Przepracowani przeszłością; Najbardziej milczący i powściągliwi są teraz ci, którzy tak usilnie „przepracowywali” polską przeszłość narodową
Pośród wielu kiedyś popularnych a dzisiaj zapominanych cytatów jest także – przytaczane w mniej lub bardziej dokładnej formie-stwierdzenie amerykańskiego filozofa George’a Santayany, że „Those who cannot remember the past are condemned to repeat it.” (Ci, którzy nie potrafią zapamiętać przeszłości, są skazani na jej powtórzenie). To była przez wiele lat lewicowa mantra. Oczywiście chodziło o przeszłość złą, zbrodniczą, krwawą - o niej trzeba było mówić, o niej pamiętać, by się nie powtórzyła. Trzeba by ją “przezwyciężać”, czy – jak się mówi w postfreudowskim żargonie – „przepracowywać”, żeby się od niej uwolnić.
Paradygmat takiego odnoszenia się do przeszłości wypracowali Niemcy pod nadzorem i naciskiem aliantów oraz swoich wpływowych ofiar (do których Polacy się jednak nie zaliczali). Przeszłość Niemiec doskonale nadawała się do tego, by potraktować ją jako odstraszający przykład w procesie reedukacji, która miała być fundamentem trwałej demokratyzacji społeczeństwa. Niemiecki obóz zgłady Auschwitz był jądrem ciemności Europy, symbolem zła absolutnego, po którym pisanie wierszy było – jak twierdził Theodor Wiesengrund Adorno – barbarzyństwem. Tym bardziej był to symbol wymowny, że obóz ten został „wyzwolony” przez uchodzącą długo za postępową Armię Czerwoną i dlatego mimo wszystko jednoczył oba „bloki”, „Wschód” i „Zachód”.
/// Niemiecka „Vergangenheitsbewältigung”, w której zawarta była idea, że przeszłość jest przeszkodą, winą, którą trzeba z siebie zrzucić przez ekspiację, była tylko zapowiedzią obecnej ogólno-zachodniej „cancel and woke culture”. ///
Ten krytyczny sposób obchodzenia się z przeszłością, historyczny rachunek sumienia, uchodził za zalecany wzór dla tych wszystkich, którzy mieli zabagnioną przeszłość. Ale nawet historia najnowsza Włoch, Hiszpanii czy Francji nie do końca dawała się wcisnąć w ów pedagogiczny schemat, a cóż dopiero Polski. Mimo to wśród naszych zapaleńców panowało przekonanie, że np. książka Jana Tomasza Grossa o Jedwabnem wywoła polski „Historikerstreit”, po którym demony nacjonalizmu na zawsze opuszczą nasze dusze.
Niemiecka „Vergangenheitsbewältigung”, w której zawarta była idea, że przeszłość jest przeszkodą, winą, którą trzeba z siebie zrzucić przez ekspiację, była tylko zapowiedzią obecnej ogólno-zachodniej „cancel and woke culture”. W przeszłości odnajduje się teraz coraz liczniejsze pokłady zbrodni i nikczemności. Już np. nie tylko Hitler, ale Churchill okazał się osobnikiem wymagającym napiętnowania. „Cancel culture” jest bezlitosna, jeśli bowiem we współczesnym świecie ma zapanować humanitarny raj, z którego dobrodziejstw nikt nie zostanie wykluczony, to cała przeszłość musi się jawić jako przedsionek piekła, w którym tylko nieliczni sprawiedliwi wskazywali drogę ku światłu. Ci sprawiedliwi są konieczni, bo pamięć nie może być jedynie pamięcią o przeszłym złu, nieszczęściu i cierpieniach, trzeba pokazywać także postacie i wydarzenia pozytywne. W miarę, jak postępował proces “przezwyciężania przeszłości” powiększał się więc poczet postaci i wydarzeń chwalebnych – rósł np. ruch antyhitlerowskiego oporu w Niemczech, rehabilitowano niektórych filozofów, przypominano dobre strony narodowej historii.
///Dawni wyznawcy marksizmu na „Zachodzie”, a także różnorodni zwolennicy współpracy ze Związkiem Sowieckim niechętnie jednak wspominają swoją kolaborację z komunizmem. ///
Trzeba dodać, że „przepracowywanie” przeszłości zawsze było selektywne – tylko niektóre cierpienia były godne uwagi, a czyny godne głośnego i masowego potępienia. Niechętnie przypominano zbrodnie popełniane w imię postępu – od Wandei po komunizm. Dopiero wtedy, gdy komunizm uznany został za zjawisko wyłącznie „wschodnioeuropejskie”, niemające nic wspólnego z „zachodnim marksizmem”, nieobciążające komunizujących intelektualistów francuskich, amerykańskich czy niemieckich, uznano jego zło. Dawni wyznawcy marksizmu na „Zachodzie”, a także różnorodni zwolennicy współpracy ze Związkiem Sowieckim niechętnie jednak wspominają swoją kolaborację z komunizmem — odmowa w PE, żeby w 2015 rezolucją przypomnieć i potępić porozumienie w Jałcie, nie była przypadkiem; haniebna zdrada Polski przez zachodnich sojuszników nigdy nie została przez nich „przepracowana”.
Inny przykład lęku przed „przepracowaniem” to „dekomunizacja” po 1989 w Polsce — dekomunizacja, której nie było, gdyż postkomunistyczna lewica i świeżo upieczeni postsolidarnościowi liberałowie zwalczali ją zaciekle, protestując przeciw „winie zbiorowej”. Wypominanie generałowi Jaruzelskiemu czy Kiszczakowi przeszłości uchodziło w niektórych kręgach za nietakt towarzyski, wyraz złego smaku, za „oszłomstwo”. Dopiero teraz — w czasach „demokracji walczącej” - na nowo dowiadujemy się, że „rozliczenia” przestępstw ancien régime’u, pamięć o jego „zbrodniach”, jest niezbędnym fundamentem demokracji.
Niewątpliwie łatwiej jest pamiętać krzywdy doznane niż krzywdy wyrządzone. Dlatego niemal wszystkie grupy społeczne, etniczne i narodowe kultywują pamięć o cierpieniach i prześladowaniach, jakich doznawały w przeszłości. Znany socjolog amerykański Neil Smelser tak kiedyś charakteryzował pamięć o „zbiorowej traumie”. Składają się na nią „wspomnienia zaakceptowane i publicznie uznane przez grupę członków, przywołujące wydarzenie lub sytuację, które są (a) obciążone negatywnymi emocjami, (b) przedstawiane jako nieusuwalne oraz (c) postrzegane jako zagrażające istnieniu danej społeczności lub naruszające jedną, lub więcej z jej fundamentalnych założeń kulturowych”. Pojawiło się przy tym zjawisko rywalizacji ofiar, licytacji na cierpienia, którą po II wojnie światowej wygrywali w cuglach Żydzi, choć w USA ich pozycja była od pewnego czasu ostro kontestowana przez Afroamerykanów, potomków ofiar handlu niewolnikami. Dopiero obecnie polityka Izraela w Gazie sprawiła, że ich pozycja została zachwiana i muszą się odnaleźć w nowej dla siebie roli – sprawcy.
/// Na tle tej epoki niezwykle interesujący jest przypadek ukraiński. Wydawałoby się, że jakiekolwiek pozytywne odniesienie do OUN i UPA, do „eliminatorskiego” nacjonalizmu, wywoła falę oburzenia. ///
Proces „przepracowywania” okazał się pracą ustawiczną. Gdy jednak osiągnął swoje apogeum w „cancel culture”, zdarzyła się rzecz z tego punktu widzenia nieoczekiwana. Otóż współczesność nie okazała się „wiecznym pokojem”, a w dodatku pojawili się „bardzo źli ludzie”, którzy zaczęli kwestionować ideologię humanitaryzmu, otwartości i demonstrować niezadowolenie z imigracji, z eksperymentów obyczajowych, z wielokulturowości. W polityce pojawili się liczni „faszyści”, na czele z ekscentrycznym prezydentem USA. To, że żadne z „faszystowskich” ugrupowań nie zamierzało „maszerować na Rzym”, żadne nie dąży do obalenia demokracji, nie gloryfikuje przemocy, nie tworzy paramilitarnych bojówek, że ich celem jest wygranie wyborów i sprawowanie władzy zgodnej z podstawowymi regułami prawa, nie przeszkadza w ich demonizowaniu. A przecież to organizacje skrajnej lewicy w rodzaju „Antify” dokonywały i dokonują aktów gwałtu i kwestionują demokrację parlamentarną. Słusznie więc zmarły niedawno filozof Jürgen Habermas ostrzegał przed wielu laty przed lewicowym faszyzmem.
Na tle tej epoki niezwykle interesujący jest przypadek ukraiński. Wydawałoby się, że jakiekolwiek pozytywne odniesienie do OUN i UPA, do „eliminatorskiego” nacjonalizmu, wywoła falę oburzenia. Jeśli bowiem widziano faszyzm wszędzie, to w OUN i w UPA musiał on wręcz bić w oczy i do bólu poruszać sumienia.
Tymczasem w obszernej rezolucji Parlamentu Europejskiego, odnoszącej się do sprawozdania Komisji Europejskiej o Ukrainie czytamy, że Parlament „przypomina swoje uprzednio przyjęte stanowisko w sprawie Rzezi Wołyńskiej, ubolewa nad niedawną niepotrzebną i niesprowokowaną eskalacją spowodowaną przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, polegającą na nadaniu elitarnej jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA” (Ukraińskiej Powstańczej Armii); ubolewa, że zwłaszcza w świetle niezachwianego wsparcia Polski dla Ukrainy w walce z rosyjską agresją zaniedbano fakt, że kwestia ta jest delikatna i bolesna dla polskiego społeczeństwa w kontekście szacowanej na wiele dziesiątków tysięcy liczby ofiar UPA i ich rodzin; uważa, że decyzja ta szkodzi stosunkom dobrosąsiedzkim oraz wcześniejszym wysiłkom na rzecz rozwiązania nierozstrzygniętych i bolesnych aspektów dwustronnych stosunkach historycznych w duchu prawdziwego i szczerego pojednania, a także nie jest zgodna z wartościami europejskimi; wzywa do deeskalacji i wznowienia wysiłków w dobrej wierze na rzecz pojednania”. Chodzi zatem o „kwestię delikatną i bolesną” dla Polaków, o „niezgodność z wartościami europejskimi”, a nie o fundamentalną sprawę — o realne zagrożenie w przyszłości, o to, że „nieprzepracowana” historia może się powtórzyć.
W całej obecnej dyskusji już nikt nie powołał się na Santayanę. Co ciekawe, najbardziej milczący i powściągliwi - zapewne z przepracowania — są teraz ci, którzy tak usilnie „przepracowywali” polską przeszłość narodową. Usłyszeliśmy tylko, że nie szanuje się naszej wrażliwości, tak jakby chodziło o jakie subiektywne odczucie i kwestię dobrej woli i empatii ze strony ukraińskiej. Nikt nie wykrzyknął, że jeśli te zbrodnie nie zostaną potępione, jeśli ktoś dla takiego celu, jak niepodległość kraju, dopuszcza masową czystkę etniczną, wymordowanie dziesiątków tysięcy ludzi, to nie można mu ufać, nie można wykluczyć, że przeszłość się nie powtórzy.
Felieton ukazał się w Tygodniku Solidarność nr. 29/2026
Czytaj także
Spór o idee: Między socjologią a polityką. O drodze życiowej prof. Piotra Glińskiego
Prof. Zdzisław Krasnodębski rozmawia z prof. Piotrem Glińskim – posłem na Sejm RP, byłym wicepremierem oraz ministrem kultury i dziedzictwa narodowego.
Zdzisław Krasnodębski
Spór o idee: Filozof i świat cieni
W programie „Spór o idee” prof. Zdzisław Krasnodębski rozmawia z prof. Pawłem Kaczorowskim o filozofii jako narzędziu poznania rzeczywistości. Punktem wyjścia jest pytanie o możliwość „czystego widzenia” – wolnego od ideologii, złudzeń i uprzedzeń – oraz o to, dlaczego filozofowie często pozostają ślepi na to, co realne.











Komentarze (0)