Nawet gdy wybiegamy w przeszłość, patrzymy na nią z perspektywy przeszłej przyszłości tamtej epoki; W jakich latach żyjemy?
Odpowiedź wydaje się oczywista — w latach dwudziestych XXI wieku. Ale żeby zrozumieć, jakie to czasy, odwołujemy się do analogii z przeszłości. Wtedy najczęściej cofamy się o sto lat. I nagle jesteśmy w tamtych czasach. Faszyzm czai się wszędzie, za każdym rogiem, choć nie bardzo wiadomo, kto miałby być teraz nowym Hitlerem czy Mussolinim. Nawet gdy wybiegamy w przeszłość patrzymy na nią z perspektywy przeszłej przyszłości tamtej epoki.
Podstawą dominującej dziś w Europie właśnie takiej historycznej interpretacji współczesnych wydarzeń politycznych są losy Niemiec -tak jakby było oczywiste, że współczesne demokracje liberalne zemrą podobne, jak Republika Weimarska — nie z powodu zamachu stanu, nie przez agresję zewnętrzną, lecz przez zły demokratyczny wybór, brak woli, co sprawi, że demokracji zabraknie demokratów, którzy by chcieli jej bronić. Dlatego rzekomo potrzebna jest „wehrhafte Demokratie” – demokracja walcząca oraz kordon sanitarny, zapora przeciwogniowa, która powstrzyma wrogów demokracji. Na czele ruchu obrony demokracji stają tak wiarygodne postacie, jak Emanuel Macron, Friederich Merz, Ursula von der Leyen, jak Donald Tusk i Péter Magyar. I tylko ludzie małej wiary sądzą, że chodzi im przede wszystkim o swoją władzę i własną skórę.
/// Z naszej perspektywy oświecony absolutyzm Prus, Rosji i Austrii traci blask, a koniec II RP przypomina, że obecny hegemon Europy był jej katem i że do końca nie rozliczył się ze swoich czynów. ///
My w Polsce odwołujemy się oczywiście także do polskiej historii. Przypominamy schyłek I Rzeczypospolitej – rozprzężenie polityczne i ustrojowe, które ułatwiło zadanie zaborcom, wysiłek reform i zdradę Targowicy, a także rok 1939. Ale nasze dzieje są niewygodne, nie wpisują się gładko w obecną unijną historiozofię. Z naszej perspektywy oświecony absolutyzm Prus, Rosji i Austrii traci blask, a koniec II RP przypomina, że obecny hegemon Europy był jej katem i że do końca nie rozliczył się ze swoich czynów.
Budujący historyczne analogie do lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, najczęściej pomijają taktownym milczeniem fakt, że wówczas w Europie Zachodniej różne faszyzmy i narodowy socjalizm ścierały się z wszelkiej maści komunizmem, że Związek Sowiecki był wtedy obiektem westchnień i nadziei „postępowej ludzkości” i kluczowym uczestnikiem tej walki. To w tym starciu poległa demokracja parlamentarna.
Faszyzm w jego różnych odmianach wyrósł na hasłach obrony przed komunizmo-socjalizmem. Przypomnijmy, że przejęcie władzy w Niemczech przez komunistów i radykalnych socjalistów było po I wojnie światowej realną możliwością. Siłą stłumiono rewolucyjne dążenia, ale partia komunistyczna pozostała znaczącym podmiotem politycznym – w listopadzie 1932 roku zagłosowało na nią prawie 6 milionów Niemców (16,9%). We Włoszech było podobnie. Socjalistom zabrakło determinacji, by sięgnąć po władzę. W książce o Mussolinim, która niedawno stała się bestsellerem we Włoszech „M. Człowiek stulecia”, Antonio Scurati, pisze z żalem: „Włoscy socjaliści odłożyli na później atak na centrum władzy. W 1917 roku w Rosji chodziło o zdobycie Pałacu Zimowego. Bolszewicy, pokonawszy metrowe zaspy śnieżne, bez chwili wahania wbiegli głównymi drzwiami do carskiej rezydencji, by obalić tyranię. Ale w Italii króluje lato. W tym kraju potencjalne przełomy były zawsze udaremniane przez niefrasobliwe odkładanie na później: „Innym razem, towarzysze. Innym razem”.
Walka faszystów i narodowych socjalistów z komunistami i socjalistami była krwawym sporem w rodzinie. Scurati przypomina także postacie takie, jak komunistę i faszystę Nicolino Bombacciego, którego przewodnikami politycznymi i duchowymi byli Lenin i Mussolini. Ten „Lenin z Romanii”, jak go nazywano, zginął rozstrzelany wraz z Mussolinim, jego ciało także wywieszono na stacji benzynowej na Placu Loreto w Mediolanie.
/// Także czołowy intelektualista lewicowy, tłumacz „Kapitału” Marksa, historyk Delio Cantimori był w młodości faszystą. ///
Również wielu niemieckich komunistów przyłączyło się do narodowego socjalizmu. Zostawali członkami SA i SS. Pierwszy szef Gestapo Rudolf Diels twierdził nawet, że w Berlinie od stycznia 1933 ok. 70% nowych rekrutów SA pochodziło z szeregów komunistycznych. Nic dziwnego. Podobieństwa polityczne były widoczne. Obie partie KPD i NSDAP były wrogo nastawione do Republiki Weimarskiej i SPD, konkurowały o ten sam elektorat — robotników i bezrobotnych. Często na poziomie ulicy dochodziło do fraternizacji, wspólnych strajków (np. 1932) czy działań przeciwko SPD (np. referendum pruskie 1931). Jak wiadomo, komuniści często szermowali hasłami narodowymi. Także KPD ogłosiła w1930 r. „Program wyzwolenia narodowego i społecznego”, by werbować radykałów z NSDAP i SA.
O tym, że granice były płynne, świadczy nie tylko fakt, że komuniści stawali się faszystami, ale i ewolucja odwrotna. Najbardziej znanym przykładem jest Curzio Malaparte, autor „Kaputt” i „Skóry”, ale przykładów jest więcej.
Także czołowy intelektualista lewicowy, tłumacz „Kapitału” Marksa, historyk Delio Cantimori był w młodości faszystą. Podobnie filozof Ugo Spirito, jeden z sygnatariuszy „Manifestu intelektualistów faszystowskich” z 1925, a po wojnie komunista, który dostąpił nawet zaszczytu spotkania z Nikitą Chruszczowem w 1956 roku. Obaj współpracowali z Giovannim Gentile, lewicowym heglistą, najważniejszym filozofem włoskiego faszyzmu.
Również znany w Polsce pisarz Elio Vittorini był w latach trzydziestych lewicowym faszystą. Do podziemnej Partii Komunistycznej wstąpił w 1942. Po wojnie kierował mediolańską edycją l’Unità; założył wpływowe pismo Il Politecnico. Kolejnym przykładem takiej ewolucji są opisani w książce Paolo Buchignaniego „czerwoni faszyści” (fascisti rossi) z Republiki Salò, grupa skupiona wokół pisma Il Pensiero Nazionale. Uznali oni potem włoską partię komunistyczną za najlepszą siłę do kontynuowania antykapitalistycznej rewolucji, której nie zrealizował faszyzm. I pod tym względem mieli chyba rację.
/// Tradycyjne partie konserwatywne stały się organizacjami bezideowymi, bezradnymi intelektualnie i moralnie, odskoczniami dla karierowiczów żądnych rządowych posad. ///
Historia wiele mówi, ale się nie powtarza. Nawet jako farsa. Nie żyjemy w latach dwudziestych XX wieku. Żyjemy w czasach po pokojowym zwycięstwie sił lewicowych. Długi marsz lewicy przez instytucje zakończył się ich zdobyciem oraz „rządami dusz” na Zachodzie, dzięki panowaniu mediów, kultury i uniwersytetów. Współczesne prawicowe ruchy protestu i partie polityczne są reakcją na radykalizm elit nominalnie centrowych, które przez ostatnie dekady realizowały lewicowy program. Jest to polityka urągająca zdrowemu rozsądkowi – płeć określona przez deklarację, wychowanie bez orientacji, Europa bez granic, prawo azylowe jako prawo człowieka, ochrona klimatu, nielicząca się zupełnie z realiami geopolitycznymi i konsekwencjami gospodarczymi, handel i produkcja dzieci dla „małżeństw” jednopłciowych, deptanie godności człowieka w imię jego godności. Tradycyjne partie konserwatywne stały się organizacjami bezideowymi, bezradnymi intelektualnie i moralnie, odskoczniami dla karierowiczów żądnych rządowych posad.
Gdy demokracja liberalna stała się demokracją dla lewicowych liberałów, ludzie o poglądach i postawach bardziej konserwatywnych czy po prostu umiarkowanych odpłynęli do partii i stowarzyszeń, które nazwano skrajnymi, bo odrzucają ten światopogląd i podjęły walkę o odebranie władzy lewicy. To tam można znaleźć idee, poglądy i postawy, które kiedyś głosili i propagowali de Gaulle, Adenauer czy Kohl. Walczą one nie z demokracją, lecz z monopolem ideowym liberalnej lewicy w demokracji.
/// Polski sukces stał się szerzej znany dopiero po upadku rządów PIS, kiedy już można było w mediach zachodnich pisać i mówić dobrze o naszym kraju. ///
Choć nie należy zamykać oczu na to, że w tych środowiskach — zwłaszcza w Niemczech — pojawiają się hasła i poglądy mogące budzić niepokój, to jest rzeczą charakterystyczną, że dzisiaj to lewica wzbudza większy lęk w środowiskach żydowskich we Francji czy w Niemczech niż skrajna prawica, która się konsekwentnie odżegnuje od przemocy i antysemityzmu. Nie jest przypadkiem, że debata w Bundestagu na temat zagrożenia z powodu antysemityzmu i nastawienia do służb porządkowych berlińskiej „Die Linke”, która wygrała wybory w tym mieście, odbyła się na wniosek AfD. Irytująca nas prorosyjskość zachodnioeuropejskiej prawicy wynikała z przekonania, że Rosja broni tradycyjnych zasad życia społecznego i chrześcijaństwa.
Okcydentalna walka kulturowa dotarła do Polski. Jeszcze niedawno Polska była wzorem dla dysydentów z Europy Zachodniej jako przykład połączenia sukcesu gospodarczego (mimo wszystkich kosztów transformacji pokomunistycznej) i tradycji. Polski sukces stał się szerzej znany dopiero po upadku rządów PIS, kiedy już można było w mediach zachodnich pisać i mówić dobrze o naszym kraju. Ale nie może istnieć taka enklawa tradycjonalizmu, zdrowego rozsądku i niedostatecznej wielokulturowości w sercu współczesnej Europy.
Jeśli chodzi o jej opanowanie polityczne sprawa jest łatwiejsza. Polskie elity polityczne – ich przeważająca, nie-prawicowa część — były i są bezrefleksyjnie podłączone pod zagraniczne ośrodki decyzyjne. Wiedzą, że mają tylko implementować dyrektywy. Gdy trzeba było się układać z Rosją, to się układały, (mimo że Rosja nie była u nas źródłem pozytywnych wzorów), gdy trzeba było uznać małżeństwa jednopłciowe, to je transkrybują. Ostatnio Donald Tusk, na wszelki wypadek, uderzył nawet w tony antyizraelskie.
Gorzej jednak jest z nieoświeconym społeczeństwem, które rości sobie pretensje do wolności demokratycznego wyboru. Dlatego praca nad świadomością Polaków jest tak intensywna. Jednym z narzędzi jest kultura popularna, na przykład seriale Netflixa, który stał się medium pokoleniowym. Gdy nie wystarczały produkty o charakterze międzynarodowym, promujące mniej lub bardziej podprogowo nową etykę i obyczaje, zabrano się za polską historię i polską klasykę. Jednak ostatnia spektakularna próba – serial „Lalka” - spotkała się z bardzo negatywnymi reakcjami. Porażka jest tym boleśniejsza, że niemal jednoczesna polska wersja filmowa wzruszyła publiczność tradycyjnie opowiedzianą historią tak reakcyjnego uczucia, jak szalona, romantyczna miłość mężczyzny do kobiety. Ironia losu sprawiła, że w filmowej wersji wystąpili gremialnie aktorzy starszego pokolenia, członkowie elitarnych kręgów od lat zapatrzonych w „Europę”.
Zarysowujące się coraz wyraźniej fronty w tej wojnie kulturowej mają charakter polityczny, ale nie pokrywają się do końca z podziałami partyjnymi. Nie tylko dlatego, że i po prawej stronie znajdziemy wielu ludzi obrotnych i wygadanych, ale niekulturalnych i nieprzyzwoitych, ale dlatego, że nie do wszystkich dociera prawda, że to starcie ma fundamentalne znaczenie i wymaga ogromnej pracy, wiedzy i wielu talentów, by je wygrać.
Felieton ukazał się w Tygodniku Solidarność / Nr 43, 2026r.
Czytaj także
Enerdowska lekcja
Gdy w roku 2015 Polacy dokonali wyborów, które nie spodobały się w europejskich ośrodkach władzy, a potem rząd polski zaczął wykazywać zuchwały brak uległości wobec nakazów KE, oburzano się w Brukseli i Berlinie.
Zdzisław Krasnodębski
O Warszawie przedwiedeńskiej (i późniejszych lekturach)
Gdy w 1972 roku miałem rozpocząć studia, filozofia, którą zamierzałem studiować, była zamknięta, nie przyjmowano nowych studentów.











Komentarze (0)