Uwagi na kanwie 35. rocznicy traktatu polsko - niemieckiego; Sukces, który nas osłabił?
Swoistym paradoksem wydaje się fakt, że gospodarka okazała się największym sukcesem polsko-niemieckiego porozumienia. Mimo że relacje polityczne przechodzą kolejne kryzysy, a historia nadal pozostaje drażliwym tematem, wymiana handlowa nieustannie rośnie. Polska stała się jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych Niemiec, a niemiecki przemysł miałby duże trudności bez dostaw z Polski i Europy Środkowej. Oba kraje są dziś silnie powiązane przemysłowo i inwestycyjnie.
Jest to o tyle zaskakujące, że w momencie podpisywania traktatu w 1991 r. po obu stronach dominowało niskie mniemanie o kompetencjach ekonomicznych Polaków. Niemcy ich nie cenili, czego wyrazem było pojęcie „polnische Wirtschaft”, z czym zresztą Polacy często się zgadzali. Ówczesny stan polskiej gospodarki zdawał się potwierdzać to stereotypowe myślenie.
/// Niemcy stały się na początku XXI w. lokomotywą gospodarczą Europy, a Polska jej ekonomicznym „wschodzącym tygrysem”. ///
Traktat podpisywano w warunkach głębokiej nierównowagi potencjałów. Niemcy były potęgą gospodarczą, Polska wychodziła z gospodarczej zapaści. Naturalne wydawało się wówczas przekonanie, że jedni będą przewodzić, a drudzy nadrabiać dystans. Zresztą Polska definiowała się jako pilny uczeń nie tylko w relacjach polsko-niemieckich. Wpisywało się to raczej w ówczesnego ducha czasu. Zarówno kapitał i technologie, jak i reformy oraz regulacje miały napływać z Zachodu, w tym z Niemiec.
Z perspektywy osiągniętego dobrobytu materialnego relacje gospodarcze między Polską a Niemcami są historią sukcesu. Niemcy stały się na początku XXI w. lokomotywą gospodarczą Europy, a Polska jej ekonomicznym „wschodzącym tygrysem”. Z perspektywy budowy trwałych struktur gospodarczych, przygotowania do przyszłych wyzwań i międzynarodowej konkurencyjności ocena ta nie jest już jednak tak jednoznaczna. Niemcy utraciły technologiczne przywództwo i w dużej mierze „przespały” dwie ostatnie fale przełomowych zmian: cyfryzację i rozwój sztucznej inteligencji. Polska z kolei nie wypracowała mechanizmów generowania własnego kapitału, a rozwój gospodarki nadal pozostaje w znacznym stopniu zależny od finansowania zewnętrznego.
Można wskazać wiele przyczyn tych niekorzystnych zjawisk. Jedną z nich jest niewątpliwie model rozwoju, w którym nierówność potencjałów została utrwalona w traktatowych zapisach i praktyce regulacyjnej. Polska miała modernizować się poprzez otwarcie, adaptację i przyciąganie kapitału. Niemcy miały pełnić rolę centrum technologii, finansowania i organizacji produkcji. W praktyce oznaczało to relację przypominającą model nauczyciel–uczeń: jedna strona miała tworzyć reguły i dostarczać kapitał, druga pracowników, konsumentów i przestrzeń do ekspansji. Pomijano przy tym efekty uboczne takiego modelu, który poprzez swoisty podział pracy zakładał, że ośrodki decyzyjne oraz największy przyrost wartości i zysków będą pozostawać poza Polską i Europą Środkową. Warto zaznaczyć, że nie był to niemiecki pomysł. Z wyjątkiem „chińskiej drogi do kapitalizmu” model ten stosowano w większości transformujących się gospodarek wspieranych przez instytucje międzynarodowe, takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. Również w landach wschodnich Niemcy zastosowały podobną logikę rozwoju.
///Otwierano rynki bez tworzenia równych warunków konkurencji. Modernizacja poprzez przejęcia tylko pozornie była korzystna dla zachodnich gospodarek. ///
W tamtym czasie strategia ta wydawała się racjonalna. Niemcy uzyskały dostęp do nowych rynków zbytu i obniżyły koszty dzięki przenoszeniu części produkcji, co zwiększało ich międzynarodową konkurencyjność. Polska modernizowała bazę przemysłową poprzez integrację z niemieckimi procesami produkcyjnymi, zwiększała eksport i stawała się częścią globalnych łańcuchów wartości. Przy niedoborze krajowego kapitału model ten wydawał się wręcz bezalternatywny.
Ten podział pracy okazał się jednak w dłuższej perspektywie niekorzystny dla obu gospodarek. Osłabił bowiem wewnątrzunijną konkurencję, a tym samym presję na innowacje i technologiczne przywództwo. Integracja Europy Środkowej przebiegała przy założeniu, że modernizacja nastąpi przede wszystkim przez przejęcia, transfer istniejących modeli biznesowych i podporządkowanie zachodnim ośrodkom kapitału. W praktyce często oznaczało to przejmowanie regionalnych konkurentów przez zachodnich partnerów. Ci, którzy się przed tym obronili, nie mieli dostępu do finansowania pozwalającego skutecznie konkurować z zachodnimi firmami. Zaniechano budowy krajowych mechanizmów pozyskiwania kapitału, utrwalając zależność od finansowania zewnętrznego. Dla krajowego biznesu oznaczało to rozwój z „zaciągniętym hamulcem ręcznym”. Otwierano rynki bez tworzenia równych warunków konkurencji. Modernizacja poprzez przejęcia tylko pozornie była korzystna dla zachodnich gospodarek. Pozyskanie dużego rynku konsumenckiego przy ograniczonej konkurencji osłabiło presję na innowacje i inwestycje w nowe technologie. Zyski można było generować bez podejmowania ryzykownych inwestycji. Wzrost opierał się bardziej na skali niż na jakości.
Brak konkurencji prowadził do ociężałości i wygodnictwa, co może częściowo tłumaczyć zadziwiający zanik animal spirits europejskiego biznesu, który w dużej mierze przestał uczestniczyć w globalnym wyścigu o najwyższe marże i dominację w najnowszych technologiach, zadowalając się utrzymaniem przewagi w technologiach drugiego rzędu.
Dlaczego warto wracać do tych doświadczeń? Są ku temu przynajmniej trzy powody.
Po pierwsze, z rozwoju polsko-niemieckich relacji gospodarczych można wyciągnąć wniosek natury ogólnej: partnerskie relacje nie są jedynie postulatem moralnym, ale koniecznością ekonomiczną. Równe szanse prowadzenia działalności gospodarczej, dostęp do rynku i wewnątrzunijna konkurencja są warunkiem zrównoważonego i dynamicznego rozwoju.
///Gospodarki nie słabną dlatego, że pojawiają się nowi konkurenci. Wręcz przeciwnie, niemiecka gospodarka utraciła część swojego dynamizmu właśnie wskutek ograniczenia konkurencji. ///
Po drugie, można dostrzec niepokojącą ciągłość tego modelu myślenia na poziomie unijnym. W proponowanych regulacjach widoczna jest tendencja do preferowania tradycyjnych firm z dużych gospodarek lub wskazywania czempionów wspieranych środkami publicznymi. W imię budowy bezpieczeństwa gospodarczego chroni się istniejące struktury, często kosztem nowych podmiotów. W kolejnych regulacjach, programach przemysłowych i debatach gospodarczych powraca założenie, że bezpieczeństwo osiąga się poprzez wzmacnianie istniejących liderów, a nie dopuszczanie nowych graczy. Stabilność bywa przeciwstawiana konkurencyjności. Unia Europejska, stojąc przed wyborem między wzmacnianiem obecnych czempionów a tworzeniem warunków dla nowego biznesu, często wybiera pierwszą opcję.
Po trzecie, doświadczenia te mogą i powinny stać się wskazówką dla pogłębiania współpracy polsko-niemieckiej.
Dla Polski kluczowa jest rewizja mitu o bezalternatywności zagranicznego kapitału. Priorytetowym źródłem finansowania inwestycji powinien być rozwinięty krajowy rynek kapitałowy i bankowy. Jest to przede wszystkim wyzwanie instytucjonalne i regulacyjne, a nie kwestia mitycznej akumulacji oszczędności. Narracja, zgodnie z którą kapitał inwestycyjny musi pochodzić z zewnątrz z powodu niskiego poziomu oszczędności, stała się uzasadnieniem dla zaniechania budowy krajowych rynków długu opartych na polskich zabezpieczeniach. Obawiano się, że słabość instytucjonalna uniemożliwi utrzymanie standardów i ochronę przed nadużyciami.
Na obecnym poziomie rozwoju podtrzymywanie tej narracji staje się kontrproduktywne, pogłębia zależność od finansowania zewnętrznego i ogranicza wykorzystanie szans oferowanych przez nowe technologie. Ograniczenie słabości kapitałowej polskich podmiotów mogłoby jednocześnie ułatwić budowę bardziej partnerskich relacji z Niemcami.
Niemcy z kolei mogłyby sięgnąć do doświadczeń z okresu odbudowy gospodarki po 1945 r., kiedy w warunkach silnej konkurencji wewnętrznej stworzyły jedną z najbardziej dynamicznych gospodarek świata. Konkurencję napędzały setki nowych firm zakładanych między innymi przez wysiedleńców, którym, dzięki polityce uwłaszczeniowej i programom kredytowym KfW, umożliwiono wejście na drogę przedsiębiorczości. Ich integracja następowała poprzez wspieranie aktywności gospodarczej, a nie transfery socjalne, jak miało to miejsce później w przypadku byłej NRD. Ta intensywna konkurencja wymuszała wysoką jakość produktów, które następnie wyznaczały światowe standardy.
Mając to doświadczenie, Niemcy nie powinny obawiać się konkurencji z Europy Środkowej czy z Polski. Gospodarki nie słabną dlatego, że pojawiają się nowi konkurenci. Wręcz przeciwnie, niemiecka gospodarka utraciła część swojego dynamizmu właśnie wskutek ograniczenia konkurencji. Silniejsza ekonomicznie Europa Środkowa może pomóc Niemcom odzyskać technologiczną energię.
Po 35 latach można stwierdzić, że wyzwaniem w relacjach polsko-niemieckich nie była i nie jest asymetria potencjałów. Problemem okazał się model myślenia, który — niezamierzenie — utrwalał strukturalne nierówności między partnerami. Koszty tego podejścia są dziś widoczne w słabnącej dynamice gospodarki niemieckiej, ale także innych gospodarek Europy Zachodniej.
Czytaj także
Zeitenwende – pobożne życzenie czy nowa rzeczywistość
Kanclerzowi Niemiec niewątpliwie udało się wprowadzenie do międzynarodowej komunikacji pojęcia Zeitenwende, które stało się słowem kluczem dla określenia początku nowej ery w niemieckiej polityce bezpieczeństwa rozpoczętej wraz z rosyjską agresją na Ukrainę.













Komentarze (0)