwie polityki amerykańskiej, w której przedstawiciele deep state (głębokiego państwa) zdali sobie sprawę, że pozostawienie Ukrainy Moskwie oznacza katastrofę dla amerykańskiej polityki zagranicznej i potrafili przekonać do tego prezydenta Bidena. Natomiast Putin właściwie ocenił UE, a więc głównie dominujący w niej tandem berlińsko-paryski. Po ataku rosyjskim władze niemieckie odmówiły rozmowy z ambasadorem Ukrainy stwierdzając, że w ciągu paru dni nie będzie już państwa, które reprezentuje.

To polityka UE pod wodzą niemiecko-francuskiego tandemu budowała potencjał gospodarczy a więc głównie militarny Rosji i przyzwyczajała ją do bierności Zachodu wobec jej neoimperialnej polityki. Po napaści na Ukrainę usiłowała zachowywać się w podobny sposób. Nawet dziś przywódcy Niemiec, Francji czy Włoch uginając się nieco pod presją swoich społeczeństw i Stanów Zjednoczonych próbują robić co mogą, aby zachować możliwość powrotu do dawnych polityczno-gospodarczych interesów. Kraje takie jak Polska, które nieproporcjonalnie dużo w stosunku do swojego potencjału zrobiły dla Ukrainy i jej mieszkańców nie doczekały się pomocy ze strony unijnych struktur. 

Przez wiele lat można było powstrzymać imperialne apetyty Putina. Gospodarcze związki w dobie globalizacji są tak intensywne, a przewaga państw demokratycznych nad Rosją we wszelkich dziedzinach tak wielka, że długi czas nie wymagało to militarnej aktywności. Na szczycie NATO w Bukareszcie w 2008 roku, Lech Kaczyński w porozumieniu z USA zaproponował Ukrainie i Gruzji działania na rzecz przystąpienia do sojuszu, które zostały przez nie entuzjastycznie zaakceptowane. Niestety, Niemcy i Francja skutecznie je zablokowały. Gdyby otwarte zostały drzwi dla tych krajów prawdopodobnie byłyby one już członkami Paktu, a ich losy potoczyłyby się inaczej. Kreml wstrzymał kampanię w Gruzji trafiając na zdecydowaną inicjatywę prezydenta Kaczyńskiego, którego poparły państwa Europy Środkowo-Wschodniej.

Gdy okazało się, że zabójstwa przeciwników Putina na terenie krajów zachodnich nie wiążą się z żadnym ryzykiem mamy z do czynienia z ich kontynuacją. Podobnie rzecz się ma z cyberatakami. Zaczęło się od państw Bałtyckich, a ponieważ działania te nie spotykały się z poważniejszą reakcją Zachodu prowadzone są na różną skalę wobec innych krajów z USA włącznie.

Również po zajęciu Krymu Putin zastosował metodę „wait and see”. Kiedy okazało się, że protesty Zachodu sprowadzają się do retoryki, zaatakował Donbas. Podstawową rolę w akceptacji tej neoimperialnej polityki odegrała kanclerz Merkel. To z jej inicjatywy powołany został Format Normandzki (raz jeszcze pokazuje to, że Berlin nie liczy się zupełnie z instytucjami UE i w jej imieniu podejmuje działania uzgodnione wyłącznie z wybranymi krajami, szczególnie z Paryżem) grupujący Niemcy, Rosję, Ukrainę i Francję. Główny szczyt odbył się pod patronatem Łukaszenki w Mińsku i faktycznie prowadził do akceptacji status quo czyli uznania zajęcia przez Rosję terenów Ukrainy. W czasie narastającej presji rosyjskiej Niemcy za wszelką cenę dążyli do uruchomienia Nord Stream 2, który w połączeniu ze strategią klimatyczną uzależniałby energetycznie UE od Berlina. Za tę cenę Niemcy oddali Ukrainę Rosji i dążyli do neutralizowania jej możliwości obronnych. Blokowali jej dozbrojenie i poważniejsze sankcji wobec Moskwy (co robią do dziś), natomiast sprzedawali broń agresorowi. Identycznie zachowywała się Francja.

Polityka Niemiec wobec Rosji jest efektem ich imperialnych ambicji, realizację których umożliwia im obecny kształt Unii. Usiłując grać na poziomie globalnym Berlin musi zdystansować się do USA, wobec których zawsze byłby partnerem podrzędnym. Stąd próba usytuowania Unii sterowanej przez Berlin przy wsparciu Paryża w równym dystansie do bloku chińsko-rosyjskiego i Stanów Zjednoczonych. Przejęcie roli hubu energetycznego, który zaopatruje w rosyjski gaz całą Europę, dodatkowo uzależniałoby ją od Berlina, a relacje gospodarcze między Niemcami a Rosją, od której kupują surowce energetyczne a sprzedają technologie są szczególnie dla nich korzystne.

Wojna obnażyła ten stan rzeczy. Obnażyła także infantylizm dominującej w Europie ideologii.

                                                                       VII

Doktryna emancypacyjna zakłada niezwykłe potencje jakie mają drzemać w człowieku uśpione i spętane przez tradycyjną kulturę. Musi więc zakładać także naturalną i gruntowną dobroć człowieka. Inaczej postawa emancypacyjna byłaby skrajnie ryzykowna i wręcz nieodpowiedzialna. Wynika z tego cały kompleks konsekwencji w tym liberalne podejście do prawa, w którym kara pełni wyłącznie funkcję resocjalizacyjną, a także przekonanie, że wojny i agresji uniknąć można apelując do lepszej strony człowieka a każdy konflikt zastąpić dialogiem. Skrajnym przejawem takiej postawy jest pacyfizm.

Inną stroną tego podejścia jest zakwestionowanie męskich cnót. Zresztą w ortodoksji emancypacyjnej samo kojarzenie określonych cnót z płcią stanowi już herezję, gdyż zróżnicowanie między kobietą a mężczyzną w sferze psychiki ma mieć głównie (w wersji ostrzejszej – wyłącznie) kulturowy charakter. To zresztą uderzające, że ideologia odwołująca się do materializmu odrzuca wpływ jaki na psychikę muszą wywierać radykalnie odmienne warunki jakie generuje fizjologia płci. No, ale postawa ta pełna jest nieświadomych dla jej wyznawców sprzeczności.

Potępiają wojnę i agresję jako takie, ale rzadko dokonują rozróżnienia między ofiarą a napastnikiem, gdyż prowadzić musiałoby to do przyjęcia koncepcji wojny sprawiedliwej, co z trudem da pogodzić się z ideologią emancypacji. Stąd też infantylne manifestacje, na przykład po terrorystycznym ataku, których uczestnicy malują na chodnikach niebieskie znaki pacyfistyczne i puszczają nową Międzynarodówkę, którą stał się „Imagine”. Postawę Ukraińców opisać można jako antytezę tego, o co apeluje Lennon.

„Wyobraźmy sobie” – nawołuje on, a więc pójdźmy za jego wezwaniem i wyobraźmy sobie, że inteligentny kremlowski propagandysta uznaje, że piosenkę Lennona należałoby jak najszerzej kolportować wśród obrońców Ukrainy. „Wyobraź sobie, że nie ma krajów (narodów) i nie ma po co umierać ani zabijać”. Wyobraź sobie, że nie ma Ukrainy, a więc nie ma sensu walczyć o nią bo znaczy to zabijać i ginąć, zwłaszcza, że należy „żyć dniem dzisiejszym”. A jeśli nad nami jest tylko niebo, ale wyłącznie jako przyrodniczy fenomen – a tak jedynie rozumieć można apostrofy Lennona – to umieranie za jakieś ideały, (za cokolwiek) nie ma sensu. Inna sprawa, że i życie wydaje się go wówczas pozbawione.

Czego bronią Ukraińcy? Tego, co swoje. A przecież Beatles wzywa, aby nie było własności. To Rosjanie proponują braterstwo w ruskim świecie (pokoju). Wprawdzie nie jest to jeszcze braterstwo wszystkich ludzi, o które apeluje Lennon, ale zawsze krok w kierunku jego realizacji. To Ukraińcy bronią swojej partykularnej tożsamości, tego, co powinno do nich należeć, a przecież w świecie proponowanym przez autora nowej Międzynarodówki nie byłoby na to miejsca. Obrońcy „Imagine” mogliby twierdzić, że jej twórcy chodzi przecież o „braterstwo wszystkich ludzi dzielących między siebie cały świat”. Tylko, że z pewnością nie o to występuje dziś Zełeński i prowadzony przez niego naród, a nawet wręcz przeciwnie. W konfrontacji z elementarnym zagrożeniem bronią oni swojej zwykłej egzystencji, która negowana jest przez wyznawców utopijnych miraży. Przy poglądach takich jakie prezentuje Lennon nie sposób byłoby tego robić. Trudno wyobrazić go sobie na froncie w Doniecku. Przyszła utopia stanowi doskonałe alibi dla odmowy solidarności z ułomnym światem, w którym przyszło nam żyć, bywa zresztą usprawiedliwieniem jego niszczenia, czego doświadczyliśmy nie tylko w dobie komunizmu, ale i obecnie konfrontowani jesteśmy z nim na Zachodzie w sposób mniej brutalny niemniej także destrukcyjny.

 „Imagine” i podobne „protest songi” naznaczone są piętnem infantylizmu. Jest to poziom dziecięcej wrażliwości odkrywającej istnienie zła na pozór przeczącego pedagogicznej hierarchii, która stanowi i stanowić powinna oś wychowawczego procesu. Odkrycie napięcia między ładem normatywnym a ludzką realnością jest pierwszym stopniem dojrzewania człowieka i pierwszym kryzysem, z którym musi zderzyć się niedojrzała świadomość. Trudno sobie z nim poradzić bez pomocy doświadczonego wychowawcy osadzonego w mądrości wielopokoleniowej kultury. Cóż jednak jeśli kultura kwestionuje swoje doświadczenie i pogrąża się w infantylnych rojeniach? Tracimy wówczas zdolność konfrontacji ze światem i stawienia czoła jego trudnym a w skrajnej wersji tragicznym dylematom. Brutalna lekcja rzeczywistości budzi z infantylnych snów.

To również lekcja ciężaru podstawowych zasad. Ideologia emancypacji kwestionuje je na nieprzemyślanej zasadzie wskazywania ich niepełnej obowiązywalności. Ludzie niedojrzali odkrywając, że prawdy, które absorbowali w wychowawczym procesie w ludzkiej rzeczywistości realizują się w odmiennych kształtach, są stale kontestowane oraz narażone na wątpliwości, przeżywają wstrząs. Kolejnym etapem właściwego przebiegu dorastania jest jego przezwyciężenie i wzmocnienie kulturotwórczych postaw, kryzys pełnić więc może rolę pozytywną. Nieprzezwyciężony prowadzi do odwrotnych konsekwencji i kreuje osobowości neurotyczne oraz słabe. Ideologia emancypacji jest ich wylęgarnią. Wojna tylko szczególnie dobitnie wskazuje jej samobójczy potencjał. Czy tożsamość ukraińska nie jest pluralistyczna i w wypadkach granicznych wątpliwa? Jak najbardziej. Czy historia tego narodu bez problemu da sprowadzić się do jednolitego idiomu? Naturalnie nie. A przecież wojna pokazuje fundamentalny (pomimo całego zróżnicowania) sens narodowej przynależności wyrastający ze wspólnej kultury.

                                                                                     VIII

Dziś, kiedy Ukraińcy walczą z przeważającymi siłami rosyjskiego agresora, kiedy prezentują męskie cnoty oraz generalnie starają się trzymać kobiety poza linią walk i powierzają im troskę nad dziećmi, cała emancypacyjna narracja wali się jak domek z kart. W sytuacji egzystencjalnego zagrożenia trudno pleść ideologiczne i wewnętrznie sprzeczne androny na temat kulturowej genezy płci i ich wielości, konieczności uznania kolejnych ich wersji oraz szczególnej nad nimi opieki, co dyktować mają nam „prawa człowieka”.

Obrona podstawowego ładu ludzkiego istnienia, a więc narodowej tożsamości i prawa do samostanowienia czyli wolności pozytywnej w stanie ontologicznego zagrożenia okazuje się na tyle jednoznaczna, że chwilowo zamilkli nawet najbardziej zacietrzewieni obrońcy ideologii emancypacji. Naturalnie podnoszą się z ich strony głosy, że Ukraińcy bronią liberalnego i europejskiego porządku, ale stonowanie takich tez w stosunku do natężenia propagandy, do jakiej byliśmy przyzwyczajeni, świadczy, iż nawet ich rzecznicy mają świadomość pękania ideologicznych klisz w starciu z realnością wojny.

Owszem, można zgodzić się, że Ukraina broni Europy, ale oznacza to, iż odwołuje się do cywilizacji, która zbudowała wielkość naszego kontynentu, ale której zaprzecza ideologia i praktyka obecnej Unii. Wojna na Ukrainie raz jeszcze dowodzi, że wyłącznie negatywna wolność stanowić może jedynie komponentę tej idei, a absolutyzowana prowadzi do jej zaprzeczenia. Co by się działo, gdyby Ukraińcy odmawiali podporządkowania się reżimowi wspólnoty w stanie jej zagrożenia? Nie przetrwałaby ona, a więc i oni jako jej członkowie nie mogliby istnieć. Mogliby żyć na warunkach narzuconych przez obcych, albo w stanie ciągłej ucieczki, która również skazywałaby ich na uległość wobec obcych zbiorowości stanowiących ich doraźne schronienie.

                                                                                     IX

Doświadczenie Ukrainy jest szczególne. Przed agresją rosyjską traktowana była nieomal, a często wręcz jako państwo upadłe. Były po temu uzasadnienia. Tak jak były podstawy, aby obawiać się, że Ukraińcy nie zdecydują się na obronę swojej tożsamości a zwłaszcza na heroizm, który obserwujemy dziś. Masowa emigracja, nieufność do struktur niby własnego, a przecież zagarniętego przez oligarchiczny układ państwa, wewnętrzne napięcia, wszystko to i wiele innych czynników sugerowało, że do i tak niezwykle ryzykownej walki o niepodległość stanąć może skazana na rychłą klęskę nieliczna mniejszość. Stało się inaczej. To przebudzenie Ukrainy jest dowodem na znaczenie narodowej wspólnoty i jej kultury. Okazało się, że Ukraina to nie Rosja i ma tego trwałą świadomość. Odsłoniła się żywotność głębokich struktur kultury, które powodują, że pomimo ponad trzystu lat wcielenia do Rosji i polityki narzucania jej nowej tożsamości Ukraińcy przechowali swoją przecież nie do końca świadomą odmienność. Dzisiaj broniąc jej wykuwają ją równocześnie na nowo. Budują jej mit w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dowodzą niezbędności symbolicznego tworzenia wspólnoty człowieka, która musi znaleźć wyraz w wyprzedzających racjonalne dywagacje mitycznych obrazach.

                                                                                     X

„Śmiem sądzić, że większość z nas dopiero teraz przeżyła to, co nazwać można sytuacją absolutną. Wszelkie okoliczności, w których się wcześniej znajdowaliśmy, miały w sobie coś względnego, decydowały w nich oceny „więcej czy mniej”, rozważania „od której strony to czy tamto zależy?”. Teraz nic takiego nie wchodzi w rachubę, w obliczu rozstrzygnięć absolutnych jesteśmy zmobilizowani, świadomi grożącego niebezpieczeństwa, gotowi do ofiar, nie ma mowy o żadnym wyważaniu strat i zysków, żadnym Jeśli i żadnym Ale, żadnym kompromisie, żadnym stopniowaniu/…/ Tutaj decyduje jedynie – także w przypadku kogoś, kto słowa „idea” nigdy nie słyszał lub nigdy nie rozumiał – owa najwyższa instancja naszej istoty, którą Kant nazwał „zdolnością idei”, to znaczy zdolność uchwycenia tego co nieuwarunkowane. Wszystko, co jednostkowe i uwarunkowane, co nas dotąd określało, jest poza nami. Stoimy na gruncie absolutu/…/ i to, do diabła, z całym „obiektywnym” uzasadnieniem tej gotowości: dawniej tylko nielicznym życie na to pozwalało albo od nielicznych tego wymagało/…/ Gdy tylko wdaję się w takie uzasadnienia, boję się, że te obiektywne wartości okażą się fikcją, że moje uzasadnienia zostaną obalone. Nie do obalenia jest tylko to co niedowodliwe – nasze oddanie Niemcom nie podlegające żadnym dedukcjom.”

Oto fragment rozprawy klasyka socjologii niemieckiej Georga Simmela napisany w momencie wybuchu I Wojny Światowej w 1914 roku.

Kryzys nowoczesności, który w skrajnej formie doświadczamy w obecnej Europie ma zdecydowanie dłuższy rodowód, a dzisiejsza kontrkultura jest tylko jego ostatnim etapem. Simmel w dużej mierze był wyrazicielem tego kryzysu i jak jego przyjaciel Max Weber zmagał się z zakwestionowaniem kulturowego porządku Europy, który nadszedł wraz z nowoczesnym wariantem cywilizacji zachodniej. Cytowany tekst jest wyrazem euforii, którą podzielała wówczas ogromna większość Niemców a z drugiej strony Francuzów. Wojna miała stać się lekiem na chorobę nowoczesności, powrotem do jedności w tym, „co nieuwarunkowane” i narodzinami nowego ładu. Okazała się zaprzeczeniem tych nadziei.

Już w kolejnych latach wojny Simmel zasadniczo je redukuje, aby wreszcie z nich zrezygnować. Potem nadchodzi klęska. A jeszcze później wyrodzenie się idei narodowych w nazistowski rasizm, czego na szczęście dla siebie Simmel, który był z pochodzenia Żydem nie doczekał.

Rzecznik emancypacji mógłby uznać tę intelektualną przygodę za doskonały argument na rzecz swoich przekonań. Wspólnotowe uniesienia prowadzą do nacjonalizmu i szowinizmu, aby po klęsce odsłonić swoją jeszcze bardziej przerażającą postać. Świadomie wybrałem jednak ten ryzykowny przykład jako ilustrację roli wspólnoty, która ujawnia się zwłaszcza w skrajnej sytuacji jaką jest wojna. Potrzeba i pragnienie człowieka, aby przekroczyć swoją kierowaną doraźnymi interesami indywidualną egzystencję wyrażają podstawowy imperatyw jego natury. To, że może zostać on spaczony i ulec degeneracji jest nieuniknione. Oto komentarz jaki do cytowanego tekstu Simmela opublikował w książce „Tworzenie wartości” współczesny socjolog Hans Joas.

„Gdy w warunkach zróżnicowania społecznego jednostka żyje przede wszystkim w swojej odmienności od innych, w czasie wojny zostaje włączona w ogłuszające doświadczenie wspólnotowe, odnajduje macierzysty grunt, z którego wyrosła i odzyskuje wewnętrzną elastyczność. Wszystkie te doświadczenia czasu wojny potęgują intensywność życia, o jakiej marzyła krytyka kultury w czasach przedwojennych. Jeśli więc poszukuje się doświadczeń kształtujących wartości, nie trzeba wcale sięgać do historii poprzednich epok czy potencjału religii w dobie nowoczesności. Wojna za jednym uderzeniem rozwiązuje zagadki, które szkołom intelektualnym wydawały się nie do rozwiązania.”

Można zakwestionować fundamentalną myśl Simmela przytoczoną przez Joasa. Współcześnie jednostka nie tyle żyje w swojej odmienności od innych ile wyobraża to sobie, a wyobrażenie to jest odległe od realności. W rzeczywistości żyje w zbiorowych przeświadczeniach, które wpisuje w swoje doświadczenia i krótkowzroczne interesy. Jednostka taka jest wyjątkowo łatwym obiektem manipulacji. Potrzeba identyfikacji i przynależności jest jednak jej nieprzekraczalnym horyzontem.

                                                                                     XI

Egzystencja człowieka narażona jest na fundamentalne zagrożenia a wszelkie ludzkie cnoty prowadzić mogą do swojego zaprzeczenia, o czym pisał Arystoteles w „Etyce nikomachejskiej”. Absurdem jest jednak negować je z tego powodu, gdyż jedynym wyjściem okazałby się w efekcie nihilizm. Musimy przyjąć je wraz ze świadomością niebezpieczeństwa, które niosą one ze sobą. Nie ma ucieczki od dramatyzmu losów ludzkich chyba, że w samobójczy infantylizm, który każe odwracać się od rzeczywistości i chować głowę w piasek.

Wojna na Ukrainie należy do wcale nie tak rzadkich w historii ludzkiej jednoznacznych konfliktów, w których mamy do czynienia ze starciem dobra ze złem, z ofiarą, która broni się przed usiłującym ją zniszczyć napastnikiem. Obecnie weszła ona w kolejną trudną dla Ukrainy fazę, która może zakończyć się jej klęską. Nawet ona jednak w żadnym stopniu nie przekreśli sensu wyzwania, które zostało podjęte przez jej mieszkańców. Rezygnacja z niego czyli poddanie się oznaczałoby śmierć narodu nie w sensie fizycznej zagłady jego członków, ale anihilacji ich narodowej tożsamości. Pozostawiłaby ich żywymi, ale duchowo okaleczonymi. Bo bytowanie wyłącznie w indywidualnej monadzie tylko tu i teraz jest stanem daleko idącej redukcji człowieczeństwa. To jak dzieje indywidualne wpisane są w losy zbiorowości pokazuje nam wymownie polska historia i kultura.

Bolesna nawet klęska Ukraińców w toczonej obecnie wojnie oznacza paradoksalnie wykuwanie ich nowej tożsamości, która wzbogaci egzystencję jej uczestników – naturalnie bez porównania lepiej byłoby, gdyby wyłoniła się ona z triumfu. Niemniej podstawowe zwycięstwo czyli obronę swojej narodowej tożsamości Ukraińcy już odnieśli.

Komentarze (0)

Czytaj także

Istota Rzeczy - Metapolityka wojny

W trzecim odcinku "Istoty Rzeczy" rozmawiamy z red. Bronisławem Wildsteinem na temat wojny na Ukrainie, w perspektywie metapolitycznej.

Bronisław Wildstein

55 min

Deliberatio.eu: Bronisław Wildstein - XIII Kongres Polska Wielki Projekt

Echa Kongresu Polska Wielki Projekt: O konieczności zrozumienia i akceptacji nieodwołalności dramatyzmu rzeczywistości oraz o iluzjach transhumanistów - mówi Bronisław Wildstein

Bronisław Wildstein

5 min