Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Z innego świata … Krzeczkowski był sam ucieleśnieniem stylu polskiego, w wersji arystokratyczno-sarmackiej; Trzymał fason, jak się kiedyś mówiło

    2026-10-06
    Czas czytania 15 min

    Polska Rzeczypospolita Ludowa, prowincja sowiecko-rosyjskiego imperium, była brzydka, nudna, zniewolona, uboga. Od tzw. Zachodu dzieliła ją przepaść cywilizacyjna.  Ale po latach ujawniają się nieoczekiwanie pewne jej przewagi nad współczesną Rzeczpospolitą Polską - bywały w niej lepsze szkoły i nauczyciele, lepszy był uniwersytet, głębsza literatura, ciekawsi ludzie. Nie było w niej tabunów rozwydrzonych celebrytów, codziennych wulgaryzmów, nihilizmu. Propaganda była co prawda równie toporna, ale ludzie byli mniej skłonni, by jej ulegać.

     Seanse nienawiści mediów komunistycznych i SB miały ograniczony zasięg – bagatela, w porównaniu z obecnymi falami hejtu w mediach społecznościowych. PRL niwelowała ludzi materialnie, III RP niweluje duchowo. Działo się to także dlatego, że więcej było w PRL pozostałości z II RP. Żyli jeszcze ludzie, którzy część swego życia spędzili w przedwojennej Polsce. Byli dla nas jakby przybyszami z innego świata. 


    Taką postacią był Henryk Krzeczkowski, którego poznałem na początku lat osiemdziesiątych, parę lat przed jego śmiercią. A poznałem go jako katolickiego konserwatystę, redaktora „Tygodnika Powszechnego”, przeciwnika komunizmu, tłumacza, znawcę polskiej i angielskiej literatury. Był także złośliwym oponentem „komandosów” i „lewicy laickiej”, ludzi z przedwojennej „Gęsiej”, jak mówił. 

    W miesiącach „Solidarności” jego postawa mogła wydawać się zbyt ostrożna, a nawet defetystyczna. Ale Krzeczkowski nie był ugodowcem, mimo że to on zainspirował Marcina Króla, by zajął się myślą polityczną Stańczyków, nie był ich wyznawcą. Wyraźnie widać to w jego esejach, których jest niewiele, ale w których ujawnia się jego erudycja i wybitność. W 1974 roku pisał: „Najbardziej bodaj znamiennym dla postawy większości intelektualistów aspektem ich działania było systematyczne zacieranie granicy między ugodą i zaprzaństwem, uzasadniane przez nich bezprawnym powoływaniem się na świadomie lub z ignorancji zniekształcane postawy i działania elit umysłowych w erze rozbiorowej”

     

    /// Nie byli ślepi na zło, które krzewiło się w Polsce, znali wady narodu i wywołaną przez nie słabość państwa, orzekając jednak o winie kierowali się pouczeniem Mickiewicza…///

     

    W sporze historyków o przyczyny upadku Rzeczypospolitej opowiadał się przeciw „pesymistom” i „realistom”, a za tymi, którzy wierząc w Polskę podjęli walkę. 
    <<Bogatsi o doświadczenia, których historia nam nie poskąpiła, skłonni jesteśmy uważać, że bliżsi prawdy byli optymiści, kiedy niezależnie od tego, co przyjęło się nazwać obiektywnym spojrzeniem na ówczesną sytuację polityczną, wprowadzali do ferowanego przez siebie wyroku jako element równoważny z „faktami obiektywnymi’’ również czynnik moralny. Nie byli ślepi na zło, które krzewiło się w Polsce, znali wady narodu i wywołaną przez nie słabość państwa, orzekając jednak o winie kierowali się pouczeniem Mickiewicza: „Odstąpienie jednej chociażby ziemi przez Polskę równało się zaprzeczeniu prawa, na którym ugruntowany był jej byt. Zapewne, nie można by wymagać od Polaków wysileń przekraczających ich możliwości; nie byli może w stanie ziem tych obronić. To rzecz inna. Ale nie wolno im było uznawać rozbioru za prawowity, bo tym samym naruszali prawo organiczne narodu”. Nieuznawanie zaś rozbioru mogło oznaczać tylko postulat walki zbrojnej.>> 

    Twierdził, że upatrywanie przyczyn upadku Polski w agresji zewnętrznej nie opiera się wcale na braku świadomości wad narodowych: „Niesłuszny wydaje mi się zarzut wysuwany przez pesymistów pod adresem swych adwersarzy, że zdejmowali z Polaków odpowiedzialność za katastrofę ich państwa. Stwierdzali tylko, że wina własna była jedynie pochodną określonej sytuacji geopolitycznej, która bynajmniej nie usprawiedliwiała bierności i uległości; że była wina, którą zmazać mógł tylko czyn kształcący charakter i uszlachetniający uczucia.” Tym czynem była zbrojna walka, nawet beznadziejna, były powstania narodowe.


    Dlatego tak cenił rolę pisarzy, którzy wbrew historykom, „pokrzepiali serca”. Pisał: „Jak huragan zmiotła Sienkiewiczowska „Trylogia” wszelkie nieprawe uroszczenia koncepcji ugodowych, nie przejmując się historycznymi argumentami ich apologetów. W niespełna dwadzieścia lat później „Popioły” stały sią natchnieniem młodzieży, która już niedługo, z desperacką pieśnią na ustach o „straceńców losie” miała zainicjować czyn zbrojny i która nie bacząc na gorzkie odczytanie napoleonowskiego mitu przez Żeromskiego, wołała: „leliśmy krew osamotnieni, a z nami był nasz drogi Wódz”.  
    Czwartą trylogią obok sienkiewiczowskiej i „Popiołów” była dla niego powieść Władysława Reymonta „Rok 1794”, pokazująca powstanie kościuszkowskie jako jedyną właściwą reakcję na hańbę sejmu grodzieńskiego.

     

    /// Już wychodziłem, gdy od baru podszedł do mnie młody człowiek w mundurze majora, powiedział, że nazywa się Krzeczkowski, przypomniał mi swój list, podziękował za odpowiedź i spytał, czy moglibyśmy się umówić na dłuższą rozmowę.///

     

    Krzeczkowski był sam ucieleśnieniem stylu polskiego, w wersji arystokratyczno-sarmackiej, ozdobionej erudycją z dodatkiem sznytu oficerskiego. Trzymał fason, jak się kiedyś mówiło. O tym, że wcieleniem takiego wzoru osobowego nie był zawsze, że był z jeszcze z innego świata, było wiadomo. Napomykał o tym w czasie rozmów. Jego przyjaciel Paweł Hertz (który kultywował habitus potomka zamożnego mieszczaństwa, polskiego Tonio Krögera) tak wspominał pierwsze z nim spotkanie:


    „Pewnego dnia, kiedy jeszcze mieszkałem w Łodzi, w kilka tygodni po ukazaniu się pierwszego wydania „Sedanu „- zbioru czterech opowiadań czy szkiców, które ogłaszałem przedtem w „Kuźnicy” i „Odrodzeniu”, otrzymałem obszerny bardzo zajmujący list, okazujący wiele zrozumienia dla realiów i imponderabiliów mojej książki. Wydało mi się, że ten kto go napisał, w jakiejś mierze myśli podobnie i w tym, co się stało po wojnie, czuje się podobnie. Ale odpisałem zdawkowo, jak to mam w zwyczaju. Potem już w Warszawie, którejś nocy byłem w „Paradisie”, nieistniejącej już restauracji na Nowym Świecie, w pobliżu placu Trzech Krzyży. Już wychodziłem, gdy od baru podszedł do mnie młody człowiek w mundurze majora, powiedział, że nazywa się Krzeczkowski, przypomniał mi swój list, podziękował za odpowiedź i spytał, czy moglibyśmy się umówić na dłuższą rozmowę. Spostrzegłem, że jest przy tym barze w towarzystwie jakichś oficerów amerykańskich.” Zdumiona rozmówczyni pyta: „Wolno było wtedy siedzieć przy barze z amerykańskimi oficerami?” - 
    – Wie Pani, to jak w tej starej anegdocie: jednym wolno, a innym nie wolno. Od razu zrozumiałem, że major nie jest oficerem liniowym, że to ktoś pewno z wywiadu lub kontrwywiadu. Potem okazało się, że Krzeczkowski służy w II Oddziale i jest podwładnym generała Komara. W mundurze oglądałem go chyba jeszcze raz czy dwa, bo w związku z czystką po-Gomułkowską jego stamtąd wyrzucono, a dowódcę mu zamknięto.”’

     

    /// „Człowiek naprawdę wierzący zachowuje godność…Religia stawiająca ponad wszelkie prawa ludzkie nakaz moralny zabraniający krzywdzenia bliźniego ratuje w końcu przed każdym zabłądzeniem.” ///

     

    O tych czasach są tylko strzępy informacji. Sam Krzeczkowski sugerował, że jego przeszłość była jeszcze bardziej zawiła; ba, że jego rola w wywiadzie podwójna. Mimo książki, którą napisał o nim Wojciech Karpiński, niewiele także wiemy o jego dzieciństwa, o życiu w Stanisławowie, gdzie urodził się w zamożnej żydowskiej rodzinie jako Herman Gerner, a także o losach wojennych. 

    Wiemy, że potem wszedł w świat literacki. Był głęboko wierzącym, praktykującym katolikiem, mimo swego stylu życia. W roku 1954 pisze w swoim dzienniku: „Człowiek naprawdę wierzący zachowuje godność…Religia stawiająca ponad wszelkie prawa ludzkie nakaz moralny zabraniający krzywdzenia bliźniego ratuje w końcu przed każdym zabłądzeniem.” Doceniał rolę Kościoła w życiu narodu, był zafascynowany postacią kardynała Wyszyńskiego: „Niedostrzeganie kościoła w naszym pejzażu jest czymś groźniejszym od anemii widzenia. Może dowodzić zamknięcia się w partykularzu, z którego nie widać nic.” 

    Krzeczkowski opisywał PRL jako przybudówkę Rosji sowieckiej, z której Polacy chcieli się wydostać na wolność: „Sytuację wewnętrzną i międzynarodową państwa polskiego, które powstało po drugiej wojnie światowej, kształtują od pierwszych chwil jego istnienia: imperialna polityka Związku Sowieckiego, interes partii rządzącej oraz wola narodu, który nie zamierza zrezygnować ze swej podmiotowości historycznej.” Wiedział, że naród polski odrzucał komunizm od samego początku i że „żydokomuna” nie była tylko antysemickim stereotypem: „Najciekawszy dziennik, jaki mógłby powstać po naszych czasach, to taki, który prowadzi ortodoksyjny komunista odkrywający zupełny bezsens naszej rzeczywistości. Nic nikomu nie zostaje oszczędzone. „Problem żydowski” w jedenastym roku Polski Ludowej, której jedynymi w stu procentach wiernymi adherentami byli żydowscy komuniści. Starzy komuniści odkrywający swoje karty i odkrywający historyczną dwuznaczność ich roli i postawy moralnej”.

    Już w latach siedemdziesiątych doszedł do wniosku, że porządek jałtański się kończy i że odzyskanie suwerenności się zbliża. Nie dożył tych czasów. Z żalem można także powiedzieć, że i w III RP nie sprawdziła się jego przepowiednia, że: ”kamieniem węgielnym odrodzonej myśli politycznej polskiej będzie sprawa walki o niepodległość, o zdobycie suwerenności dla istniejącego państwa.” Polska po 1989 r raczej wyzbywała się atrybutów odzyskanej cudem niepodległości - niefrasobliwie oddawała się w obce ręce, gospodarczo i politycznie, gdyż miały to być ręce na wieki przyjazne, opiekuńcze. Zamiast myśli polskiej zapanowała bezmyślność europejska. Dopiero teraz przypominamy sobie tę „najważniejszą lekcją, jaką wynieśliśmy z drugiej wojny światowej”, która było jego zdaniem „upewnienie się w zasadności tego, co świat przywykł nazywać polską obsesją na punkcie Niemiec i Rosji.”

     

    Felieton ukazał się na łamach Tygodnika Solidarność nr 8/2026

     

     

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    Zadziwiająca zgoda

    Ujawniony przez TVN fakt, że rosyjskie służby wspierały kampanię nienawiści przeciw Prawu i Sprawiedliwości, zachęcając do szerzenia wulgarnych haseł, nie dziwi.

    Zdzisław Krasnodębski

    5 min

    Widziane z Warszawy: Krajobraz po bitwie. I przed następną…

    Minęły wybory do Parlamentu Europejskiego, odbyła się sesja inauguracyjna nowej kadencji i pierwsze konstytucyjne posiedzenia komisji, teraz czekamy na wznowienie jego prac po przerwie wakacyjnej.

    Zdzisław Krasnodębski

    6 min

    Przekleństwa polskie; Jaki jest dzisiejszy język Polaków, ich logos, który – jak wiedzieli już starożytni, odróżnia człowieka od zwierząt ?

    Nawet tym, którzy bardzo niewiele wiedzą o filozofii, obiło się zapewne o uszy słynne zdanie: „granice mego języka oznaczają granice mego świata” z Traktatu logiczno-filozoficznego Wittgensteina. Inni, bardziej obeznani, którzy słyszeli o hermeneutyce, wiedzą, że głosi ona, iż nasze rozumienie, nasze poznanie może mieć tylko charakter językowy. „Byt, który można zrozumieć, to język” – pisał Hans-Georg Gadamer.

    Zdzisław Krasnodębski

    5 min