Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Rozmowa z Wandą Zwinogrodzką: Nikt, kto wie cokolwiek o historii kultury, nie powie, że wybitny artysta zawsze utrzyma się ze sprzedaży swoich dzieł

    2026-06-15
    Czas czytania 15 min

    W wielu specjalnościach, zwłaszcza tych niekomercyjnych, bardzo trudno o sukces, o ile nie trafi się na pewną – mówiąc elegancko – ścieżkę promocji ze strony bardziej ustosunkowanych kolegów czy ośrodków patronackich. Na przykład nasz rynek sztuki jest bardzo słabo rozwinięty w porównaniu z zachodnioeuropejskim czy amerykańskim, toteż nawet bardzo zdolny malarz ma mizerne szanse, by wyżyć ze sprzedaży swych obrazów, zwłaszcza bez dostępu do prestiżowych galerii, a ten dostęp bywa mocno ograniczony – mówi w rozmowie z Deliberatio Wanda Zwinogrodzka, krytyk teatralna i literacka, kierownik artystyczna Teatru Telewizji (2006-2012). W latach 2015-2021, 2021-2023 i w 2023 podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

    Olga Doleśniak-Harczuk (Deliberatio): Pani Minister, pod koniec maja tego roku, Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny, przygotowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak podkreśla ministerstwo – „jest to pierwsza tego typu ustawa w polskim porządku prawnym”. W czasie rządów Zjednoczonej Prawicy odpowiadała Pani za przygotowanie Ustawy o statusie artysty zawodowego. Czym różniły się rozwiązania proponowane wtedy przez Panią od tych przyjętych przez resort minister Marty Cienkowskiej?

    Wanda Zwinogrodzka: To była zupełnie inna ustawa. Z proponowaną przez minister Cienkowską łączy ją tylko próba ucywilizowania warunków pracy artystów zawodowych zatrudnianych bardzo nieregularnie na „nieoZUSowanych” umowach o dzieło i tym samym wykluczonych z systemu ubezpieczeń społecznych, bo niezdolnych – z racji niskich dochodów – płacić składek samodzielnie. Stąd pomysł, by wciągnąć ich do systemu poprzez dopłaty do składek, przyznawane w okresach drastycznego spadku dochodów bądź „przestojów” zawodowych, które w wielu specjalnościach są wręcz normą.


    W naszym projekcie wszelako to wsparcie miało być finansowane z opłaty reprograficznej, czyli rekompensaty uiszczanej przez wielkie koncerny producentów i importerów sprzętu elektronicznego na rzecz artystów, których dzieła są eksploatowane na tych urządzeniach, co znakomicie zwiększa ich popyt rynkowy i rozmiary sprzedaży. Wbrew obiegowym opiniom opłata reprograficzna, ściągana w większości krajów europejskich, nie jest podatkiem, bo nie wpływa do budżetu, tylko bezpośrednio do organizacji artystycznych, co oznacza, że realizowane z niej dopłaty byłyby wyrazem solidarności środowiskowej: lepiej zarabiający artyści dzieliliby się częścią swoich dochodów z tymi, którzy z różnych względów zarabiają mizernie, bynajmniej nie z własnej winy. To wydaje się mniej kontrowersyjnym rozwiązaniem niż dopłaty z kieszeni podatnika np. sprzątaczki czy fryzjerki jak to jest w obecnie procedowanej ustawie.


    /// Wbrew obiegowym opiniom opłata reprograficzna, ściągana w większości krajów europejskich, nie jest podatkiem. ///


    Co więcej istotą naszego projektu było powołanie Polskiej Izby Artystów, czyli organizacji typu quango [quasi-autonomous non-governmental organization] wzorowanej na rozwiązaniach popularnych w świecie anglosaskim. Quango to instytucja, która pełni funkcje publiczne i jest zasilana ze środków publicznych, ale działa niezależnie od ścisłej kontroli rządu. Rada PIA miała liczyć 21 osób, spośród których 14 (a więc dwie trzecie składu) miało być demokratycznie wybierane przez organizacje, stowarzyszenia i związki zawodowe artystów, pozostałe 7 miejsc było gwarantowane dla urzędników państwowych nadzorujących prawidłowość wydatkowania publicznych funduszy.


    Ten pomysł miał z jednej strony pomóc w integracji bardzo zróżnicowanego i rozbitego środowiska artystycznego wokół wspólnych interesów, a z drugiej, co może nawet ważniejsze-zwiększyć jego autonomię, osłabić zależność artystów od rozmaitych klientelistycznych sieci i powiązań z tym czy innym gremium opiniotwórczym lub wręcz: obozem politycznym, co od czasów PRL-u patologizuje rozwój karier artystycznych i ogranicza potencjał polskiego świata sztuki, w którym często nawet bardzo utalentowani ludzie nie mogą się utrzymać, dopóki nie wejdą w takie czy inne zależności, układy, protekcje itp.

    Chce Pani przez to powiedzieć, że aby odnieść sukces w Polsce, nie wystarczy talent, szczera chęć i wolny rynek?

    Niestety, często nie wystarczy. W wielu specjalnościach, zwłaszcza tych niekomercyjnych, bardzo trudno o sukces, o ile nie trafi się na pewną – mówiąc elegancko – ścieżkę promocji ze strony bardziej ustosunkowanych kolegów czy ośrodków patronackich. Na przykład nasz rynek sztuki jest bardzo słabo rozwinięty w porównaniu z zachodnioeuropejskim czy amerykańskim, toteż nawet bardzo zdolny malarz ma mizerne szanse, by wyżyć ze sprzedaży swych obrazów, zwłaszcza bez dostępu do prestiżowych galerii, a ten dostęp bywa mocno ograniczony. Sieć rozmaitych zależności krępuje swobody twórcze, co ma daleko idące konsekwencje. 

    Stąd m.in. bierze się skłonność do podporządkowywania się trendom dominującym w obrębie danej dziedziny sztuki, nawet pewien konformizm artystyczny, powszechna akceptacja dla „jedynie słusznych” czy po prostu modnych w bieżącym sezonie postaw i poglądów itp. To z kolei wpływa na stosunek opinii publicznej do artystów, traktowanych jako część establishmentu, silnie powiązana z elitami politycznymi. W czasach, gdy – jak obecnie – gwałtownie wzbiera fala krytycyzmu wobec poczynań establishmentu artyści stają się łatwym, bo powszechnie rozpoznawalnym celem ataków. Zwłaszcza że postrzegani są przez pryzmat najbardziej znanych przedstawicieli zawodu, celebrytów, gwiazd medialnych itp. W istocie ci ostatni stanowią może 1 procent całego środowiska, którego codzienność nie ma nic wspólnego z luksusowymi fanaberiami opisywanymi na portalach plotkarskich.


    ///Sieć rozmaitych zależności krępuje swobody twórcze, co ma daleko idące konsekwencje. ///

     

    Przygotowywana przez nas ustawa miała wspierać właśnie tę niewidoczną dla ogółu większość – muzyków orkiestrowych, chórzystów operowych, konserwatorów zabytków, artystów ludowych itd. Ludzi nieobecnych w mediach, ale niezbędnych kulturze, bo np. nie ma opery bez chóru czy koncertu bez orkiestry. Tymczasem nowa ustawa min. Cienkowskiej zmierza do jeszcze silniejszego podporządkowania świata artystycznego hegemonii władzy. Szczerze mówiąc jestem zdumiona, że środowisko ją akceptuje.

    A dlaczego Pani zdaniem, środowisko artystyczne nie powinno jej akceptować?

    Ponieważ zmierza ona w dokładnie przeciwnym kierunku niż to, o co – wspólnie ze środowiskiem artystycznym – zabiegaliśmy tj. zamiast zwiększać jego autonomię i samodzielność stara się jeszcze mocniej uzależnić je od arbitralnych decyzji ministerstwa i poddać większej kontroli. Wsparcie ma być udzielane pod kuratelą Rady Programowej i Komisji Opiniującej, dwóch ciał o monstrualnych rozmiarach – łącznie 170 osób – powoływanych przez ministra kultury.

    W przypadku Komisji Opiniującej owszem – spośród kandydatów zgłaszanych przez środowisko, ale cóż z tego, skoro ostateczna decyzja, którego z tych kandydatów powołać, a którego odrzucić należy do ministra. W dodatku operatorem całego tego biurokratycznego systemu ma być Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, czyli instytucja bezpośrednio podległa ministerstwu. Przez taki system nawet mysz się nie prześliźnie, jeśli zadrze z władzą. To rozwiązanie z ducha PRL-u.

    Samo środowisko artystyczne jest podzielone, abstrahując od podziałów natury politycznej, część artystów uważa wszelkie dopłaty do składek dla swoich kolegów za przesadę, za dotowanie „tych, którzy sobie nie radzą”.

    To prawda, podziały są głębokie i po części całkiem naturalne, bo w różnych dyscyplinach specyfika pracy artystycznej bywa z gruntu odmienna. Trudno znaleźć analogie między sposobem funkcjonowania poety, koronczarki i lidera zespołu muzycznego. Proszę zwrócić uwagę, że za systemem w pełni wolnorynkowym opowiadają się przeważnie ci, którzy na rynku radzą sobie dobrze np. artyści estradowi. Świetnie, że tacy są, jednakowoż niektóre gałęzie sztuki bez wsparcia nie przetrwają i szczerze mówiąc zawsze tak było, dlatego jakaś forma mecenatu zawsze była potrzebna. To mógł być mecenat królewski, dworski, miejski, prywatny, państwowy – różnie w różnych epokach i krajach, ale bez tego znaczna część najcenniejszego dorobku artystycznego Europy zwyczajnie by nie powstała albo nie trafiłaby nigdy do odbiorców. Nikt, kto wie cokolwiek o historii kultury nie powie, że wybitny artysta zawsze utrzyma się ze sprzedaży swoich dzieł, a skoro tego nie potrafi najwidoczniej nic nie jest wart.

    W Polsce wiele osób pracuje dziś na umowy zlecenia, umowy o dzieło, z braku innych możliwości zakłada jednoosobowe firmy, które raz przynoszą dochód, a raz nie, ten dochód jest więc bardzo często nieregularny i rozproszony. Kwestia ta dotyczy również dziennikarzy. W Niemczech od at 80. XX w. istnieje Künstlersozialkasse (KSK), kasa zrzeszająca wolnych strzelców, artystów, publicystów. Jeżeli więc głównym kryterium stosowania systemu dopłat ma być nieregularność osiąganych dochodów, to dziennikarze jak najbardziej się w tej rubryce mieszczą.

    Pozwolę sobie przypomnieć, że sama jestem z zawodu dziennikarką, pracowałam kilka lat jako freelancer i wiem na czym to polega. Oczywiście zgadzam się z panią, że wsparcie skierowane do jednej grupy zawodowej, z pominięciem innych, pozostających w podobnej sytuacji nie jest sprawiedliwe. Sprawiedliwa byłaby reforma całego naszego systemu ubezpieczeniowego, który wywodzi się z PRL-u i ówczesnej etatystycznej organizacji rynku pracy. Należałoby ten system gruntownie zmienić dostosowując go do dzisiejszej rzeczywistości gospodarczej i uelastyczniając jego funkcjonowanie. Wszelako prawda jest taka, że po transformacji ustrojowej żaden rząd takiej reformy się nie podjął i wolno wątpić, czy w przewidywalnej przyszłości ktokolwiek temu sprosta, bo to gigantyczne wyzwanie organizacyjne, legislacyjne, logistyczne. Społeczne i polityczne koszty mogą być nieobliczalne. W tych okolicznościach pozostają regulacje cząstkowe.

     

    /// Sprawiedliwa byłaby reforma całego naszego systemu ubezpieczeniowego, który wywodzi się z PRL-u i ówczesnej etatystycznej organizacji rynku pracy. Należałoby ten system gruntownie zmienić dostosowując go do dzisiejszej rzeczywistości gospodarczej i uelastyczniając jego funkcjonowanie. ///

     


    Skoro system jest niesprawiedliwy i wyklucza niektóre grupy z ochrony socjalnej, to może lepiej zmniejszyć skalę tego wykluczenia niż nie robić w tej sprawie w ogóle nic. Czy z tytułu odmowy wsparcia dla artystów dziennikarzom się poprawi? Nie. Zatem chyba rozsądniej byłoby wypracować jakieś rozwiązanie w odniesieniu do choćby jednego środowiska, przetestować je, a jeśli się sprawdzi, z czasem próbować je wdrożyć także wobec innych kręgów zawodowych? Ja wchodziłam w dorosłe życie w czasach, gdy w Polsce rodził się fenomen Solidarności. Po dziś dzień wierzę, że solidarność i współpraca skuteczniej tworzy dobrostan wspólnoty niż wzajemne konflikty, ataki, animozje i zawiści. Że zacytuję św. Jana Pawła II, wielki autorytet moralny czasów mojej młodości: „Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim.” Niestety ta nauka chyba wywietrzała nam z głów.

    Dziękuję za rozmowę!

    Komentarze (0)