Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Nie da się zrozumieć motywacji >polityki kulturalnej< AfD bez znajomości tej publikacji; Refleksje po lekturze książki „Polityka Kulturalna; Jak to jest być Niemcem”

    2026-09-03
    Czas czytania 15 min

    Czym jest dziś „niemieckość”? Jakie wydarzenia historyczne powinny stanowić element „nowej, trwałej tożsamości narodowej” będącej alternatywą dla „antymitu, […] w którym naród pojawia się wyłącznie jako nosiciel winy”? Czemu ma służyć wyodrębnienie „niemieckiego islamu”? Jak wprowadzenie euro przyczyniło się do stępienia niemieckiej tożsamości i skoro “niemieckie cnoty” – punktualność, poczucie porządku i pracowitość – przypisuje się również Japończykom, to czy definiowanie „niemieckości” z ich pomocą nie oznacza rozpuszczenia tejże w nic niewnoszącym uniwersalizmie? To tylko kilka pytań, na które odpowiada w swojej książce, „Kulturpolitk; Wie es ist Deutsch zu sein” wydanej przez wydawnictwo Castrum (pol. „Polityka Kulturalna; Jak to jest być Niemcem”) dr Hans-Thomas Tillschneider, kluczowa postać z otoczenia Ulricha Siegmunda, kandydata AfD na premiera w Saksonii-Anhalt.

    Ten, kto zapoznał się z programem wyborczym AfD dla Saksonii-Anhalt, dostrzeże w książce „Kulturpolitk” rozwinięcie zawartych w nim postulatów i zapowiedzi. Program, dotyczący kształtu polityki kulturalnej, proponowany dla Magdeburga z przyległościami nosi wyraźny podpis Tillschneidera, z czym on sam zresztą się nie kryje. Za wcześnie na to, by uznać książkę Tillschneidera za „manifest polityki kulturalnej” całej AfD. Dlaczego? Dlatego, że tezy i recepty zawarte w tej publikacji daleko wykraczają poza ramy programowe AfD w obrębie kultury, edukacji, kultury pamięci, zagadnień tożsamościowych, stosunku do Kościoła, do islamu etc. I dotyczy to zarówno punktów umieszczonych w programie z 2016 r., jak i tych ujętych konkretniej przed wyborami do Bundestagu w 2025 r. Waga książki Tillschneidera będzie zatem zależeć od wyniku wyborczego. Jeżeli Saksonia-Anhalt faktycznie stanie się już 6 września teatrem pierwszego tak spektakularnego zwycięstwa, jakie prognozują czołowe instytuty demoskopowe w Niemczech, to sformułowany przez autora na 161 stronach program na coś, co moglibyśmy roboczo nazwać „odzyskiwaniem niemieckości”, ma szansę stać się ogólno-AfD-owskim przepisem na wykształcenie i zakotwiczenie nowego poczucia tożsamości. Poczucia tożsamości zrywającego nie tylko z nieuznawanym i piętnowanym od lat w AfD dziedzictwem pokolenia 1968, ale również z regułami polityki kulturalnej jak i edukacyjnej stojącej u zrębów Republiki Bońskiej, oraz tej najnowszej, liczonej od momentu ponownego zjednoczenia Niemiec.

     

    /// Gordon A. Craig notował: „Żadnego narodu nie da się tak trudno ująć w jedną kategorię, jak Niemców, być może dlatego, że nie zawsze podporządkowują się prawom logiki tak jak inne narody. ///

     

    Kiedy w 1982 r. szkocko-amerykański znawca spraw niemieckich, prof. Gordon A. Craig wydał tom „The Germans” (niemieckie wydanie zatytułowane „Über die Deutschen” / „O Niemcach”, C.H. Beck, Monachium), był to napisany z błyskiem, werwą i znawstwem portret Niemców zaadresowany do odbiorcy anglosaskiego. W przedmowie do wydania niemieckiego Craig wyjaśniał: „Moi niemieccy znajomi często zadawali mi pytanie, dlaczego jako historyk bardziej zajmuję się historią Niemiec niż mojego własnego kraju. Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w czynnikach zewnętrznych: kiedy w latach 30. podjąłem moje studia historyczne, w Ameryce bardzo intensywnie i świadomie interesowano się sprawami niemieckimi. Amerykański student, który w tamtym czasie chciał dowiedzieć się czegoś o Niemczech, natrafiał nie tylko na wybitnych amerykańskich uczonych, którzy z badań nad Niemcami uczynili dzieło swego życia, ale i na wielu wielce utalentowanych niemieckich historyków młodego pokolenia, którzy zbiegli do Ameryki przed dyktaturą Adolfa Hitlera (tu Craig wymienia swoich najlepszych wykładowców od spraw niemieckich)”. Dalej profesor zapewnia, że zainteresowanie Ameryki sprawami niemieckimi „nie jest wcale mniejsze niż w latach 30., chociaż stosunki między oboma krajami nie są już tak ścisłe, jak za Adenauera, co nasuwa coraz większe obawy o przyszły wymiar nadchodzących przemian”. W końcu Craig dodaje, że jego książka jest w pierwszej kolejności skierowana do odbiorcy amerykańskiego, po to, by przybliżyć mu złożoność współczesnych niemieckich problemów, ale przy okazji i świadectwem witalności jego osobistego zainteresowania „kwestią niemiecką”.

    Skąd wzięło się to zainteresowanie Craiga Niemcami? W 1935 r. dzięki stypendium swej macierzystej uczelni, 22 -letni wówczas Craig mógł spędzić kilka miesięcy w Niemczech, gdzie gromadził materiały do pracy zaliczeniowej na temat „Powstania i Upadku Republiki Weimarskiej”, co – jak wynika z jego opisów – było wtedy odbierane jako dość sztampowe, a sama praca mimo uzyskanego zaliczenia pozostawiła w nim poczucie niedosytu i wrażenie, że jeszcze wiele się wydarzy. Mimo tego niedosytu Craig-student zdążył przez kilka miesięcy zachwycić się Dürerem i Cranachem, skarbami drezdeńskiego „Grünes Gewölbe”, pierwszy raz w życiu słyszanymi na żywo: „Weselem Figara” i „Pierścieniem Nibelunga”, „Czarodziejskim Fletem”.
    „Mimo mojego wówczas jeszcze nieporadnego niemieckiego, byłem w stanie zrozumieć akcję Götza von Berlichingen i »Rozbitego dzbana« Kleista […] obejrzałem też „Fausta I” w Salzburgu. Te majstersztyki niemieckiej kultury wywarły na mnie potężne wrażenie, jednak dotyczyło to w nie mniejszym stopniu licznych przykładów nadużyć kulturowych, a nawet nieludzkiego postępowania i barbarzyństwa, z którymi się spotkałem” – wspominał Craig opisując cały szereg sytuacji, jakich był świadkiem w Niemczech roku 1935.

    Craig notował: „Żadnego narodu nie da się tak trudno ująć w jedną kategorię, jak Niemców, być może dlatego, że nie zawsze podporządkowują się prawom logiki tak jak inne narody. W rzeczywistości dwie jedyne wypowiedzi na ich temat, które kiedykolwiek wydawały mi się sensowne, można niemal uznać za ostrzeżenia przed uogólnieniami. Pierwsza z nich to słynna definicja Niemców sformułowana przez Tacyta jako propriam et sincerum et tantum sui gentem [naród własny (odrębny), nieskażony i podobny wyłącznie do samego siebie]. Druga, Thomasa Manna, który napisał kiedyś: „Ten, kto dążyłby do uczynienia z Niemiec zwykłej, mieszczańskiej demokracji w duchu i sensie rzymsko-zachodnim, ten zmierzałby do odebrania im tego, co najbardziej ważkie i najlepsze, problematyczności, która jest najwłaściwszym dla nich fundamentem bytu narodowego… [vide: Thomas Mann,» Rozważania człowieka apolitycznego «, tu: wydanie Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie z 2022 r., tłum: Wojciech Kunicki].


    Gordon A. Craig, pisząc blisko pięć dekad od swojej pierwszej i niewątpliwie formacyjnej podróży niemieckiej książkę o Niemcach zaadresowaną do Amerykanów, przytacza mnóstwo cytatów charakteryzujących Niemcy, czy „niemieckość”. Raz jest to XVIII-wieczny publicysta Friedrich Karl von Moser, który opisując swoich rodaków, stwierdził: „Każdy naród ma swoją główną siłę napędową: w Niemczech jest to posłuszeństwo, w Anglii – wolność, a we Francji – honor króla”, innym razem są to Herder, Goethe, Kant, Lessing, Schiller i inni. Dlaczego przystępując do omówienia książki polityka AfD, wydanej w 2026 r. i niemającej, jak sam autor zapowiada we wstępie, być „książką o tym, jak za pomocą polityki kulturalnej zdobyć władzę w państwie” tylko „książka o tym, jak będzie wyglądać polityka kulturalna po zdobyciu władzy”, przywołuję publikację Gordona Craiga sprzed 44 lat? 
    Powodów jest więcej niż jeden, ale ten najważniejszy dotyczy adresata książki. Tillschneider usiłując zdefiniować „niemieckość” posiłkuje się wehikułem „polityki kulturalnej”, ale jego przekaz jest skrojony na rynek lokalny. To Niemcy dostają wykład z niemieckości, tak jakby autor uznał, że wystąpiła paląca potrzeba uświadamiania Niemcom co czyni ich Niemcami w XXI wieku.


    U Craiga adresatem przekrojowej opowieści o Niemcach i tym, co ich wyróżnia, definiuje, scala-jest Amerykanin, a wraz z nim świat nieniemiecki. Amerykanin zanurzony w porządku XX wieku, patrzący na Niemcy razy dwa, bo podzielone, ale podskórnie wyczuwający nadciągający wiatr zmian.
    Istotna jest też perspektywa samego piszącego. Kiedy w rozdziale poświęconym niemieckiej szkole i programom nauczania Craig stwierdza, że „od pierwszego dnia istnienia RFN szkołom zarzucano, że robiły zbyt mało, by uchronić społeczeństwo przed niebezpieczeństwem ponownego wskrzeszenia zachowań niedemokratycznych, ponieważ nie przekazują uczniom prawdy o Hitlerze i zbrodniach jego dyktatury”, u Tillschneidera znajdziemy już zgoła inną narrację. Narrację właściwą nie tyle nowym czasom, ile opcji politycznej, która jest partyjną ojczyzną Tillschneidera: „Nauczanie historii nie jest już wyjaśnianiem naszego historycznego kształtowania się, lecz radzeniem sobie z przeszłością, co wręcz uniemożliwia chęć bycia Niemcem” – czytamy.

     

    /// U Tillschneidera krytyka wychowywania kolejnych pokoleń w duchu szeroko pojętej „winy” [autor posługuje się pojęciem „antymitu”] zbiega się z propozycją na narrację pozytywną, taką, na której można budować nową tożsamość narodową. ///

     


    Zdaniem Tillschneidera, dzisiejsza szkoła wręcz „wychowuje do antyniemieckości”, co wymaga przewartościowania systemu ugruntowanego po 1948 roku. U Craiga przeczytamy o eksperymencie z połowy lat 70., kiedy z inicjatywy kilońskiego pedagoga, Dietera Bossmanna 102 nauczycieli w 110 szkołach w Niemczech Zachodnich zadało uczniom pytanie: „Co słyszałem o Adolfie Hitlerze?” a w odpowiedzi usłyszeli m.in., że Hitler „przeżył wojnę, jest członkiem CDU, był Włochem, walczył w wojnie trzydziestoletniej” itd. Eksperyment ten został wtedy szeroko opisany i posłużył za argument w dyskusji o zwiększeniu nacisku na edukację o II wojnie światowej.


    U Tillschneidera krytyka wychowywania kolejnych pokoleń w duchu szeroko pojętej „winy” [autor posługuje się pojęciem „antymitu”] zbiega się z propozycją na narrację pozytywną, taką, na której można budować nową tożsamość narodową. Tożsamość nieobciążoną mroczną przeszłością i zatopioną w tym, co można uznać za chwalebne, ważne z perspektywy spajania tego, co pękło, korzystne gospodarczo – o czym Tillschneider pisze, chociażby w kontekście „cudu gospodarczego” jako jednego z tych elementów „niemieckości”, które spokojnie można by włączyć do kanonu „nowego mitu”. Mitu, którego „Republika Federalna Niemiec potrzebuje a zadaniem alternatywnej polityki kulturalnej jest jego stworzenie”. Tillschneider zadaje tu pytanie: „Gdzie w naszej przeszłości odnajdziemy to, czym chcemy być tu i teraz? Z jakiego dziedzictwa naszej tradycji chcemy czerpać, aby […] czerpać z niego nasze poczucie tożsamości? Odpowiedzią jest (tu mocno skracam i upraszczam) przypomnienie Niemcom o „wojnach wyzwoleńczych 1813 roku, w których naród niemiecki pod przywództwem Prus wyparł Napoleona”, co nosi w sobie pierwiastek „rodzącej się świadomości konieczności istnienia niemieckiego państwa narodowego”. Kolejnym wydarzeniem, które miałoby zdaniem autora przypomnieć Niemcom kim są i skąd wyrastają, są obrady Zgromadzenia Narodowego we Frankfurcie w kościele św. Pawła (1848).


    Tillschneider argumentuje: „Wystarczy przeczytać stenograficzne protokoły ówczesnych obrad, aby docenić, jak wiele nasze funkcjonowanie parlamentarne zawdzięcza temu pierwszemu niemieckiemu parlamentowi. […] Wypowiedzi wydają się czasami jeszcze ociężałe i nieporadnie, chaotycznie i jakby wciąż poszukujące swojej formy, jednak debaty charakteryzują się stylem, intelektualną jakością i pasją, w porównaniu z którymi śmiertelnie nudna, okrutnie frazeologiczna paplanina, jaka była powszechna przed wejściem AfD do Bundestagu i parlamentów krajowych, jawi się jako ostatni etap upadku niemieckiego parlamentaryzmu. Powrót do tradycji Kościoła św. Pawła może przypomnieć naszej działalności parlamentarnej o tym, co w niej jest możliwe i pomóc przywrócić jej autentyczność oraz pasję. W tym celu kraj musi oczywiście uwolnić się od nieprzyjaznego debatom konsensusu starych partii, a zgromadzenie w Kościele św. Pawła musi zostać uznane za źródło i wzór niemieckiego parlamentaryzmu. Zamiast pamiątek po kościele św. Pawła przed budynkiem Bundestagu stoją obecnie stele z tekstem Ustawy Zasadniczej, przedstawiające treść tymczasowego substytutu konstytucji, jakby było to Dziesięć Przykazań wyrytych na tablicach. Tożsamość państwowa, stworzona przez tradycyjne partie, czerpie swoją siłę z osobliwej wiary w Ustawę Zasadniczą opartej na zasadzie „sola scriptura”.

     

    /// „Los Prus jest ściśle powiązany z losem niemieckiego państwa narodowego. Nie fantazja o połączeniu z Austrią, ale wyznanie wiary w Prusy odpowiada naszej tożsamości państwowej i dlatego powinno stanowić fundament naszego państwa tu i teraz”. ///

     

    Uwaga autora na temat „tymczasowego substytutu konstytucji” nabiera dodatkowego znaczenia kilka wersów dalej, gdy przywołując pojęcie patriotyzmu konstytucyjnego Jürgena Habermasa [zresztą Habermasowi, a raczej jego krytyce Tillschneider poświęca osobny rozdział-BT] zapewnia, że „nasza [czytaj: AfD-owska] polityka kulturalna będzie okazywać Ustawie Zasadniczej szacunek w zakresie stosowania prawa, ale zrezygnuje z jej sakralizacji i zastąpi ją pamięcią o początkach naszej tradycji parlamentarnej w kościele św. Pawła”.
    Dalej Tillschneider podaje kolejną cegiełkę do budowy nowego niemieckiego mitu państwowego – jest nią zjednoczenie Rzeszy (1871 r.). Autor argumentuje, że od tego momentu „Los Prus jest ściśle powiązany z losem niemieckiego państwa narodowego. Nie fantazja o połączeniu z Austrią, ale wyznanie wiary w Prusy odpowiada naszej tożsamości państwowej i dlatego powinno stanowić fundament naszego państwa tu i teraz”. Przy czym „bezpośredniego ataku na niemiecką tożsamość narodową” upatruje w decyzji aliantów z 1947 r. o rozwiązaniu Prus, tłumacząc, że „całe antyniemieckie wypaczenie tożsamości państwowej propagowanej przez stare partie [CDU, SPD etc.] wyraża się w tym, że czerpią one tożsamość naszego państwa raczej z historii likwidacji Prus niż z samej historii Prus […], a państwo, które nie świętuje swojego powstania, nie może mieć przyszłości”. Po tych słowach Tillschneider zapowiada, że nowa polityka kulturalna [AfD] zadba o to, by w przyszłości godnie świętowano rocznice zjednoczenia Rzeszy.

    Co ciekawe, polityk podkreśla, że wszystko, co nastąpiło po 1871 r. nie nadaje się na mit i że idąc za Renanem, porażki również mogą w pewnych okolicznościach budować tożsamość narodową i podsycać narodowe mity, jednak [i tu dłuższy cytat, ale moim zdaniem istotny dla zrozumienia narracji Tillschneidera] „Aby tak się stało, naród musi móc wiarygodnie pamiętać o sobie jako ofierze obcej niesprawiedliwości, tak jak ma to miejsce na przykład w przypadku wielu byłych krajów kolonialnych. II wojna światowa, ze względu na niepodważalne zbrodnie popełnione w imieniu Niemiec, nie pozwala na stworzenie niemieckiego mitu ofiary. Taki mit, który postrzegałby Niemców w czasie II wojny światowej jako ofiary obcej niesprawiedliwości, byłby wyrazem nieprawdziwego nastawienia, które nie dążyłoby do prawdy, lecz do samooszukiwania. Oczywiście jeszcze gorszy od fałszywego mitu o ofiarach jest antyniemiecki mit o sprawcach, ale my nie wybieramy ani jednego, ani drugiego. Błędne drogi i porażki, za które sami jesteśmy odpowiedzialni, tak czy inaczej nie mogą stanowić podstawy tożsamości. Najlepiej będzie, jeśli po prawnych rozliczeniach z czasem staną się one zwykłą historią i trafią do muzeum”. Przytoczony fragment to gotowy materiał na kilka ważkich pytań do autora, z perspektywy polskiej jedno z kluczowych mogłoby zahaczyć o przywołane „rozliczenie prawne”, które miałoby zamykać temat II wojny światowej w muzealnych murach.

     

    /// „Mamy więcej niż większość innych ludzi na świecie, i to dobrze – niech tak pozostanie. Wspomnienie cudu gospodarczego, obok wydarzeń z 1813, 1848 i 1871 roku, stanowi istotny element nowej, trwałej tożsamości narodowej”. /// 

     

    I tu autor dochodzi do wydarzeń tożsamościowotwórczych w okresie powojennym i proponuje uznanie za jedno z nich erhardowskiego „cudu gospodarczego”, kiedy to „siła gospodarcza mogła zrekompensować różnorodne krzywdy, a nacjonalizm oparty na marce niemieckiej mógł pełnić funkcję skromnego substytutu pełnej tożsamości narodowej”. Tillschneider wyjaśnia później, że do tożsamości państwowej Niemiec „należy również to, by za granicą postrzegano nas jako bogatych”. Jak pisze: „Mamy więcej niż większość innych ludzi na świecie, i to dobrze – niech tak pozostanie. Wspomnienie cudu gospodarczego, obok wydarzeń z 1813, 1848 i 1871 roku, stanowi istotny element nowej, trwałej tożsamości narodowej”.
    Jako ostatni element niezbędny do uformowania nowej tożsamości niemieckiej czerpiącej z pozytywów, a nie „antymitu” [autor w pewnym momencie formułuje tezę, że Niemcy to „Państwo, które w roku 2026 znajduje się w stanie ciągłego oporu wobec Hitlera, ponieważ czuje się zagrożone mieczem Damoklesa w postaci nieustannego niebezpieczeństwa powrotu do nazizmu” i czerpie z tego swoją tożsamość” przez co „staje się ślepe na zagrożenia własnej epoki”], Tillschneider przywołuje lata 1989/90, które zestawia z rokiem 1871 jako czasem narodzin nowoczesnego niemieckiego państwa narodowego i nazywa „odrodzeniem państwa”. Przy czym krytycznie ocenia brak gotowości zwłaszcza Niemiec zachodnich do „docenienia znaczenia” powtórnego zjednoczenia państwa i dodaje, że „jedność narodu miała zostać zanurzona w jedności Europy”.
    „Zadanie wyciągnięcia właściwych wniosków ze zjednoczenia i stworzenia zdrowej świadomości narodowej sięga aż do naszych czasów. Można to ująć hasłem AfD w Brandenburgii z wyborów do parlamentu krajowego w 2019 roku: „Dokończcie przemianę!”. Nowy mit, nakreślony tutaj, jest temu oddany. Tworzy opowieści o jedności, sprawiedliwości i wolności oraz otwiera przed naszym państwem drogę ku przyszłości” – kończy rozdział poświęcony nowej tożsamości niemieckiej Tillschneider.


    I tu dwie uwagi. 


    Pierwsza to kolejny ukłon w stronę Craiga, który w 1982 r zastanawiając się nad więzią Niemców z początku at 80. XX w. z ich przeszłością, przywoływał wyniki sondaży przeprowadzanych w latach 1950-70 przez Instytut Allensbach, w których zadawano ankietowanym jedno pytanie: „Którzy wielcy Niemcy pana/pani zdaniem zrobili najwięcej dla Niemiec?”. Biorący udział w badaniu mieli do wyboru m.in. Bismarcka [zjednoczenie Niemiec], Adenauera, Erharda [cud gospodarczy]. W 1950 r. na Bismarcka wskazało 35 proc. ankietowanych, w roku 1966, w 150-rocznicę urodzin „żelaznego kanclerza” było to już tylko 13 proc. Z badania przeprowadzonego w 1998 r. wyszło, że połowa Niemców nawet nie wie kim był Bismarck. W 2006 r. politolog prof. Christian Hacke ukuł slogan „więcej Bismarcka, mniej Habermasa”, swoisty apel do rządu Wielkiej Koalicji pod batutą Angeli Merkel, by w polityce zagranicznej Berlin odwrócił się od idealizmu i wszedł na ściekę realizmu. W pamiętnym artykule prof. Hackego na łamach magazynu „Internationale Politik” pojawił się też i wątek polski. Chodzi o rozdział „Niemcy w postmodernistycznym świecie”, w którym autor, zwracając uwagę na wyzwania, którym będą musiały stawić czoła Niemcy w zmieniającym się świecie, pisał tak:

    „Polskie niezadowolenie z projektu niemiecko-rosyjskiego gazociągu bałtyckiego oraz nowych porozumień w zakresie polityki energetycznej zawartych między Berlinem a Moskwą podczas szczytu w Tomsku w maju 2006 r. pozostaje znaczne. Polska propozycja utworzenia „energetycznego NATO” spotyka się z krytyką ze strony Wielkiej Koalicji. Berlin natomiast, od czasu konfliktu gazowego między Rosją a Ukrainą, opowiada się raczej za strategią współpracy w zakresie polityki energetycznej, która – przede wszystkim na życzenie Steinmeiera – została opracowana na wzór KBWE/OBWE i tym samym ukierunkowana na współpracę niemiecko-rosyjską, podczas gdy Polska od czasu kryzysu irackiego staje się filarem amerykańskich interesów w Europie – o charakterze antyrosyjskim, a obecnie także antyniemieckim. Mogą więc pojawić się sprzeczności interesów, które wykraczają poza sferę dwustronną i rodzą fundamentalne pytania dotyczące struktury niemieckiej polityki zagranicznej”. Warto pamiętać o tym fragmencie, gdy pojawia się postulat “więcej Bismarcka”.
    Druga uwaga dotyczy pozytywnego mitu, o którym w „Kulturpolitk” pisze Tillschneider. Nawet jeżeli autor jest zdania, że dotychczasowe rządy federalne są na tym odcinku pasywne, co biorąc pod uwagę opcję polityczną, z którą się utożsamia i której program aktywnie tworzy nie jest niczym zaskakującym, to z punktu widzenia obserwatora z zewnątrz nie jest do końca tak, że „stare partie” nie budują dodatkowej narracji o historii Niemiec. I mam tu na myśli bardzo konkretnie narrację mieszczącą się w konwencji stworzenia przeciwwagi dla tego, co polityk AfD określa mianem „antymitu”. Przykład? 18 marca 2026 r. po raz pierwszy Niemcy obchodzili „Dzień Historii Demokracji”. W całym kraju wzięło w nim udział ponad 250 miejscowości i instytucji organizując wykłady, rozmowy ze świadkami historii, odczyty. Honorowym patronatem objął te wydarzenia prezydent Frank-Walter Steinmeier. Czym jest ta nowa inicjatywa? W 2021 r. rząd federalny powołał „Fundację Miejsc Niemieckiej Historii Demokracji”, która miała sporządzić mapę miejsc związanych z krzewieniem demokracji w Niemczech i tym samym wskazać na to, z czego Niemcy mogłyby być dumne lub co najmniej zadowolone. W liście Steinmeiera opublikowanym na łamach „Redaktionsnetzwerk Deutschland” w przeddzień pierwszych obchodów „Dnia Historii Demokracji” czytamy: […] „Nasza Republika Federalna nie opiera się wyłącznie na negacji, na haśle »Nigdy więcej! «. Nasza tożsamość czerpie również z dążeń do demokracji i wolności, które towarzyszyły nam przez wieki. Możemy być dumni z tych tradycji, nie odwracając wzroku od otchłani Zagłady”. Wśród wydarzeń, które oficjalnie uznano za ważne dla de facto budowania nowej, pozytywnej narracji historycznej, wymieniono m.in. obrady w kościele św. Pawła i lata 1989/90, ale już Bismarck jest traktowany marginalnie.

     

    /// Zadaniem polityki kulturalnej powinno być umożliwienie powstania niemieckiej odmiany islamu, która zastąpi wszystkie odmiany islamu pochodzące z innych krajów, tworząc odmianę wyłącznie niemiecką. ///

     

    Jedną z pierwszych refleksji, jaka pojawia się podczas lektury „Kulturpolitk” jest to, że samo już zdefiniowanie tego, co można uznać za „niemieckość” nastręcza autorowi wyraźnych trudności. I bynajmniej nie jest to przytyk. Ta trudność ma kilka powodów, w moim osobistym odczuciu jako odbiorcy jest jednak objawem poczucia braku orientacji, który nie jest obcy wielu Niemcom i kończy się zazwyczaj deklaracjami typu „nie czuję się Niemką/Niemcem, tylko obywatelem Europy/świata/ mieszkańcem Turyngii/ Berlińczykiem etc. Nie trzeba nawet daleko szukać. W wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung” aktorka Sandra Hüller znana m.in. z filmów „Strefa Interesów” [Hedwig Höss] i „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego [tu w roli Eriki Mann] okrzyknięta przez medialny świat Berlina „naszą Niemką w Hollywood”, oznajmiła, że przynależność do Europy i Turyngii jest dla niej ważniejsze niż niemieckie pochodzenie. „Osobiście nie identyfikuję się jako Niemka. […] Powiedziałabym, że postrzegam siebie jako turyńską Europejkę lub europejską Turyngijkę” – dodała aktorka. Hüller stwierdziła jednocześnie, że niemieckie pochodzenie wiąże się również z pewną odpowiedzialnością i „nie można tego po prostu zignorować”, a w kontaktach z ludźmi z innych krajów jest często konfrontowana z tym, że „wiele rozmów dotyczy niemieckiej polityki w przeszłości i obecnie”. Hüller podobnie jak szereg innych znanych osobistości niemieckiego świata sztuki, zaangażowała się w kampanię uświadamiającą o możliwych skutkach wygranej AfD w Saksonii-Anhalt (kampania „Wahre Heimatliebe ist…/ Prawdziwa miłość do ojczyzny to…). Można więc przyjąć, że ani Sandrze Hüller nie jest po drodze z postulatami AfD, ani AfD z komunikatem wskazującym na dość powściągliwy stosunek popularnej aktorki do własnych korzeni. 


    Podobny stosunek do „patriotyzmu” (wychodząc już poza samą „niemieckość”) miał Lessing, a Schiller zgodził się nawet z jego słowami: „Piszę jako obywatel świata, który nie służy żadnemu księciu. Dawno utraciłem mą ojczyznę wymieniwszy ją na wielki świat”. W książce Tillschneidera „niemieckość” przewija się przez cały tekst, jest przewodnim wątkiem i faktycznym jądrem przekazu. „Kultura niemiecka, o której tutaj mówimy, jest przede wszystkim tym, co pozwala mi powiedzieć: »Jestem Niemcem«– czytamy. Albo: Czym jest to, co niemieckie? Czy jest to może pruska koncepcja państwa? Pytanie o to, czym w ogóle jest to, co niemieckie, zadaje się zazwyczaj tylko po to, by skłonić do wyliczania niemieckich dóbr kultury – od bratwursta po tradycyjne stroje ludowe – i w ten sposób doprowadzić definicję niemieckiej kultury narodowej do absurdu poprzez ograniczoność przykładów. Jednak nawet jeśli traktujemy to pytanie poważnie, jeśli szczerze chcemy wiedzieć, co nas odróżnia, jeśli staramy się wykorzystać najwybitniejsze osiągnięcia kultury wysokiej, poezji, malarstwa i muzyki, wymienimy wszystkie niemieckie cnoty i przytoczymy arcydzieła niemieckiej architektury, jeśli zgromadzimy wszystko, co wielkie, piękne i znaczące, aby na tej podstawie dostrzec, na czym polega nasza niemieckość, odpowiedzi nadal będą niepełne”. I: „Ważna odpowiedź na pytanie o niemieckość […] musiałaby zatem mieć charakter uniwersalny, obejmując niemieckość w całości. Musiałaby być otwarta na przyszłość. I musiałaby wskazywać na coś, co przysługuje Niemcom i tylko Niemcom. W odpowiedzi na pytanie, na czym polega niemieckość, nasuwa się zatem język. Język niemiecki przysługuje Niemcom jako Niemcom”. Nie sposób przytoczyć wszystkich koncepcji „niemieckości” rozparcelowanych pod kątem języka, kultury politycznej, charakteru narodowego, stosunku do instytucji Kościoła etc., ale faktem jest, że autor nie jest w stanie przedstawić jednej, prostej definicji. Chyba że czytelnik uzna za ostateczną definicję (za Heideggerem), że „niemiecki” nie jest nadrzędnym pojęciem obejmującym wszystkie niemieckie rzeczy, które pod nim ujmujemy niczym małe figurki z cyny. „Niemiecki” to sposób bycia, który jako Niemcy musimy realizować”. Tillschneider korzysta z całego wachlarza pojęć ukazujących podział na podejście do niemieckiej tożsamości i kultury, które uważa za pożądane i służące krzewieniu bądź odzyskania utraconej czy zatartej „niemieckości” i te, które uznaje za szkodliwe. Nie ma jednak pojęcia „Leitkultur” (kultura wiodąca), czyli tego, co latami rozpalało wewnątrzniemiecką debatę z migracją w tle. Termin „Leitkultur” występuje w ogólnoniemieckim programie AfD, ale u Tillschneidera nie występuje. Można tylko spekulować nad przyczyną tego braku. Jedną z możliwych wersji jest taka, że autor nie widzi powodu, by sięgać po słowo kojarzone nie tylko z AfD, ale i z kanclerzem Merzem. Po co pisać o „kulturze wiodącej”, jeżeli gwoździem programu jest „kultura niemiecka”.


    Co jeszcze znajdziemy w książce Thomasa Tillschneidera? Krytykę polityki unijnej utrzymanej w typowej konwencji AfD, krytykę przyjęcia euro (vide: „Wraz z utworzeniem Rzeszy w 1871 roku nazwa» marka« stała się nazwą waluty nowego państwa. Pomimo wszystkich wstrząsów historycznych – I wojny światowej i inflacji, II wojny światowej oraz rządów Hitlera – państwa niemieckie utrzymały nazwę „marka” jako oznaczenie swojej waluty. Nawet podział w latach 1949–1990 nie skłonił żadnego z obu państw niemieckich do wymyślenia innej nazwy dla swojej waluty”), pomysł na stworzenie „niemieckiego islamu” (vide: „Zadaniem polityki kulturalnej powinno być umożliwienie powstania niemieckiej odmiany islamu, która zastąpi wszystkie odmiany islamu pochodzące z innych krajów, tworząc odmianę wyłącznie niemiecką. Nacisk na kazania w języku niemieckim we wszystkich meczetach byłby pierwszym skutecznym krokiem”) i wiele nawiązań do filozofii, lingwistyki, historii etc. Jak wspomniałam, publikacja przypomina manifest, jest radykalnym planem na zwrot o 180 stopni w samopostrzeganiu się Niemców (choć to akurat dyskusyjne), zaproszeniem do autoafirmacji, ale i odpowiedzią na to, jakie są Niemcy widziane oczyma polityka AfD, który już dziś (w razie zwycięstwa AfD) jest typowany na ministra kultury i edukacji Saksonii-Anhalt. Czy patrząc z perspektywy polskiej warto tę książkę przeczytać? Uważam, że błędem byłoby ją zignorować.

    Olga Doleśniak-Harczuk
    Hans-Thomas Tillschneider – Kulturpolitik; Wie es ist Deutsch zu sein, Castrum Verlag, Wien, Berlin, sierpień 2026.

    Artykuł ukazał się 03.09.2026 r. na stronie berlinskitygiel.pl

    Komentarze (0)