Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Każde pokolenie „myślicieli” na etacie musi uśmiercić Boga na różne sposoby – rozmowa z prof. Stefanem Grajkiem, eseistą i lekarzem

    2026-10-06
    Czas czytania 15 min

    Czy komuś się podoba czy nie, chrześcijaństwo zainspirowało rozwój sztuki europejskiej domagając się od niej przedstawienia świętości, wzniosłości, tradycji historycznej, uniwersalnego i intersubiektywnego odbioru. Derridę - z jego logofobią - można starać się zrozumieć; postęp, obyczaje, regionalizacja świata, nadają pojęciu piękna nieco inne atrybuty, ale czy to oznacza, że należy zastaną estetykę od razu zawieszać?  - mówi w rozmowie z Maciejem Mazurkiem prof. Stefan Grajek


    Maciej Mazurek: Czytając Twoją książkę w „Poszukiwaniu utraconego smaku”, przypomniało mi się powiedzenie Josepha de Maistre’a: „Czytałem milion dowcipów na temat starożytnych, którzy widzieli duchy wszędzie. Zdaje mi się, że jesteśmy od nich o wiele głupsi, ponieważ nie dostrzegamy ich nigdzie”. Należysz do kategorii tych którzy widzą duchy. Opisałeś takie spotkanie na San Giorgio Maggiore w Wenecji. To, że mnich spotka anioła, egzaltowana dziewczyna czy dewotka to niejako naturalne. Ale lekarz kardiolog o renomie europejskiej, mistrz w swoim fachu, obcuje z wyższymi mocami? To niepokojące? 

    Prof. Stefan Grajek: Och, ten Anioł! Zacznijmy od pewnej deklaracji. Wierzę, że świat wypełnia Mądrość Boga nazywana także Opatrznością. Jest w mojej wierze intelektualny podziw dla Stwórcy Nieba i Ziemi. Mam to od Spinozy - tyle, że on był panteistą ja panenteistą. 

    MM: Czyli cały wszechświat świat znajduje się w Bogu, ale Bóg jest jednocześnie większy niż ten wszechświat?  

     SG: Tak. Bóg stworzył wszechświat w całości - nie, cząstkę, jakiś kawałek i właśnie owa totalność istnienia nadaje sens naszej wierze.  Derrida powiedziałby o mnie logocentrysta. Inaczej nie potrafię myśleć i nie przeszkadza mi to w moich empirycznych dociekaniach. W pracy habilitacyjnej policzyłem liczbę komórek mięśnia lewej komory w różnych stanach chorobowych. W normie (ciężar serca poniżej 350g), wynosi 4,60 x 109 miocytów.   Złośliwcy pytali czy nie znalazłem duszy?  Nie - ale znalazłem wyrafinowaną strukturę ułożenia włókien mięśniowych umożliwiającą optymalne sprzężenie elektro- mechaniczne skurczu mięśnia serca. Cud natury. Jak wiesz, Kartezjusz próbował umieścić duszę w szyszynce, ale ja sądzę, że jest ona zlokalizowana w czystym rozumie Kanta, przeto nazywam ją duszą rozumną. Uważam się za osobę ludzką, nie za obywatela z numerem PESEL.

    MM: Powróćmy do spotkania z aniołem

     SG: Siedziałem na rozgrzanych kamiennych stopniach niewielkiego placyku przed kościołem San Giorgio Maggiore z przylegającym doń klasztorem (z 982 roku), przycumowanymi w ujściu Canale Grande.  W 1800 roku w kościele odbyło się ostatnie pozarzymskie konklawe. Na „życzenie” Napoleona   wybrano Piusa VII.          Schładzając zmęczone stopy wodą laguny, popijając z butelki białe wino, miałem przed sobą widok nieziemski. Miasto dryfujące w nierzeczywistość. La serenissima – esto perpetua. Republika Wenecka trwała około 1100 lat i bez wątpienia jej obywatele byli najszczęśliwszymi mieszkańcami ówczesnej Europy. Godło republiki, uskrzydlony lew z otwartą księgą (ewangelią) św. Marek i napisem „PAX TIBI MARCE EVANGELISTA MMEUS” umieszczonym na kolumnach, budynkach administracyjnych, zajmowanych miast na kontynencie: od Padwy, Werony, Bassano, Feltre, Vicenzę, Treviso po Triest z wybrzeżem dalmatyńskim. Wszędzie przyłączenie do Wenecji przyjmowano entuzjastyczne. La serenissima przynosiła pokój, sprawiedliwość, bogactwo.  

     MM: Jak dawniej Rzym, atrakcyjny, bo dający ochronę prawną. Nie zawsze pokojowo.    

    SG: Byłem młody, marzyłem o przygodzie humanistycznej, studiować dalej, filozofię, historię, sztukę. O osiemnastej zabrzmiały dzwony klasztorne na Anioł Pański i wtedy przyszedł On. Poczułem obecność, ale go nie widziałem, gdybym dojrzał uznałbym że cierpię  na pareidolię (zjawisko psychologiczne polegające na dopatrywaniu się znanych kształtów, twarzy lub wzorców w przypadkowych, abstrakcyjnych przedmiotach i szczegółach) Anioł pytał, słuchał  i zdecydował: moją posługą ma być ratowanie ludzi. Wróciłem do Poznania i zacząłem liczyć włókna mięśnia lewej komory, ale mam poczucie, że tam na placyku przed San Giorgio Maggiore nie zdałem ważnego egzaminu.  Joseph de Maistre podobnie jak Edmund Burke i po części Aleksander Tocqueville reprezentowali nurt konserwatywno-liberalny, który ja podzielam. My wolimy decorum, pozostawiając chaos innym, zapewne dla nich jest porządkiem.    

     MM: Za tym pytaniem kryje się problem zaczynający się w Oświeceniu, spór między tzw. świadomością naukową, posługującą się empiryzmem a metafizyką, dziełem Greków, która przekracza horyzont materializmu i determinizmu? 

    SG: Tak, to prawda, nie można było żyć dłużej podług przecudnie iluminowanych miniatur Godzinek księcia de Berry.  Antyklerykalizm zbuntowanych mas, zręcznie podsycany ideologiczną myślą „filozofów”, rozpoczął zgubny proces wypłukiwania aksjologii chrześcijańskiej z edukacji społecznej. Rewolucyjni inspiratorzy nie dostrzegali szkodliwych następstw tego zjawiska.  Dla Arystotelesa metafizyka była filozofią pierwszą. Metafizyka spełnia funkcje kognitywne, pozwala zrozumieć swoją religię, atoli nie zgłasza roszczenia prawdy jak czyni to wiara. Wyjaśnia, porządkuje, oczyszcza i buduje pomosty między rozumem i wiarą (fides et ratio).  Racjonalny namysł nie neguje ateistycznego dogmatu - nieistnienia Boga. Tej negacji zaprzecza wiara, ale metafizyka może ją wspierać. Jeżeli zastąpimy pojęcie Boga (teologia) słowem Absolut mamy klasyczną filozofię. Nie rozumiał tej logiki zapiekły wróg religii objawionej   August Comte, twórca pozytywizmu, laickiego szkolnictwa, krytyk metafizyki. Planował stworzenie świeckiej religii humanistycznej, w której np. Newtona ogłoszono by świętym? Sic! Miał zaledwie 24 lata, gdy napisał w 1822 roku słynne Planowanie badań naukowych niezbędnych do reorganizacji społeczeństwa.  

    MM: Lawina ruszyła?   

    SG: Można to nazwać lawiną.  Od ponad dwustu lat setki „etatowych myślicieli” akademickich poszukuje ostatecznego „przekroczenia” metafizyki i wyrzucenia jej na śmietnik historii. Trud to daremny, nosimy bowiem w sobie idee czystego rozumu, atoli jesteśmy „zwierzętami metafizycznymi”. Współczesny filozof kanadyjski Jean Grondin wyjątkowo trafnie mówi o trzech filarach metafizyki: ontologicznym (Byt, Absolut) teologicznym (Bóg i jego zamiary) i antropologicznym. Ten ostatni filar obejmuje pytania egzystencjalne; skąd przyszliśmy, po co istniejemy i dokąd zmierzamy, sens życia w ogóle i w życiu jednostek, kontyngencję człowieka oraz metafizykę moralności Immanuela Kanta. Tylko chrześcijaństwo potrafi odpowiedzieć – nie wszystkich zadawalając – na te pytania. Konkurencyjne idee są mdłą symulakrą zbawienia. Wierzący nie czują się zagubionymi na pustyni nomadami, nie dryfują zagubieni na oceanie nicości, nie jesteśmy   kosmicznymi podrzutkami, mamy swój cel – telos. Jeśli chcemy uchronić przyszłe pokolenia przed pogłębiającym się nihilizmem, absurdem i moralną anomią, winniśmy - edukując młodych pilnie przypomnieć podstawowe założenia ontologii, przypominając najsłynniejsze pytanie Leibniza „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic” .Filozof – o czym już nie pamiętamy - zastanawiająco dodaje „Nic jest przecież prostsze i łatwiejsze niż coś?”Mówię wprost – po cholerę Stwórcy kłopot ze światem? W edukacji należy - pomijając trudne problemy metafizyki teologicznej - przybliżyć zasadnicze pytania metafizyki antropologicznej. Mamy obowiązek wskazać, iż niezależnie od postępu nauki i techniki, fundamentalne pytania o nasze istnienie są metafizyczne. Wielu z nas intuicyjnie wyczuwa, że sami się nie stworzyliśmy. Kto raz dostrzeże w metafizyce ukryte piękno, niezależnie od wiary, pozostanie oczarowany jej racjonalnością. Honoriusz z Autun (XII wiek) pisał „Nie ma innego autorytetu niż prawda dowiedziona rozumem”.  Lubię Wisławę Szymborską.

    W krótkim żartobliwym wierszu Metafizyka - rzecz o szarych kluskach ze skwarkami - napisała;       

    „Wniosek banalny, nie wart już pisania, 
    gdyby nie fakt bezsporny, 
    fakt na wieki wieków, 
    na cały kosmos, jaki jest i będzie, 
    że coś naprawdę było, 
    póki nie minęło…”

    Sens wiersza spełniła kryteria predyspozycji scholastycznej, słowa są: racjonalne, obiektywne i intersubiektywne. Potwierdzona ontologiczna faktyczność bytu: koniecznego (?), osobliwości początkowej (?) - „coś naprawdę było”.  

    MM: Chrześcijaństwo i filozofia to instrumenty do badania sensu świata, empiryzm zaś to sposób poznania jak działa organizm ludzki. Tych porządków nie należy mieszać, bo są z różnych poznawczych przestrzeni. Ten problem genialnie ukazał Mickiewicz w wierszu „Romantyczność?”. Można rzec, że dzisiejszy poziom wiedzy tę opozycję wiary i nauki, tak silną w czasach Mickiewicza osłabił. Badając działanie serca mówisz o Cudzie?                 

    SG: Po części zgadzam się z Tobą, atoli wówczas namysł Mickiewicza, nie odbiegał od intelektualnego klimatu Europy.  Romantyzm w spuściźnie po rewolucji francuskiej wchłonął ideały ducha postępu, wolności, emancypacji. Benedetto Croce w swojej fantastycznej Historii XIX wieku pisze o entuzjazmie - wręcz palingenezie - ogarniętych religią wolności społeczeństw. Nadzieja prometejska wypełniła serca Europejczyków.  Liberalizm zainspirował ludzi kultury, nauki, myślicieli do poszukiwania nowej estetyzującej koncepcji życia, zwanej romantyczną. Jej cechy to indywidualizm, nieograniczona wyobraźnia, uwolnienie namiętności, myśleniem intuicyjnym. Poeci akceptując ideały Oświecenia odrzucają jego wizję skrajnej racjonalizacji poznania świata. Podobnie Mickiewicz „dziecko epoki”, nawiązując do artykułu Jana Śniadeckiego (Dziennik Wileński 1819) napisał słynne strofy „Słuchaj dzieweczko /Ufaj memu szkiełku i oku” 

    Odnosząc się do Twojej uwagi o „fundamentach mojego myślenia o świecie” pozwolę sobie na ulotną dygresję. Poeci - szczególni angielscy- odrzucając Boga Trynitarnego, nie akceptowali despirytualizacji świata. Jakże to?  Poeci romantyczni bez ducha?  Przeto wymyślili własną laicką eschatologię. Dwudziestojednoletni Shelley, w poemacie Queen Mab z 1813 roku wykrzyczał „Nie ma Boga” (” There is no Good”), wyprzedzając znacznie Nietzscheańskie „Gott is tot” z 1883.  Są przekonani, że człowiek, uwolniony od dogmatów religii objawionej, będzie nieustannie ubogacał swoją osobowość, tworząc ewolucyjnie - po wieczne czasy - nowy, doskonalszy, gatunek ludzki. To przekonanie zaczerpnęli z idei naturalnej doskonałości moralnej - (erfectabilite ) - J.J Rousseau.  Środkiem realizacji tych marzeń, pozwalających wynieść ducha ludzkiego ponad poziomy jest zasada „więcej życia”, więcej wolności, więcej wyborów, więcej przeżyć, więcej wszystkiego. „Gdyby ludzki umysł stał się świadomy nieskończonej liczby idei jakie pojawiają się w ciągu minuty na świecie, owa minuta byłaby wiecznością, ta zaś udoskonalona wrażliwość zbliżać się będzie do nieskończoności co zniweczy czas” pisał Shelley. To zaledwie jedna minuta. Ale idea absorbcji indywidualnego ducha w jeden byt uniwersalny zainfekowała Hegla, który „pokąsał” Marksa i neomarksistów budujących w imię dziejowej konieczności kolejne królestwo wolności człowieka na ziemi.

     Pod koniec XIX wieku po deklaracji Nietzschego, mimo wszechwładnego empiryzmu, niezaprzeczalnych sukcesach nauki i techniki, europejska bohema nadal nie chciała rezygnować z substancji duchowej. Pod Czarnym Prosiakiem w Berlinie, August Strindberg, Stanisław Przybyszewski inni artyści niemieckiej i skandynawscy awangardowi dyskutują o duchowości.  W owych czasach Fryderyk Nietzsche był najbardziej wpływowym myślicielem w „nowoczesnych kręgach elit europejskich”.  Przybyszewski, Strindberg i cała cyganeria artystyczna, w odpowiedzi na „śmierć Boga”, z zadowoleniem odrzuca aksjologię chrześcijańską. Wielu jednak nie mogło się pogodzić z całkowitą desubstancjalizacją świata, z „domniemanym duchem” jak mówił Zaratustra.  

    MM: Co z „nagą duszą” wyzwolonego artysty? 

    SG: Przeto imaginują własne systemy kryptoreligijne w oparciu o gnozę, manicheizm, czy dziwaczny synkretyzm wyznaniowy. Nihilizm filozoficzny i anarchizm polityczny to dwa prądy intelektualne fascynujące wielu postępowych myślicieli końca XIX wieku. Jednak wielu z ludzi bohemy intuicyjnie obawiało się utraty duszy, zamykając - tym samym - po śmierci   drogę do zbawienia i bezwarunkowej wolności. Polityczni demiurgowie postępu walcząc o władzę, wykorzystują cyniczne idee nie ponosząc odpowiedzialności moralnej. Jeszcze w drugiej połowie XX wieku neomarksista, „filozof nadziei” Ernst Bloch pisał:   

    „Wszystko to, co tradycyjne religie ludziom obiecywały jest próżne, ale my, gdy zbudujemy komunizm jakoś sobie ze sprawą śmierci poradzimy” Sic!

    Kołakowski komentując te brednie dodaje:    

     „Jest to chyba najbardziej lekkomyślna obietnica kiedykolwiek złożona w imieniu jakiegokolwiek ruchu politycznego”. 

    Powróćmy do Mickiewicza, jego romantyzm jest patriotyczno -katolicki, czuł bowiem taką powinność, taką potrzebę. Przygoda z Towiańskim nie skutkowała kryptoteologicznymi – jak powiedziałaby Bielik-Robson - fantazmatami romantyków brytyjskich. Oni nie musieli walczyć o wolność Anglii. Mickiewicz pisząc Romantyczność, wierzy w duchowość świata, atoli to siła poezji. Kieruje uwagę pod adresem profesora Uniwersytetu Wileńskiego zafascynowanego Kantem i ideami czystego rozumu. Śniadecki był nawet krytycznie nastawiony do empiryzmu, pisał:  „…o możliwościach czystego doświadczenia”.   

    W Wilnie był chyba jedynym nowoczesnym, europejskim uczonym. Co przed szkiełkiem odsłonił poeta? Pierwszeństwo myślenia intuicyjnego, istnienie świata duchowego, potęgę uczuć, głębię cierpienia psychicznego (omamy wzrokowe, pareidoloia).  Pisze więc: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie / Niż mędrca, szkiełko i oko.” Obecnie po klęsce empiryzmu, uważamy, że nie istnieje jedyna „prawdziwa” wiedza obiektywna, wolna od wartościowania, niezależna od różnych teorii. We współczesnym realizmie ontologicznym pytania o istnienie Boga (Ducha) są uzasadnione, jakkolwiek nie możemy nadal uzyskać jednoznacznej odpowiedzi i nadal odpowiedź jest indywidualnym wyborem. Do niedawna pytanie to uważano za bezsensowne wręcz głupie. 

    MM: Tytuł zbioru Twoich esejów „W poszukiwaniu utraconego smaku” przywołuje Zbigniewa Herberta i Marcela Prousta jako arbitrów smaku. Doskonali patroni. Pomyślałem też mając na uwadze szerokość Twego myślenia, czy czasem jakimś punktem odniesienia przy pisaniu tych esejów nie były „Widzenia nad zatoką San Francisco” Czesława Miłosza?   

    SG: Przywołałeś wielkie nazwiska. Proust to była moja młodość, zacząłem go czytać w klasie maturalnej i powracałem wielokrotnie w Stronę Swanna – imponował mi kulturą, wiedzą wyrafinowanym Smakiem konesera. Strona Gerenantes prestiż, splendor albo Cień zakwitających dziewcząt – co za cymelium. Po pierwszych czytaniach, nieco później, zacząłem odkrywać mroczne sekrety uranistów Sodoma i Gomora. Po przeczytaniu Ulissesa Joyce’a postanowiłem nawet napisać rozprawę porównującą oba dzieła, zapewne egzaminy poprawkowe zmusiły mnie do kontynuacji wkuwania anatomii. Dostrzegłem, że pomimo ogromnej różnicy stylu pisania, obaj próbowali – nawet skutecznie -uchwycić piórem coś co nazywamy „strumieniem świadomości” .   

    Z pamięcią obu łączy się zabawna „nauczka”. Nie pamiętam nazwiska anglosaskiego literaturoznawcy, który opisał spotkanie Prousta z Joycem, podczas towarzyskiej kolacji w Paryżu. Specjalnie proszeni goście spodziewali się piruetów intelektualnej konwersacji. Niestety, obaj pisarze wymienili dwie może trzy zdawkowe uwagi na temat sposobów przyrządzania muli.  Anegdota zapadła mi tak głęboko w pamięć, że nigdy spontanicznie nie wygłaszam - poza lakonicznymi podziękowaniami - okolicznościowych wypowiedzi, oracji, laudacji, wprowadzeń, zagajeń - nic żywiołowego.  Trzeba być uprzedzonym i przygotowanym by nie zawieść życzliwych słuchaczy i nie kompromitować się banalnym bełkotem. Dowiedziałem się także, że młody Beckett próbował porównywać obu. Będąc sekretarzem Joyce’a zdał sobie sprawę, że nie może pisać tak jak oni, wybrał więc sztukę dramatu, w której oszczędne niewyszukane słowa, niemal ascetyczne, szorstkie, pospolite użyte dialogicznie nabierają głęboko refleksyjnych znaczeń. Beckett pisał inaczej, ale był równie wielki jak oni. 

    Przypominając mi Prousta, zastanawiałem się co łączyło tę trójkę?  Intuicyjnie czuję jakąś więź między nimi. Jaką?  Wszyscy opisywali bycie w późniejszym Heideggerowskim sensie. Nie byt – (człowieka), lecz bycie, które powstaje samo z siebie (causa sui) i które przychodzi do nas podmiotów (bytów) myślących (dassein ) i  w zależności od naszej otwartości odsłania nam (bytom) tajemnice egzystencji (bycia), nieustannie płynąc w nieskończoność. W momencie śmierci, bycie wypchnie nas w nicość i ubogacone cząstką naszej twórczości ekspanduje „nieprzerwanie   w nieskończoność”. W moim odczuciu trójka pisarzy to „reporterzy bycia”, mniej piszą o nas, bytach – byłoby to zbyt banalne.  Herberta lubię ogromnie, jest mi bliski - za wzruszająco prawą poezją i poharatanym życiem. Kiedy przeczytałem pierwsze strofy Potęgi smaku: ” Tak smaku/ w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia” porażony lekcją moralności zastygłem z podziwu. Cios w serce, zdrada klerków, konformizm przetrwania. To była prawda, dzisiaj wnuki chłopców „o twarzach ziemniaczanych” i „bardzo brzydkich dziewcząt o czerwonych rękach” mają tytuły naukowe, tylko...    

    Powiem Ci anegdotę. Kiedy wydałem swoje eseje, w kuluarach Akademii przemknęła ta wiadomość, moje młodsze koleżanki – jeszcze książki nie czytając - słysząc o tytule, gratulowały pytając. Często wędrujesz do Włoch – piszesz o kuchni włoskiej? Albo napisałeś o powikłaniach neurologicznych receptorów smaku po epidemii COVID - 19? Utytułowane akademiczki – znały moje zainteresowania- nie pamiętały (nie znały?) pojęcia Smaku, postawy etyczno – estetycznej wobec świata. Herbert o dziadkach, rodzicach pisał „ Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana/ łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy”.         
    Tragiczna historia poety jest znana. Wieczny kandydat, maleńka „chrząstka” powojennej literatury, cierpki moralista, był nie do zniesienia.  Nie można było żądać „głowy na tacy”. Przygniecionego zdradą przyjaciół, popadającego w depresję i alkoholizm, ciężko chorego astmatyka otoczono „kordonem bezpieczeństwa”.  Zrobiono z Herberta faszystę, antysemitę, współpracownika SB i chorego psychicznie - klasyka lewicy.                              

    Największy polski poeta powojnia umiera samotnie w nocy na korytarzu szpitalnym.  A Chodakiewicz? Nigdy nie byłem akolitą milenijnego kryptokościoła MM. Noblista Miłosz Czesław wielkim poetą był, pracowitym i zaradnym.  Już z pierwszych stron Widzenia nad Zatoką San Francisco wypływa zdziwienie, miejscem, sobą, językiem, pisaniem w stylu przypominającym preambułę wielkiej rozprawy filozoficznej. Podobnie Chodakiewicz „Na początku i na końcu jego sztuki jest zdziwienie / że urodził się, że zaistniał Chodakiewicz pod gwiazdami / gorzej było już z innymi zdziwieniami”.  Herbert mówił: „prawda nie pokrzepia, ale nie hańbi.” 

    Zauważyłeś! Moją książkę rozpocząłem pisać na Square Union w San Francisco. Właśnie tam na kongresie kardiologii interwencyjnej ogłoszono wielki sukces - pierwsze bioabsorbowalne stenty do tętnic wieńcowych. Bankietowano bez końca. Przedwcześnie, napływające wyniki; zakrzepice w stentach, zawały, zgony nagłe wstrzymały prace na kilka lat. Obecnie stenty te nieśmiało powracają, ale o zupełnie innej technologii.  Ja zaś pamiętam mgłę na Golden Gate. To niezwykły i znany tam fenomen. Mgła przypływa z nad Pacyfiku, pierzastą otuliną obejmuje znikający most, ale posuwa się niewiele dalej w głąb zatoki, oby ponownie wycofując się go odsłonić. Czerwone przęsła znikają i wyłaniają się.  Ten zdumiewający fenomen nazywają „Karl the Fog”.  To budzi zdziwienie.   

    MM: Dzisiaj taka uproszczona „naukowa” wizja opanowała mentalność mas. Dokonało się za sprawą zdrady elit, które pochłonął ekonomiczny Lewiatan. Tymczasem, bliższe zobaczenie osiągnieć dzisiejszej nauki, winno skutkować pokorą, wobec tego, co nas otacza a nie agresywną ofensywą ateizmu?  

    SG: Prawda, chociaż wolę określenie otumanione elity, „nie wiedzą co czynią”. Pytasz skąd ten atak na religię?  Przetrwałe echo „arogancji Oświecenia” Przypomnę „moment Laplace’a. W 1802 roku Pierre Simon Laplace prezentuje Napoleonowi obliczenia na temat stabilności pierścieni Saturna. Pierwszy Konsul zapytał. „Panie Laplace, słyszałem, że w pańskiej książce w ogóle nie wspomina pan o Stwórcy. Laplace opowiedział. Sire, nie potrzebowałem tej hipotezy.” Ten błyskotliwy bon mot (dzisiaj byłby to mem) stał się manifestem wojującego ateizmu.  Czy słusznie?  Współcześnie żyjący filozof nauki John Lenox wyjaśnił; Laplace nie udowodnił nieistnienia Boga, lecz stwierdził, że własny model matematyczny nie wymagał bezpośredniego włączenia Boga jako czynnika wyjaśniającego - jakiejś „stałej transcendentnej – i to jest poprawna interpretacja.


    MM: Prawdziwa nauka jest ostrożna?      

    SG: Nie może bowiem pewnie odrzucić rzeczywistości pozaempirycznej chociażby z powodów metodologicznych. Substancjalność ducha leży poza zasięgiem aparatury badawczej, ale substancja nie jest pojęciem pustym. Jest pojęciem dowolnej rzeczy materialnej i niematerialnej (duchowej), jest tym o czym pomyśleć można wszystko, ale czego nie można orzec o niczym. „Nic” poznawczo nie wnosi nic, zaś coś, substancja duchowa (dusza) dopełnia opisu wybranych fenomenów rzeczywistości. Mimo wszystko potrafimy – jeśli mamy zdrowy receptor smaku mimo COVID 19 - odróżnić z dwóch identycznych talerzy pomidorowej zupy, ten z szczyptą soli. Przeto substancję można rozumieć bez pojmowania czegoś innego, jest pojęciem uchwytnym samym w sobie. Prawdziwa nauka broni pryncypiów logicznych, wie, że brak dowodów na istnienie Boga nie dowodzi Jego nieistnienia. Dziewiętnastowieczny prymitywny ateizm to woluntarystyczny sąd filozofów, socjologów. Nie starali się nawet w racjonalnej spekulacji znaleźć dowody „śmierci Boga”.  Nie bo nie – mówiła moja córka – „bo Go nie widać”, argument powtarzany przez marksistowskich nauczycieli „przysposobienia obywatelskiego” w szkołach średnich lat sześćdziesiątych. Herbert miał rację! 

    MM: Czy w języku logiki znajdziemy dowód Jego nieistnienia? 

    SG: Nie. Koło Wiedeńskie ośmieszył Karl Popper ten od szlachetnej idei „społeczeństwa otwartego”, twórca falsyfikacjonizmu. Filozof zgodnie z obowiązującą teorią sensowności, sformułował słynną „zasadę arcymetafizyczną” dowodząc sensowności tezy o istnieniu ducha myślącego, „Boga filozofów” - nazwy tej pierwszy użył Blaise Pascal. Boga filozofów, nie Boga Objawienia, ponieważ w procedurze logicznego dowodzenia Popper nie potrafił przełożyć na język sformalizowany ważnego dla teologii twierdzenia o moralnej dobroci Boga. Popper udowodnił tezę , że istnieje byt posiadający, wszechwiedzę, wszechobecność i wszechmoc, którą można przedstawić w postaci szczegółowego zdania egzystencjalnego. Zwolennicy pozytywizmu logicznego uznali, że teza o istnieniu „Boga filozofów” jest sformułowana poprawnie i jako taka jest empirycznie sensowna! Zaczęła się „wielka awantura” Sformułowane zdanie o istnieniu bytu wszechmocnego, wszechobecnego i wszechwiedzącego jest zdaniem egzystencjalnym pozbawionym determinacji czasoprzestrzennych, nie może więc być falsyfikowane ani dyskonfirmatywne. Przez dyskonfirmację rozumie się falsyfikację częściową, prawdopodobną, ale nie definitywnie rozstrzygającą. Zgodnie z sugestią Carnapa zdania metafizyczne nie podlegają konfirmacji, więc zapis Poppera okazał się poprawny. Oczywiście! Popper nie sądził, że stworzył kolejny dowód na istnienie Boga. Podał przykład, aby dowieść do jakich absurdów dochodzimy absolutyzując teorie języka i konwenanse metodologiczne. Tak więc reguły logiczne, które miały służyć do określania (dyskryminacji) pseudozdań (przede wszystkim teologiczno-metafizycznych) spełniły tę funkcję w stosunku do samych siebie. Koło Wiedeńskie w walce z metafizyką poniosło porażkę. Życzenie jej śmierci nie musi pociągnąć za sobą śmierci Boga ani oznaczać zepchnięcia wiary jedynie w kierunku dogmatycznego fideizmu.  

    Zwracam uwagę, że moje przykłady dotyczą rozumnej spekulacji (ratio), nie wspominam o wierze (fides), wobec której nawet najagresywniejsi ateiści są bezradni. Dogmat ateistów o nieistnieniu Boga jest dla nich tak oczywisty jak -istnienie Boga dla wierzących. Ich agresja wobec wierzących wynika z faktu, że nie mogą uwierzyć, że można wierzyć w Boga.  Przenoszą swoją niechęć z przedmiotu wiary (Bóg) na podmiot (człowiek), a to jest fanatyczna zawiść. Wielu z nas, katolików nie zastanawiając się nad obrazem samego Boga Trynitarnego wierzy w niewidzialny porządek, harmonię i w to, że nasze największe dobro zależy od dostrojenia się do tego porządku. Za tą „naiwność” ateiści nas nie tolerują, a przecież zarówno istnienie jak i nieistnienie Boga to logicznie uprawomocnione, sensotwórcze idee, zależące tylko od naszego wyboru. Wiary, która jest najistotniejsza.    

    To nawet nie jest śmieszne, każde pokolenie „myślicieli” na etacie musi uśmiercić Boga na różne sposoby; agresywny ateizm metodologiczny, językowy dryf semantyczny, usuwanie pojęć metafizycznych z sfery naukowej, przestrzeni publicznej - „wygumkowanie Boga” -, rzucając do walki nowe narzędzia intelektualne; dekonstrukcję, subwersywizm, hermeneutykę. Na szczęście są to nauki humanistyczne operujące metaforą, prawdą narracyjną, referencyjną i są myślą słabą, dlatego upolitycznioną i to jest groźne. Polityka jest religią obywatelską (Rousseau), i nadal nie może zrozumieć, że dla harmonijnego rozwoju społeczeństw, moralnej dojrzałości obywateli i ich szczęścia, potrzebne są obie. Polityka i religia. Pojęcia metafizyczne mamy zakodowane w czystym rozumie, wystarczy impuls transcendentny by rozbudzić pragnienie.  Na pustyni wody nie ma, lecz pragnienie zdradza jej istnienie. Reglamentacja wody może być dla polityki groźna. 

    MM: Jeden kieliszek wiedzy i powierzchowny umysł ma poczucie, że wszystko jasne. Po wypiciu całej butelki wiedzy ujawnia się las problemów i znika naukowa arogancja?   

    SG: Poruszyłeś interesujące zagadnienie granic poznania. Wprzódy jednak chciałbym trochę ponarzekać. Coraz powszechniejsza jest opinia o     słabnącym intelektualnym potencjale ludzkości. O wyczerpywaniu się idei chrześcijańskiej, wysychaniu twórczych źródeł starzejącej się cywilizacji europejskiej napisano tomy. Myśl filozoficzna także jest coraz bardziej zmęczona. Nie ma mędrców, poszukujących prawdy obiektywnej, ontologicznych podstaw rzeczywistości, porządku duszy rozumnej i moralności, uprzywilejowanego obrazu rzeczywistości. Pod „ciosami postmodernizmu” porządek i symetria obrazu świata się rozsypały.     

    A przecież guru francuskich postmodernistów Jean – François Lyotard w liście do J-L Nancy’ego z 5 stycznia 1985 roku przyznał „Schyłek nowoczesnych ideałów … pociąga za sobą zluzowanie intelektualistów (w stylu Zoli). Zauważ tragiczne pomyłki, jakich ofiarami padli, ci którzy nie chcieli uznać głębi kryzysu: Sartre, Chomsky, Foucault. I nie śmiej się z tego. Trzeba wpisać te zbłądzenia w obraz ponowoczesności”.U postmodernistów trudno było nie zauważyć inwersji znaczeniowej języka tracącego stabilność pojęciową i zjawiska „językowego pasożytnictwa, tworzącego symulakrę tradycyjnej kultury europejskiej” - pisał tenże Lyotard. I ostatnia – jak powiedziałby Miłosz – smakowita cytata:

      „Naszym hipotezom nie należy przypisywać wartości predykcyjnych w stosunku do rzeczywistości, lecz wartość strategiczną w stosunku do postawionego pytania”.

    Wszystko jasne, w „centrum” już się zorientowali na peryferiach jeszcze nie. U schyłku stuleci z reguły nastawał klimat dekadencji, atoli moje narzekania - podobnie jak wielu innych – pojawiają się w pierwszym dwudziestoleciu XXI wieku. To nieprzyjemne przeczucie zbliżającego się kataklizmu zaczyna być dominujące i podobnie odczytał je Marek Dobrzeniecki pisząc w zbiór esejów Deficyt zaufania do świata:                                          

      „Jest nam bardzo ciężko” i „coś się kończy”.        

    Jest wiele i jeszcze więcej złożonych przyczyn zaistniałej sytuacji, ale jedną -z tych ważniejszych - jest dekonstrukcja chrześcijaństwa. Podobnie w kulturze, pojawienie się sztuki konceptualnej programowo odrzucającej klasyczne piękno, sztuki   performatywnej, sztuki ulicy (happening), sugerują wysychanie źródeł inspirujących twórczość artystyczną. W literaturze, malarstwie powszechne są zjawisk retellingu, redundancji, pastiszu, tautologii.  Zapewne się mylę – jestem starym ramolem - ale mam dojmujące uczucie wyczerpywania się zasobów intelektualnych człowieka. Podziela te opinię znacznie młodszy, błyskotliwy prawnik prof. Marcin Matczak. W swoim zbiorze esejów Kraj w Którym umrę wszystkie rozdziały jednoznacznie zatytułował; Śmierć człowieka, Śmierć tradycji, Śmierć języka, Śmierć obiektywizmu, Śmierć kreatywności, Śmierć umiarkowania, Śmierć Boga. Spis mówi sam za siebie. Tę orientację można jeszcze próbować odwrócić, powstrzymać.

     Zasadniczy dogmat postmodernizmu głoszący nieistnienie obiektywnej prawdy powoduje, że postmoderna nie potrafi się samouzasadnić. Lyotard to powiedział, nie chodzi o prawdę, wartości, idzie o realizację strategicznych celów politycznych. Nadto – co warto pamiętać-dekonstrukcja Derridy, jest tylko metodą posługiwania się językiem, nie zaś treściowym źródłem sensu tkwiącym w naszym rozumie. Dekonstrukcja to współczesna odmiana sofistyki. Postmoderniści – podobnie jak sofiści- zawsze mogą twierdzić, że nie zgłaszają roszczeń prawdy - tylko pytają. To wygodna pozycja, tyle że pytania najczęściej są upolitycznione, zatem niebezpieczne. Atoli powyższe   uwagi odsłaniają głębiej skrywany interesujący problem - granic poznania. Poznajemy świat zarówno w kategoriach doświadczenia jak i racjonalnej spekulacji czystego rozumu.  Empiryczne ograniczenia są stosunkowo najprostsze.  Nie przekroczymy prędkości światła. Jeżeli uznać foton za nośnik informacji to nie dowiemy się nigdy co jest za horyzontem rozszerzającego się świata lub za krawędzią czarnej dziury. Wszelkie prawa fizyki załamują się w punkcie początkowym wszechświata. Astrofizycy określają te niedostępne poznaniu fakty – osobliwościami. Ludzie wierzący - cudami. Najmniejszą niepodzielną wielkością jest stała Plancka. Poniżej nie ma nic. „Nic”?  Twierdzenia limitacyjne; Gödla o niemożności dowiedzenia prawdy, paradoks Löenheima-Skolema dowodzi, że skończoność (policzalność) lubi nieskończoność (nieprzeliczalność) zależą od pozycji obserwatora w zbiorze. Mamy więc świadomość uwięzienia poznania w empirycznej klatce. A co z racjonalnym myśleniem poza doświadczeniem?  Metafizyką?

     Kant umieścił idee Boga, duszy, nieśmiertelności w czystym rozumie, w którym „odkrył” immanentną, operacyjną zasadę myślenia – zasadę bezwarunkowości. Myśl ludzka wybiega znacznie dalej niż doświadczenie. Metafizyczne pojęcia a priori pozbawione empirycznego wnioskowania nie mogą nas nauczyć jaki jest świat, ale jak o nim myślimy, a to coś więcej niż wiedza. Zasada bezwarunkowości ogranicza nam to myślenie. Pojmujemy pojęcia, metafizyczne, ale nie możemy ich zrozumieć, bo nie możemy wnioskować z doświadczenia, są nieempiryczne. Z jednej strony, zasada stanowi poważne ograniczenie naszego poznania opartego na racjonalnym rozumowaniu, z drugiej – znając naszą skłonność do spekulacji - „zabezpiecza” czysty rozum przed błądzeniem w kierunku paralogizmów i różnych fantazmatów. Jednakże ta „wszczepiona”, regulatywna zasada myślenia przypomina ideę fabrycznie zamontowanego ogranicznika prędkości w silnikach samochodowych, asystenta prędkości (ISA, intelligent speed assostance). Wielkie silniki mają potężną moc, pozwalającą osiągać znaczne prędkości, ale z uwagi na bezpieczeństwo są one blokowane. Podobnie z naszym poznaniem. Jeżeli byłoby (ono) nieograniczone (albo niedostępne w ogóle), to zasada bezwarunkowości nie miała by sensu. Tak jak „dociskanie gazu do dechy” nie przyspieszy pojazdu z uwagi na wmontowany ISA przez projektanta, tak zasada bezwarunkowości - obowiązująca w życiu doczesnym - pośrednio „uobecnia” istnienie Stwórcy (Projektanta). Czyżby konsekwencje wygnania z raju?  

    Gdy czytałem o słynnym eksperymencie na szczurach Universe 25, mam nieodparte wrażenie, że jesteśmy przedmiotami jakiegoś kosmicznego eksperymentu, ktoś nas obserwuje? Człowiek nieustannie walcząc z Bogiem, wykorzystuje także sztuczną inteligencję (AI) turbodoładowanie poznania, ta zaś może zostać przedmiotem idolatrii. AI staje się idolem nie wtedy, gdy jest bardzo inteligentnym narzędziem, lecz wtedy, gdy człowiek zaczyna traktować narzędzie jak absolut.  Już obecnie w wielu środowiskach AI zaczyna być traktowana jako absolutnie pewne źródło wiedzy – idolatria epistemiczna. Nie dziwi więc, że Leon XIV wymienia szereg wątpliwości i zagrożeń związanych z AI, warto poczytać Magnifica Humanitas.   

    MM: Twoja książka a tak mógłby sugerować tytuł, nie jest mimo wszystko jeremiadą nad utraconą Arkadią, nad końcem świata subtelnych estetów? Raczej takim wezwaniem, aby podążać za pięknem i cieszyć się nim, bo ono, jak mawiał Dostojewski zbawi świat? 

    SG: W miarę starzenia się coraz rzadziej wypowiadam się na temat piękna, sztuki, której odbiór jest szalenie zindywidualizowany. Stare i wyświechtane powiedzenie De gustibus et coloribus non est disputandum jest prawdziwe. Umberto Eco poświecił obszerne tomy analizujące zarówno piękno jak i brzydotę i nie zdołał podać jednoznacznej definicji. Obie kategorie są zależne o danej kultury, epoki historycznej, kraju. Piękno nigdy nie było czymś absolutnym (jakkolwiek pojęcie to dla filozofii, teologii a nawet sztuki zdaje się być niezbędne), ulegało stałym przemianom. Eco przytacza więc trywialną postmodernistyczną definicję „Piękno jest tym wszystkim co ludzie pięknem nazywają” Opinia niewyszukana, filisterska, ale szalenie demokratyczna. Zarówno wyrafinowany koneser, wrażliwy esteta jak i filister, prymitywny barbarzyńca może zacytować De gustibus …   Giuseppe Tomasi di Lampedusa mówił „Zawsze należy pozostawiać ludzi w ich niewiedzy”. Wysoka sztuka z natury jest elitarna, Herbert pisał „Tak więc estetyka może być pomocna w życiu/ nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”. Niestety nie wszyscy chcą się uczyć. Herbert dalej „To wcale nie wymaga wielkiego charakteru…to sprawa smaku. Tak smaku”. 

    Ja należę do pokolenia – jakby powiedział Derrida logocentrystów i okulocentrystów – i dla mnie wielka sztuka, ta potrzebująca pojęcia absolutu piękna skończyła się z początkiem pop-artu, - producenta kiczu - mniej więcej w połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jak wspomniałem w poprzednim pytaniu, późniejszy okres uważam za wyjątkowo marny, mówię wręcz o kryzysie sztuki, szerzej kultury. Postmodernizm opętany emancypacją i twardym egalitaryzmem unicestwił indywidualność, elitarność. Pojawienie się sztuki konceptualnej programowo odrzucającej klasyczne piękno, sztuki performatywnej, sztuki ulicy (happening), sugeruje wysychanie źródeł inspirujących twórczość artystyczną. Nie tylko dzieło, ale przede wszystkim język sztuki uległ programowej przemianie. Moje transcendentne idee kształtują   ogląd świata, zatem i sztuki.                                                                                                                              

    Czy komuś się podoba czy nie, chrześcijaństwo zainspirowało rozwój sztuki europejskiej domagając się od niej przedstawienia świętości, wzniosłości, tradycji historycznej, uniwersalnego i intersubiektywnego odbioru. Derridę - z jego logofobią - można starać się zrozumieć; postęp, obyczaje, regionalizacja świata, nadają pojęciu piękna nieco inne atrybuty, ale czy to oznacza, że należy zastaną estetykę od razu zawieszać?  W tym sensie okulocentryzm stał się ironiczną, prześmiewczą krytyką estetyki Zachodu polegającą na jej dekonstrukcji wyprowadzając pytania z opozycji binarnych. Piękne czy brzydkie?  Filozof uważał, że takie pojęcia jak smak, piękno nie mogą już być definiowane przy zastosowaniu tych opozycji i podaniu cech tkwiących w przedmiocie. Derrida podważa sens takich pytań i w tym znaczeniu dekonstruuje zastaną estetykę. Dopomina się innych reguł rozumienia wobec pojęć, które nazywa pozorami, widmami (jego ulubione słowo), prowokacyjnie więc zapytuje. Czym jest przeżycie estetyczne? Co to jest dzieło sztuki? Piękno? Brzydota? Jego zdaniem estetyka staje się nauką o pozorach.
    Niestety próby Derridy deprecjonowania wypracowanych wzorców estetyki Zachodu, stanowiły teoretyczne podglebie dla sztuki konceptualnej (conceptual art, Henry ‘ego Flynta). Sztuka konceptualna zakłada prymat idei twórczej nad formą dzieła (wykonanie specjalnie się nie liczy), obowiązuje priorytet konceptu (zamysłu artysty) nad estetyką. Sztuka konceptualna analizuje naturę sztuki i rolę artysty. To wszystko można wyprowadzić z myśli Derridy. Co więcej   dekonstrukcja podobnie jak konceptualizm rozbija strukturę dzieła dowodząc jego nietrwałości i braku jakichkolwiek zasad w estetyce. Prowadzi zatem do „zawieszenia” tradycyjnej kategorii arcydzieła i proponuje bardziej performatywne rozumienie sztuki. Ostatecznie jednak nie ma najmniejszego powodu, aby uznać myśl Derridy za obowiązującą. To tylko jego opinia. Dla mnie „kustosza zapomnianych pojęć” ważny jest język sztuki i o sztuce.

     Okulocentryzm usuwa - z „tekstualności obrazu” - metafizykę obecności (Logos, sacrum), wszelki język wertykalny (wg. Derridy dominujący w binarnych opozycjach pojęciowych) odpowiedni dla opisu arcydzieła np. ponadczasowe, nierzeczywiste, nadprzyrodzone. Programowo horyzontalny język sztuki konceptualnej, „demokratycznie zawiesza” tradycyjny opis arcydzieła. Jej pole semantyczne zamyka się w kręgu zrównoważonych pojęć binarnych opozycji. Dla powyższego (wertykalnego) przykładu odpowiednie w języku horyzontalnym słowa to: doczesne, realne, naturalne. Właśnie taka jest ta sztuka; ulotna, faktyczna, pospolita i nie sposób pisać o niej inaczej. Do naszych obowiązków należy wykrzyczenie tej prawdy, ostrzegając młode pokolenia.

     

    Sztuka jest odbiciem aspiracji społeczeństw. Każde ma taką kulturę jaką się posługuje. W lipcu 2023 roku zamknięto wspaniałą, objazdową wystawę w Berlińskiej Gemäldegalerie wielkiego flamandzkiego malarza Hugo van der Goes’a (1444 -1482). Nadzwyczajny artysta z przełomu późnego średniowiecza i początków renesansu, popełnił samobójstwo powątpiewając – mimo wielu sukcesów- w swój niezwykły talent. Choć jego obrazy to wspaniałe „akty strzeliste” na chwałę Boga, w dążeniu do doskonałości artystycznej dopadł go demon acedii.  W dwa miesiące po zamknięciu wystawy (wrzesień 2023) na pobliskim Potsdamer Platz, około tysiąca berlińczyków w ramach happeningu- jednej z kategorii sztuki konceptualnej - zebrało się udając psy. Szczekali, wyli, łazili na czworakach. W demokracji liberalnej każdy głupek może manifestować swoje poglądy, ale prawo do szczekania jest – jak sądzę - całkowicie pozbawione znaczeń sensotwórczych, uzasadniając podejrzenie choroby psychicznej, którą lewicowi aktywiści (lewatywa) uznali za wariant normalności. Twardy egalitaryzm nobilituje idiotów.   Peter Sloterdijk napisał „Miejsce tego co Boskie, zajęło to co monstrualne”.                     

    Przywołałeś Arkadię, górzystą krainę w północnej Grecji. Arkadii nie należy mylić z rajem czy niebem, jej wyidealizowany obraz wiecznej pozbawionej trosk sielanki przywołał Wergiliusz. Poeci greccy nie umieszczali tam swoich idylli, sytuując ją raczej na południu, najczęściej na Sycylii. To poezja łacińska wyeksponowała sielankową doskonałą formę pięknych ludzi, wspaniałej przyrody, mądrego życia, niewinności wolnej od zła. Kraina harmonii i szczęścia miała także smutne tajemnice. Przypomniał o nich Nicolas Poussin w słynnym obrazie z Luwru Et in Arcadia ego.  Przedstawia czterech arkadyjczyków – trzech mężczyzn i kobietę - zebranych wokół masywnego sarkofagu z czerwonego marmuru usytuowanego w górzystym terenie pokrytym bujną roślinnością. Jeden z pasterzy odsłania napis   Et in Arcadia Ego.  Przesłanie (memento mori) jest oczywiste, nawet w Arkadii jest śmierć. Może wiec grobowiec jest symbolem śmierć koneserów, wrażliwych estetów sztuki klasycznej. Demokracja ma swoje prawa, pięknem jest to co uważa większość ludzi. Ja tak nie sądzę.  Musimy pamiętać, kolekcjonować, spisywać, zachować pamięć dla młodych ludzi, edukować wiedzę o źródłach inspiracji wielkiej sztuki jaką była metafizyka. Przywrócić Akademię Minerwy   by ocalić Piękno i obowiązkowo poszukiwać – parafrazując słowa Umberto Eco - przyszłych olbrzymów, którzy zechcą usiąść na naszych skarlałych ramionach. Raz jeszcze przywołam Herberta „Tak więc estetyka może być pomocna w życiu/ nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”

    MM: Zachwyt nad doskonałością i pięknem sztuki, zwłaszcza włoskiej, jej głębokie przeżycie ma w Twojej eseistyce charakter wręcz religijny? Odcinamy się od mocy jaka tkwi w piękne?

    SG: Wprzódy, pod wpływek Kazimierza Chłędowskiego zainteresowałem się historią Włoch. Znakomity historyk, wspaniały gawędziarz, z zapartym tchem czytałem Sienę, Historie Neapolitańskie, Rokoko we Włoszech, Dwór w Ferrarze. Opisuje wielkie i małe wydarzenia polityczne, obyczajowe, kulturalne, ploteczki z książęcych dworów w stylu przypominającym prasowe kroniki   towarzyskie. Kiedy przeczytałem Rzym. Ludzie Odrodzenia musiałem pojechać do Włoch. Kolejni mistrzowie to: Jacob Burckhardt Kultura Odrodzenie we Włoszech i oczywiście Giorgio Vasari Żywoty najsłynniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Cennych obserwacji dostarczyli wielcy podróżnicy znawcy kultury: Goethe, Gregorovius, Wiszniewski, Muratow. Ten ostatni napisał „Kto dobrze poznał Włochy a zwłaszcza Rzym ten już nigdy nie będzie nieszczęśliwy” Czytałem te i inne księgi powoli prze prawie 80 lat i obecnie zasypiając coraz częściej wspominając Piazza del Popolo w Rzymie. Siedzę u Canovy albo naprzeciwko u Rosatiego, popijam zimne Frascati patrzę i patrzę. Nigdy nie umiałem się zdecydować do które pójść – z każdej inny widok -   więc z jednej przenoszę się do drugiej. Podwójny haust Rzymu i zasnąć. Coraz rzadziej wypuszczam się poniżej Rzymu – Camillo Cavour, pierwszy premier zjednoczonych Włoch nigdy tam nie pojechał - coraz chętniej zwiedzam północ: Dolomity, Lombardię, Veneto, Friuli - Wenecję Julijską. Pejzaż Włoch się zmienia, niemiłosiernie zatłoczone autostrady i drogi, przemysłowe przedmieścia podobne są do innych miast Europy. Przeciętne, rozczarowujące, może nieco bardziej miękkie i ciepłe, zapewne to błękit nieba i zaalpejskie „światło” Veneto.  Trzeba zjechać daleko od szosy w prowincję, aby odnaleźć stare Włochy.                                                                                             
    W 1926 roku Romano Guardini publikuje Listy znad jeziora Como.  Wysmakowany esteta, znawca sztuki sakralnej odbywa kolejną podróż do północnej Italii. Widok na jeziorze starych żaglowców i nowych szybkich łodzi motorowych skłania go do refleksji nad wzbierającą falą zmian społecznych i kulturowych pierwszej nowoczesności. Dzisiaj po Como pływają wycieczkowe stateczki z silnikiem elektryczny, ale przed stu latu Guardiniego raził grubiański hałas pędzącego motocyklisty na drodze do Villi Melzi w Bellagio nad Como.  Zamyślonego w botanicznych, zacisznych ogrodach willi, mogło to wytrącić z równowagi. Widok z tej „drobinki raju” otaczającego Villę Melzi zbudowaną w stylu neoklasycznym (1809 r.), w której ukrywał się Franciszek Liszt ze swoją ukochaną księżną Karoliną Wittgenstein, jest jednym z najpiękniejszych obrazów świata. Oczywiście wszyscy jadą do Wenecji, aby przejść przez słynny „Ponte dei Sospiri -za pałacem Dożów -   trzeba stać w kolejce. Niewielu zwiedza miasta Veneto: Belluno, Feltre czy Bassano del Grappa z wspaniały Ponte Veccio (Alpini) nad Brentą, zaprojektowanym rzez Andrea Palladio. Zapomniane Feltre na wzgórzu u podnóża Alp (ostatnie wysunięte na północ biskupstwo weneckie) stanowiło tło dla ślicznych Madonn malowanych przez obu braci Bellinich na przełomie XV/XVI wieku. W tych małych „powiatowych” miasteczkach przetrwały jeszcze zręby „architektury wspólnotowej” tej średniowiecznej i tej renesansowej.

     


    Kościoły włoskie, kaplice, klasztory, eremy, są najliczniejsze w Europie. W Rzymie tylko Madonnie poświęconych jest ponad setka. Są kościoły bardzo stare, późno romańskie poszarzałe stuleciami, surowe, ciemne, pachnące wilgocią i kamieniem i są kościoły kapiące złotem, z wielkimi dziełami sztuki, jasne pachnące woskiem, kadzidłem i zwilżonym marmurem. Bo też kościoły pełniły nie tylko funkcje sakralne, ale i społeczne (zebrania wspólnoty, sądy) ale i edukacyjne. Niepiśmienny lud oglądał „na żywo” w formie „komiksowej” historie Starego i Nowego Testamentu malowane na ścianach, sklepieniach, krużgankach świątyń, bajecznie kolorowe niczym iluminacje w starych księgach. Wiele kościołów   to wspaniałe akty strzeliste ku chwale Boga. Kiedy o nich myślę najbliższy tej idei jest obraz Antonella da Messyny - św. Hieronima.  Doktor kościoła, siedzi w pracowni, pełnej ksiąg, coś zapisuje zapewne tłumaczy kolejne strofy Starego lub Nowego Testamentu z greki na łacinę ( Wulgatę ).  Drewniana cela -a raczej jej atrapa - umieszczona na drewnianym podwyższeniu (scenie) stanowi „teatralną” scenografię usytuowaną w ogromnej, pustej -jeszcze - kamiennej świątyni. Antonello symbolicznie pokazał fundamentalny wpływ św. Hieronima na budowę Kościoła Rzymsko- Katolickiego, przesiąkniętego racjonalną wiarą.  Ten Kościół wymagał od artystów i wiernych afirmacji Boga, ale ofiarowywał im eschatologię.


    Cytowany Guardinii sprecyzował eschatologiczny wymiar sztuki (Agata Rainer Teologia sztuki w myśli Romano Guardiniego). Tę właściwość konstytuują trzy przesłania emanujące z dzieła sztuki sakralnej: tęsknota za zbawieniem i bezwarunkową wolnością, pocieszenie nierzadko tak mocne, że potrafimy zmienić swoje życie, oraz objawienie się istoty - Derrida powiedziałby obecności – pokazywać coś   więcej niż ten świat. Otworzyć okno do transcendencji. Przy takim rozumieniu sztuki sakralnej malarze włoscy nie mogli się obyć bez pojęcia absolutu. Pojęcie to przez współczesnych postmodernistycznych filozofów (wymieniony Derrida) jest kwestionowane i dla estetyki rzekomo zbędne?  Europejska myśl filozoficzna od czasów Platona wypracowała pojęcie Absolutu, który teologia uznała za atrybut Boga, Absolut: Dobra, Piękna i Prawdy. Dążenie do absolutnego piękna mobilizowało twórców do doskonalenia warsztatu.  Dzięki Bogu- pozostawili mam pojęcie arcydzieła. Transcendentalny impuls był konieczny, inspirował, pragnienie osiągania nadprzyrodzoności, ponadczasowości i nierzeczywistości dzieła.  Umberto Eco uważa, że w poznaniu świata, aprioryczne pojęcia Absolutu, Boga czy raju - nawet jeżeli zdaniem niektórych to tylko metafory czy metonimie iluzji - są potrzebne, pozwalają rozwiązać szereg wątpliwości chociażby dlatego, że dostrzegamy, iż wątpliwość jest możliwa dopiero dzięki tym pojęciom. Herbert ujął to lapidarnie „Pamiętaj! Zawsze stanowczo za mało” Niezależnie od potocznej konwersacji czy języka poetyckiego, pojęcie absolutu (nieskończona totalności bytu) w metafizycznym myśleniu spekulatywnym na mocy swej własnej logiki musi być pomyślane, bowiem każdy teoretyczny namysł o całości skończonej („zamkniętej”) od razu kwalifikuje ją jako kontyngentną (przypadkową), a więc nie do pomyślenia jako pełną totalność - wyjaśnił Stanisław Judycki w Co to jest metafizyka. Trzy wielkie koncepcje Zachodu. Prawdziwa sztuka potrzebuje pojęcia absolutu, konceptualizm „wyprany” z metafizyki jest antysztuką. Znane z przewodników kościoły Włoch są zadeptywane prze turystów. Do   Kaplicy Scrovegnich w Padwie, Bazyliki św. Marka w Wenecji, Bazyliki w św. Franciszka w Asyżu, Santa Maria del Fiore w Florencji, Bazyliki św. Piotra w Rzymie stoją kilometrowe kolejki turystów. Z dala od drogi w Montefalco (Umbria) w kościele św. Franciszka widziałem freski przedstawiające jego żywot, dzieło Benozzo Gozzoliego.  W kapicy byłem sam. Cisza, kolory wyraziste, wyszukane szczegóły, pejzaż średniowiecznej Umbrii, krainy świętych, mistyków i kondotierów. Było to nadzwyczajne przeżycie. Zwiedzanie wielkich galerii od Mediolanu po Palermo zrutynizowało się, największe przeżycie wywołuje niespodziane, przypadkowe spotkanie z wielkim dziełem.  Pamiętam w Asolo – miasteczku Katarzyny Cornaro, królowej Cypru. Ilekroć tam byłem natychmiast kierowałem się katedry Santa Maria Assunta. Jest tam ogromy w szerokiej złoconej ramie obraz Lorenza Lotto Wniebowstąpienie Marii Panny. Światło witraży z przeciwnej ściany wzmacnia kontrasty między, złotem, błękitem płaszcza Madonny i bielą cumulusów. Matka Boże jest młodziutka, piękna – atoli nie starzała się – w otoczeniu aniołków wznosi, się do nieba, pobożny włoski lud wyprosił, prałaci nie chcieli. Prawdziwe arcydzieło, atoli Max Weber protestant, „odczarował” ten świat. W Castelfranco urodził się Giorgione.  Pierwotnie zamek obronny, mury i fosa doskonale zachowane.  

    Pomnik mistrza stoi tuż przy fosie. W XVI/XVII rozrastające się miasteczko otoczyło średniowieczne mury. W ich obrębie pozostało kilkadziesiąt domów z katedrą San Liberale. W bocznej nawie zobaczyłem słynną Madonnę Castelfranco obraz prezentowany w niemal we wszystkich albumach sztuki. Arcydzieło „absolutne”, skromnie jakby nieśmiało prezentowane, jest w końcowej kaplicy. Za euro można rozświetlić jej wnętrze.  Dech zapiera.  Obraz z serii rozmowy świętych (La sacra conversatione) przedstawia siedzącą na tronie Madonnę z Dzieciątkiem po obu stronach stoją: św. Liberiusz w pełnej zbroi (patron krzyżowców) i św.  Franciszek. Piękna, wytworna Madonna, elegancja stojących postaci, wspaniała perspektywa. Maria z Dzieciątkiem siedzi na tronie wyniesionym na podwyższeniu (scenie) która oddziela przestrzeń ze świętymi od niej samej. Za tronem rozciąga się rozległy włoski pejzaż. Obraz powstał w 1503 roku i ujawnia klasyczne założenia renesansu włoskiego; postacie na planie trójkąta z wyśmienitą perspektywą. Madonna na szycie i dwaj święci po bokach i poniżej, oraz trzy odrębne płaszczyzny; przestrzenie ze świętymi ma plamie pierwszym.  Madonną na planie drugim i normalne świeckie życie na planie trzecim. Wielka klasyka renesansu. Trzeba dorzucić ze dwa trzy euro, żeby to ogarnąć i ochłonąć. I ostatni niespodziany zachwyt. W środku hałaśliwej Genui na wąskiej cichej uliczce jest ciężki wciśnięty między domy późnoromańki z gotyckim portykiem kościół San Donato.  W mrocznym wnętrzu nad prezbiterium wisi ogromny, z punktowo podświetlony krucyfiks malowany na desce (świeże kolory) wyciętej w kształcie krzyż (croce dipinata e sagomata).  Po lewej stronie wejście - odsłaniające niezwykłą grubość murów - do rozświetlonej kaplicy. Kościół jest pusty z wyjątkiem jednej osoby z obsługi. Światło przyciąga, budzi nadzieję. Co zobaczę? Staje przed dwoma arcydziełami.  Ten po lewej typowe złote malarstwo sieneńskie Namalował go Nicola da Voltri w 1401 roku genueńczyk -zaskoczenie- ale przedstawiciel szkoły sieneńskiej. Elegancka miękkość linii, uroda Madonny i złote niematerialne tło.

    Na wprost wisi ogromny tryptyk Pokłon trzech króli flamandzkiego malarza Joosa van Cleve z 1515/16 roku. Precyzja i drobiazgowość szczegółów; klejnotów, tkanin, futer, złotych naczyń. Każda osoba o innym wyrazie twarzy. Zdziwienie, niedowierzanie, zaciekawienie, podziw, nieufność. Rysy prostackie i szlachetne.  W odległym pejzażu toczy się zwyczajne życie, epifania Boga jest dla tych co go zauważyli. Soczystość kolorów. To jest arcydzieło. Jak wyrazić zachwyt?  Odwołam się do Umberto Eco, który mówiąc o pięknie przytoczył słowa św. Augustyna o pojmowaniu czasu „Kiedy nikt mnie nie pyta, wiem; kiedy chcę wytłumaczyć pytającym, nie wiem” Każda moja podróż do Włoch była rekolekcją z zachwytu. Kończąc tę przydługawą odpowiedź przytoczę słowa Henryka Sienkiewicza. W powieści Na jasnym brzegu malarz Świrski mówi „Ja myślę, że każdy człowiek ma dwie ojczyzny: jedną swoją najbliższą, a drugą Włochy”.  Dodam, nie wszyscy są wrażliwi i inteligentni, większość – jak mówisz –się odcina, a może nikt im nie powiedział?  

    MM: Słyszałem o pewnej wykładowczyni polonistyki, która na zajęciach z poezji, czytając i analizując ze studentami wielkich poetów, wzruszała się tak bardzo, że pojawiały się łzy szczęścia. A jak mawiał Wiktor Hugo, prawdziwa radość jest bliższa łez niż radości. I tę wykładowczynię odsunięto od prowadzenia zajęć z rozpoznaniem: wariatka. Resentyment wegetarian wobec osoby mięsożernej?                               
                               
     SG: Odsunięto? Jesteśmy zalewani przez idiotów. Ludzie o wielkiej wrażliwości reagują emocjonalnie w obliczu silnych bodźców zewnętrznych jak wielkie piękno. To kwestia pobudzenia układu wegetatywnego z różnoraką odpowiedzią somatyczną. Wykładowczyni płakała ze wzruszenia, przeto podejrzewam pobudzenie układu przywspółczulnego (wydzielani łez), ale mogą być inne objawy „kołatanie” i „bicie serca” , zawroty i bóle   głowy, zasłabnięcie, omdlenie. Przyczyną jest znaczne spowolnieni czynności serca (bradykardia) z obniżeniem ciśnienia tętniczego (hipotonia). U ludzi młodych z reguły nie obserwujemy następstw po przejściowym zasłabnięciu, u starszych z miażdżycową chorobą serca i naczyń, nadciśnieniem tętniczym, zespół objawów może wyzwolić niedokrwienie mięśnia serca i prowadzić do zgonu nagłego. Pewne rozpoznanie charakteru zaburzeń rytmu serca dostarczyć może tylko zapis ekg.  Podejrzewam naprzemienne występowanie wolnej i szybkiej czynności serca (brady-tachycardii). Tyle z kardiologicznego punktu widzenia.

    Po raz pierwszy zespół objawów opisał Stendhal w 1817 podczas zwiedzania kościoła Santa Croce w Florencji W Rzymie, Neapolu i Florencji opisuje swoje doświadczenie po zetknięciu ze sztuką w bazylice Santa Croce. Doznaje gwałtownego wzruszenia, kołatania serca i poczucia, że może upaść. Właśnie od tego zapisu nazwano później zjawisko „zespołem Stendhala”. W literaturze dramatyczny przykład zespołu Stendhala opisał nadzwyczajny Marcel Proust w tomie Uwięziona. Przypadek ten dotknął jednej z powieściowych postaci, pisarza Bergotte’a cierpiącego prawdopodobnie na mocznicę (rozległe zwapnienia tętnic wieńcowych). Bergotte (być może pod tą postacią kryje się Anatol France) uważał obraz Johannesa Vermeera van Delft Widok Delft za najpiękniejszy obraz świata, piękno absolutne. Bergott znał obraz na pamięć, więc kiedy przeczytał – z okazji wystawy Vermeera w Paryżu opinię jakiegoś krytyka opisującego zmurszałą w żółtym odcieniu plamę w na ścianie domu świadczącą o geniuszu artysty, postanowił pójść na wystawę. Kiedy stanął przed obrazem dostrzegł - po raz pierwszy - kunszt namalowanego muru, postacie w miejskiej bramie i różowy kolor piasku na rzecznej plaży, pomyślał, że tak powinien był pisać, usiadł na kanapie i zmarł.
    Zespół Stendhala znakomicie przedstawił Paolo Sorrentino w filmie La grande Bellezza (Wielkie piękno).

    Film rozpoczyna się sceną ma wzgórzu Janikulum; fotoreporter stojąc przy balustradzie na placu przed fontanną dell’ Acqua Paola – zbudowaną przez Pawła VI Farnese - wykonuje zdjęcia panoramy Rzymu. W pewnym momencie opuszcza aparat patrzy na miasto i upada. Nie wiemy czy tylko omdlał czy było to nagłe zatrzymanie krążenia. Nagłą śmierć sercową zdaje się sugerować muzyka Davida Langa. Na balkonie pierwszej kondygnacji fontanny ustawiono chór żeński, „niewidoczny” dla nielicznych osób na placu. To płaczki, twarze - bez makijażu- niemal posępne, lecz urodziwe, stoją w szaroczarnych habitach, śpiewając smutną, żałobną pieśń. Nastrój tanatologiczny.  Przesłanie Sorrentino jest oczywiste „Rzym posiada piękno tak wielkie, że człowiek może go nie wytrzymać”. Oglądałem film kilkukrotnie, na placu przed fontanną bywałem wielokrotnie, impulsu do rozmyślań nad przyczyną śmierci Bergotta przed Vermeerem, - u lekarza to naturalne -   dostarczyła wąska opłotowana uliczka wiodąca na wzgórze. Od kilku lat w Rzymie zatrzymuję się w hotelu Donna Camila Savelli byłym klasztorze przy   via Garibaldi u podnóża Janikulum. Ruchliwa ulica wije się serpentynami ku górze do fontanny, ja chodziłem skrótem (scorciatoia).  Rano około szóstej po wyjściu z hotelu mijałem maleńki zielony placyk i rozpoczynałem wspinaczkę ku górze, około 500 metrów.  Po lewej tereny Kościoła i klasztoru San Pietro in Montorio z liceum Hiszpańskim, po prawej Rzymski ogród botaniczny. Wczesnym porankiem, nikogo nie ma, zaczyna się błękitny upał, zieleń wylewająca się przez kamienne sczerniałe ogrodzenia z obu stron, wytycza   pozornie monotonną drogę ku rozdeptanym schodom wiodącym na plac przed fontanną, tuż przy stanowisku fotoreportera.  W głowie „słyszę” muzykę Dawida Langa.  Przyglądam się uważnie kamiennym płotom, są bardzo stare, czasami niemal czarne ze zmurszałymi liszajami zanikającego tynku. Nadal chronią rupiecie historii przed grabieżą współczesności. Trwając, budzą we mnie szacunek. I właśnie w liszajowatych placach ujawniają swoją żółtawo- szarą skruszałą zaprawę odsłaniając sterczące od setek lat kamienia, ma których błękit i zieleń nie robią żadnego wrażenia.  Kamienne ogrodzenia stoją na straży czegoś czego nie rozumieją, mają to ochraniać i tyle! Kiedy podrapałem ich skruszały naskórek – nie skarżą się- rozdusiłem na opuszkach palców, wchłonąłem zapach, pojąłem wzruszenie Bergotta. Zrozumiał, że nie potrafił opisać świata, tak jak Vermeer potrafił go malować. Ilekroć stoję przy balustradzie i spoglądam na Rzym widzę tysiące lat historii, tu zaczęło się wszystko. To miasto jest kolebką cywilizacji na „trzeciej planecie słońca”, a może wszechświata? Te spalone słońcem białoszare mury budynków -czasem srebrzyste- poplamione wyblakłą ochrą, są kruche, bezbronne, i w dobie terroru powietrznego, tektonicznych wstrząsów mogą liczyć tylko na opatrzność Boga. W końcu to Jego miasto.

    Piękno może zadawać cierpienie i w końcu uśmiercić.  W poprzednim pytaniu odwołałem się do słynnego obrazu Nicolas Poussin’a Et in Arcadia ego. Napis na nagrobku można interpretować symbolicznie, śmierć jest także w Arkadii. To nie raj. Atoli można także zapytać - jak zrobił to Erwin Panofsky – czy słowa na grobowcu mogą dotyczyć spoczywającego zmarłego?  „Ja także byłem w Arkadii”?  Mistrz nie odpowiada na to pytanie Można więc spekulować Ja sadzę, że chodzi boga Pana, władcę Arkadii, przez Rzymian utożsamiany z Faunem. Nie miał łatwego życia. Brzydki syn Hermesa pól - człowiek- pół - kozioł, uczuciowy i często zakochany bez wzajemności. Nieustannie uganiał się za uciekającymi przed nim nimfami.  Bogowie na Olimpie nie chcieli oglądać szpetnego, prostackiego Pana. Wolał kryć się w ulubionych leśnych zakątkach Arkadii. Sprawując władzę na tą krainą często spotykał szczęśliwe pary kochanków, sam nie zaznając podobnych uczuć. Pan posiadał dar wieszczenia, zapewne nie dostrzegał jasnych dni w swojej przyszłości. Pogardzany, coraz bardziej zmęczony, rozczarowany, postanowił umrzeć, więc przestał zażywać ambrozję. Ludzie brzydcy nie mają łatwego życia, nawet bogowie cierpią z tego powodu.  Nieczułe piękno ich onieśmiela, obnaża i upokarza. Opisując solniczkę Franciszka I i dzieł przedstawiających sceny intymne pięknych kochanków pisałem o oglądających „Z reguły od nas doskonalsi wzbudzają pożądanie i zazdrość, uświadamiają naszą przeciętność”.  

     Czy pamiętasz słynny film „Błękitny anioł” z 1930 roku?  Starego, nieatrakcyjnego profesora Immanuela Ratha beznadziejni wręcz groteskowo zakochanego w pięknej piosenkarce kabaretowej Loli Loli - Marlena Dietrich- który powoli staje się skompromitowanym, poniżonym, błaznem. Pewnej nocy wraca do swojej szkoły w gdzie przez lata nauczał, staje na katedrze i kurczowo się trzymając pulpitu - umiera. Ludzi wrażliwych   uczuciowych, piękno może zabić.   W innym filmie Sorrentino Młodość jeden z dwóch bohaterów wrażliwy emocjonalnie reżyser Mick Boyle (Harvey Ketel- mówiąc do zamyślonego przyjaciela Freda Balingera (Michael Caine) kompozytora „Powiedziałeś, że uczucia są przeceniane; ale to bzdura.  Uczucia, to wszystko, co mamy” i niespodziewanie skacze z balkonu czwartego piętra Nauczycielka od poezji mnie wzrusza i żałuję, że nigdy jej nie spotkałem. Powiadasz resentyment – chyba tak jest, ale resentyment troglodytów mnie nie interesuje.   

     

    Stefan Lucjan Grajek (ur. 1947 r.) to wybitny polski kardiolog, profesor nauk medycznych, związany z poznańskim środowiskiem akademickim i klinicznym. Jest absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu (1970). Kolejne etapy jego kariery naukowej związane były z tą samą uczelnią: doktorat (1979), specjalizacja I stopnia z chorób wewnętrznych (1980), habilitacja (1991), tytuł profesora nauk medycznych (2003).
    Zainteresowania badawcze prof. Stefana Grajka skoncentrowane są wokół chorób serca, zwłaszcza struktury mięśnia sercowego i mechanizmów jego przerostu. Jest profesorem zwyczajnym, w latach 2007-2017 był kierownikiem I Katedry i Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, działającej przy Szpitalu Przemienienia Pańskiego. Jest autorem licznych publikacji naukowych w uznanych czasopismach medycznych w kraju i za granicą. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego.

     

     

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    Europa, Europa!: Koniec sztuki krytycznej?

    W nowym odcinku programu „Europa, Europa!” dr Maciej Mazurek rozmawia z Piotrem Bernatowiczem – historykiem sztuki, krytykiem i kuratorem, który w latach 2020–2024 kierował Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie. Jego konserwatywna wizja roli sztuki w przestrzeni publicznej przyciągnęła uwagę mediów i środowisk twórczych w całej Europie.

    Maciej Mazurek

    33 min

    Europa, Europa!: Aktualność twórczości Józefa Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

    Gościem red. Macieja Mazurka w programie Europa, Europa! był prof. Wiesław Ratajczak – historyk literatury, badacz kultury polskiej drugiej połowy XIX wieku.

    Maciej Mazurek

    20 min

    Europa, Europa!: O teorii i praktyce nauk społecznych

    W wyjątkowej rozmowie z cyklu Europa, Europa prof. Zdzisław Krasnodębski – socjolog, filozof społeczny, wykładowca akademicki i były europoseł – opowiada o swojej drodze twórczej, intelektualnych inspiracjach i roli, jaką odgrywa socjologia filozofii we współczesnym świecie.

    Maciej Mazurek

    Zdzisław Krasnodębski

    53 min