konserwatywne-i-chrzescijanskie-zrodla-nowozytnej-mysli-ekologicznej|eseje delibeRatio - Konserwatywne i chrześcijańskie źródła nowożytnej myśli ekologicznej

Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wesprzyj

Konserwatywne i chrześcijańskie źródła nowożytnej myśli ekologicznej

2024-01-02
Czas czytania 8 min
Kiedy w II wieku po Chrystusie św. Justyn Filozof dyskutował z mędrcami pogańskimi, słyszał od nich: pokaż mi swoje pisma, a my powiemy ci, kim jesteś. To samo żądanie moglibyśmy zaadresować do współczesnych ekologów i działaczy na rzecz ochrony przyrody: pokażcie nam swoje pisma, a powiemy wam, skąd wywodzi się wasza myśl.

W powszechnej świadomości problematyka ekologiczna uchodzi obecnie za swoisty protektorat ideowy lewicy. Gdybyśmy jednak poprosili dzisiejszych aktywistów Partii Zielonych lub sympatyków Greenpeace o wskazanie tekstów postulujących ochronę środowiska, które pochodziłyby sprzed lat sześćdziesiątych XX wieku i były napisane przez autorów lewicowych, to mieliby z tym olbrzymi problem.

Pochwała stworzenia

Nowoczesna świadomość ekologiczna narodziła się pod koniec XIX stulecia w środowiskach konserwatywnych krytycznych wobec manchesterskiego modelu kapitalizmu. Była reakcją na gwałtowne uprzemysłowienie nie liczące się z degradacją środowiska naturalnego. Dla ówczesnej lewicy nie stanowiło to żadnego problemu – wręcz przeciwnie: forsowna industrializacja oznaczała bowiem wzrost liczby proletariatu, a więc przybliżała zwycięstwo świetlanego ustroju przyszłości. Nie było nic bliższego sercu socjalisty niż pejzaż pełen dymiących kominów. Widać to było zresztą najwyraźniej w Związku Sowieckim, gdzie tamtejsze władze, rozwijając przemysł ciężki, dokonały zniszczeń w przyrodzie na ogromną skalę (to zresztą symptomatyczne, że największymi trucicielami środowiska naturalnego w historii ludzkości były kraje komunistyczne – niegdyś ZSRS, a po jego upadku Chińska Republika Ludowa). Jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku francuska intelektualistka Simone de Beauvoir pisała, że prawica od lewicy różni się tym, że ta pierwsza wierzy w powrót do natury, a druga w produkcję i przemysł.

Pierwsi nowożytni ekolodzy odwoływali się do chrześcijaństwa. Przypominali stosunek, jaki miały do przyrody tak wybitne postaci w dziejach Kościoła, jak np. św. Franciszek z Asyżu – autor pieśni będących pochwałą stworzenia, św. Marcin de Porres – założyciel pierwszego na świecie schroniska dla bezdomnych zwierząt czy św. Hildegrada z Bingen, która nieustannie podkreślała szacunek, jaki powinniśmy mieć do natury jako daru Boga. Akta Bolandystów wymieniają imiona około 30 świętych szczególnie uwrażliwionych na los naszych „braci mniejszych”. Wskazywano również na średniowieczny klasztor benedyktyński jako przykład zrównoważonego rozwoju przyjaznego dla środowiska. Pod koniec XX wieku na łamach pisma polskich ekologów „Zielone Brygady” można było przeczytać, że „kłopoty ze stanem środowiska naturalnego zaczęły się dokładnie wtedy, kiedy Kościół stracił rząd dusz, a korporacjonizm został zastąpiony wolnym rynkiem, czyli ok. 200 lat temu”.

Olaf Swolkień, jeden z pionierów alterglobalizmu w Polsce, odpowiedzialnością za kryzys ekologiczny obarczał głównie ideologię liberalną, która w swej pochwale pogoni za nieograniczonym zyskiem nie liczyła się zupełnie ze środowiskiem naturalnym. Jako alternatywę przedstawiał konserwatyzm, którego składnikami są – według niego – „nieuleganie doktrynom, nieuświęcanie wyrwanych z kontekstu fragmentów rzeczywistości, ujmowanie świata i człowieka jako całości, równowaga pomiędzy rozumem a uczuciami oraz pierwszeństwo tego, co naturalne, nad tym, co wydumane.”

„Conservare” znaczy zachowywać

To nie przypadek, że założycielem pierwszego na świecie parku narodowego, był polityk konserwatywny. W 1872 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Ulysses Grant, wywodzący się z Partii Republikańskiej, powołał do życia park w Yellowstone. Uzasadniając swoją decyzję, odwoływał się do wrażliwości, terminologii, świadomości konserwatywnej.

Dbałość o przyrodę jest bowiem ze swej istoty konserwatywna, dlatego że słowo „conservare” znaczy po łacinie „zachowywać”, zaś sensem działalności proekologicznej jest właśnie zachowywanie środowiska naturalnego. Sam termin „ekologia” pochodzi z kolei od greckiego wyrażenia „oikos logos”, czyli dosłownie „nauka o domu”, choć lepiej można byłoby przetłumaczyć ten termin jako troskę o wspólny dom. Taka postawa mieści się całkowicie w światopoglądzie konserwatywnym.

To symptomatyczne, że najwięcej parków narodowych i rezerwatów przyrody w Ameryce stworzył inny republikański prezydent Theodore Roosevelt, który pełnił swój urząd w latach 1901-1909. Często przeforsowywał on swe plany wbrew woli Kongresu. Zachowało się bardzo wiele jego przemówień, w których mówił, iż obowiązkiem obywateli Stanów Zjednoczonych jest konserwowanie, czyli ochrona przyrody dla przyszłych pokoleń Amerykanów. Niszczenie zasobów naturalnych uznawał za okradanie kolejnych generacji, które przyjdą po nas. Mówił: „Dobry rolnik to taki, który pozostawia ziemię swoim dzieciom w lepszym stanie niż ją przejął. Wierzę, że to samo odnosi się do nas jako narodu”.

Jako ciekawostkę można dodać fakt, że najbardziej proekologicznym prezydentem Stanów Zjednoczonych w XX wieku był republikanin Richard Nixon, który stworzył Agencję Ochrony Środowiska oraz wprowadził największy pakiet ustaw na rzecz ochrony środowiska naturalnego w historii USA. Analogiczną rolę w Wielkiej Brytanii odegrała premier Margaret Thatcher, która przeforsowała kompleksowe prawo ekologiczne, w tym m. in. ustawy antysmogowe. Gdy po latach analizujemy jej słynną mowę z Brighton z 1988 roku, to zdajemy sobie sprawę, że był to także wielki manifest ekologiczny. Brytyjska premier mówiła wówczas, że konserwatyści są nie tylko przyjaciółmi Ziemi, lecz także jej strażnikami. Nie jesteśmy właścicielami Ziemi. Nie dostaliśmy jej na własność. Dzierżawimy ją, i musimy przekazać następnym pokoleniom.


Wsłuchani w głos przyrody

Podobna sytuacja jak w USA panowała także w innych krajach, m.in. w Polsce. Kiedy w 1918 roku Rzeczpospolita odzyskała niepodległość, twórcami pierwszych polskich parków narodowych oraz założycielami i liderami Ligii Ochrony Przyrody byli głównie działacze prawicowi, najczęściej wywodzący się z narodowej demokracji lub środowisk konserwatywnych. Szczególną rolę odgrywał wśród nich Jan Gwalbert Pawlikowski. Był on autorem pierwszego polskiego manifestu ochrony przyrody zatytułowanego „Kultura a natura” i opublikowanego już w roku 1913 roku, a więc w czasach, kiedy Polacy nie odzyskali jeszcze wolności. Rok wcześniej powstała pierwsza polska organizacja ekologiczna – Sekcja Ochrony Przyrody działająca w ramach Towarzystwa Tatrzańskiego, założona z inicjatywy wspomnianego już Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Jego dziełem był też swoisty „dekalog ekoetyki”, będący podstawą etyki ekologicznej, głoszącej „apostolstwo idei ochrony przyrody”, a także pierwsza polska ustawa o ochronie przyrody z 1934 roku.

W okresie międzywojennym w Polsce ekologia była domeną środowisk narodowych, a jedną z najważniejszych postaci tego ruchu był Stanisław Piasecki – redaktor naczelny najbardziej wpływowego wówczas prawicowego tygodnika literackiego „Prosto z Mostu”. Już w tamtych czasach postulował on konieczność przejścia do energii słonecznej oraz ekologicznego rolnictwa. Historyk Jarosław Tomasiewicz, opisując ten fenomen „eko-endecji”, zauważał, że „proekologiczne nastawienie było logicznym dopełnieniem prawicowego światopoglądu”. W tym kontekście wymieniał on takie prace polityków narodowych, jak m.in. „Zagadnienia rządu” Romana Dmowskiego, „Gospodarkę narodową” Adama Doboszyńskiego czy „Prawo to twórczości” wspomnianego już Stanisława Piaseckiego. 

Podobne idee w I połowie XX wieku propagowali w literaturze pisarze, którym bliski był program prawicy. Znacznie częściej niż twórcy sympatyzujący z lewicą wsłuchali się oni w głos przyrody. Do tego grona zaliczyć można laureata Nagrody Nobla z 1924 roku Władysława St. Reymonta – sympatyka endecji i przyjaciela Romana Dmowskiego. By się o tym przekonać, wystarczy porównać jego opis miasta w „Ziemi Obiecanej” oraz wsi w „Chłopach”. Jako „patriota pejzażu” określał się też inny wybitny pisarz – Józef Mackiewicz, zdeklarowany konserwatysta i nieprzejednany antykomunista. Analogiczne tendencje panowały zresztą w całej literaturze europejskiej, by wymienić tylko takie postaci, jak np. Grazia Deledda (włoska noblistka z 1926 roku) czy Gilbert Keith Chesterton (twórca tzw. ruralizmu, czyli ruchu głoszącego odejście od wielkomiejskiego trybu życia i powrót na wieś).

Chrześcijaństwo na ławie oskarżonych

Chociaż korzenie współczesnej myśli o ochronie przyrody są zdecydowanie konserwatywne, to jednak w II połowie XX wieku, a zwłaszcza po 1968 roku nastąpiło przejęcie tej problematyki (a z czasem jej zmonopolizowanie) przez formacje o światopoglądzie lewicowym. Temu procesowi towarzyszyć zaczęło coraz częstsze obarczanie chrześcijaństwa odpowiedzialnością za obecną dewastację środowiska naturalnego. Z całej powodzi tekstów krytycznych na ten temat warto odnotować esej Lynna White’a juniora pt. „Historyczne korzenie kryzysu ekologicznego”. Opublikowany w 1967 roku stał się swego rodzaju manifestem ekologów krytycznie nastawionych do chrześcijaństwa, takich jak m.in. Kade, Lidke, Megivern, Wolf czy Altner. Warto odnieść się pokrótce do postawionych tam zarzutów.

Zdaniem White’a źródeł współczesnego niszczenia przyrody należy szukać w zwycięstwie religii chrześcijańskiej nad wierzeniami pogańskimi. Człowiek przestał być wówczas traktowany jako część Natury, a zaczął postrzegać siebie jako byt od niej odrębny, mało tego – jako ktoś stworzony do panowania nad nią. Natura została więc uprzedmiotowiona, a następnie – potraktowana wrogo – stała się ofiarą bezlitosnej eksploatacji. Wszystko to, według White’a, zgodne było z nakazem skierowanym przez Boga w raju do pierwszych rodziców: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1, 28-30). Niektórzy krytycy Kościoła upatrują w tym przykazaniu źródeł nie tylko klęski ekologicznej, lecz również demograficznej (płodzenie, rozmnażanie się i zaludnianie ziemi).

Nakaz ten został powtórzony, a nawet rozszerzony po Potopie. Przedtem Bóg pozwalał ludziom na jedzenie tylko pokarmów roślinnych, potem natomiast zniósł tabu żywnościowe i dopuścił spożywanie pokarmów mięsnych. Powiedział Noemu i jego synom: „Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszystkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystko, co się porusza na ziemi i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9, 1-3). Zdaniem wspomnianych już krytyków, dopóki powyższa dyrektywa respektowana była jedynie przez mały naród na Bliskim Wschodzie, nie miała większych konsekwencji dla środowiska naturalnego; dopiero gdy stała się podstawą dominującej na kuli ziemskiej cywilizacji, okazała się śmiertelnym zagrożeniem dla przyrody w skali całego globu.

Aby zapobiec katastrofie ekologicznej, należy więc – według White’a – walczyć nie z jej skutkami, lecz z przyczynami. Te zaś zapisane są już w pierwszym rozdziale Biblii. Jak pisze w swej „Historii ekologii” Jean-Paul Deleage: „Zdaniem White’a nasz kryzys ekologiczny zakończy się dopiero w dniu, gdy wyrzekniemy się postulatu religii monoteistycznych, zgodnie z którym jedyną racją istnienia przyrody jest służyć człowiekowi”.

Misja ogrodnika

Wspomniana argumentacja opiera się jednak na bardzo powierzchownej znajomości chrześcijaństwa (a także judaizmu, ponieważ Księga Rodzaju wspólna jest dla obu tych religii). Ich wyznawcy reprezentują punkt widzenia, który trafnie ujął były wiceminister ochrony środowiska w Polsce Sławomir Mazurek: „Skoro Biblia jest słowem ponadczasowym, to znaczy, że owo użytkowanie ziemi, o którym mówi Księga Rodzaju, musi trwać w czasie, a więc dotyczyć wielu pokoleń. To zakłada troskę o zachowanie przyrody, a nie zachętę do jej niszczenia. Nieprzypadkowo już na samym początku Pisma pojawia się wizja ogrodu jako miejsca idealnego do życia dla człowieka. Adam i Ewa otrzymują zadanie panowania nad ogrodem, czyli muszą przejąć na siebie obowiązki ogrodnika, a więc kogoś, kto dba o powierzony mu obszar przyrody, by zachować go w jak najlepszym stanie.”

Wybitny filozof katolicki o. Mieczysław Krąpiec zauważał, że w poleceniu z Księgi Rodzaju „chodzi nie tyle o opanowanie ziemi przez człowieka, ile o transcendowanie tego, co jest «ziemskie«, przez człowieka. Nakaz Boga: «czyńcie sobie ziemię poddaną« znaczy tyle, że należy nie poddawać się «ziemi«, ale ją przekraczać, ją transcendować, uczynić to wszystko, co jest «ziemią«, poddanym ludzkiemu duchowi. W tym sensie św. Paweł nawoływał, aby nie służyć sprawom ziemskim, lecz «szukać tego, co jest na górze«.” Jest to zgodne z chrześcijańskim rozumieniem powołania człowieka, który z istoty upadłej, podobnej zwierzętom, ma się przemieniać i upodabniać do Boga. Nakaz z Księgi Rodzaju ma więc charakter moralny, a nie socjotechniczny.

Także pojawiające się w Biblii słowo „panować” należy rozumieć w takim sensie, w jakim zostało ono użyte, czyli religijnym. Panem wszystkiego, co istnieje, jest Bóg, zaś człowiek został stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Zatem panowanie człowieka musi być naśladowaniem panowania Stwórcy. Bóg w chrześcijaństwie nie jest zaś pozbawionym rozumu tyranem, rabunkowym eksploatatorem, niszczycielem i szkodnikiem; wręcz przeciwnie: obdarza swoje stworzenie opieką, wszelkimi łaskami i sensem istnienia. Dlatego też – jak pisze teolog o. Jacek Salij – „człowiek ma jak gdyby pogłębić rozumność i dobroć dzieła Bożego, ma stać się jakby starszym bratem stworzeń niższych od siebie. Jeśli więc wydaje mu się, że panowanie polega na tym, żeby siać wokół siebie spustoszenie i ból, to jest naśladowcą diabła niszczyciela, a nie Boga Dawcy i Opiekuna. Bóg bowiem powołał człowieka do panowania nad stworzeniem, a nie do tyranii”.

Biblia mówi o tym następująco: „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Człowiek zostaje więc strażnikiem ogrodu, ma pełnić funkcję homeostatu, być stabilizatorem w układzie kosmicznym. Siddhaswarupananda Paramahamsa interpretuje ten fragment następująco: „Musimy tutaj pamiętać, że wszystko jest nam dane. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że jesteśmy tutaj tylko przez pewien krótki okres czasu, więc czyż nie poprawniej będzie powiedzieć, że wszystko zostało nam wypożyczone. Bóg nie przekazał nam tego wszystkiego na własność. To jest dalej własność Boga, ale On dał nam to tak, jak ktoś daje komuś coś, aby był za to odpowiedzialny: – Daję ci to, a ty bądź za to odpowiedzialny, zaopiekuj się tym”.


Więź człowieka ze stworzeniem

Zauważmy, że Księga Rodzaju przekazuje nam dwie relacje o stworzeniu świata: w pierwszej (jahwistyczno-elohistycznej) Bóg powołał człowieka do istnienia po wszystkim stworzeniu, w drugiej (kapłańskiej) – pośrodku wszelkiego stworzenia. W pierwszej człowiek jest ukoronowaniem stworzenia, w drugiej – jego centrum. Obie relacje pokazują jednak nierozerwalną więź między człowiekiem a rzeczywistością stworzoną. O tej nierozłączności świadczy choćby fakt, że upadek człowieka, czyli grzech pierworodny, spowodował skażenie całego świata. Powiedział Bóg do Adama: „przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu” (Rdz 3,17).

Mimo grzeszności ludzi, Bóg nie opuszcza swojego stworzenia. Gdy zsyła Potop, nakazuje zabrać Noemu do arki po jednej parze z każdego gatunku zwierząt. To ocalenie jest dobitnym podkreśleniem integralności całego stworzenia. Co prawda po Potopie Bóg łamie tabu żywnościowe i pozwala człowiekowi na jedzenie mięsa, ale w tym samym przymierzu noahickim wypowiada słowa, których – ze względu na uwarunkowania czasu i miejsca – nie mógłby wymyślić żaden żydowski autor: „Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi” (Rdz 9, 9-10). Warto dodać, że Bóg nigdy się z tego przymierza nie wycofał. Kiedy zrezygnował ze zniszczenia Niniwy, powiedział Jonaszowi, że uczynił to nie tylko ze względu na „sto dwadzieścia tysięcy ludzi”, lecz również ze względu na „mnóstwo zwierząt” (Jon 4,11).

Skoro grzech człowieka spowodował skażenie całej natury, to pokonanie grzechu powinno skutkować odnowieniem tejże natury. Dlatego też obietnica przemienienia dotyczy całej rzeczywistości stworzonej. Pisze o tym wprost nawet św. Paweł Apostoł, podejrzewany przez niektórych o uraz do ciała i materii: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności - nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą swoją istotą wzdychamy, oczekując (przybrania za synów) – odkupienia naszego ciała” (Rz 8, 18-23).

Apostoł pisze więc o uczestnictwie w wolności i chwale dzieci Bożych całego stworzenia. O tym, że Chrystus jest zbawicielem nie tylko człowieka, a całego świata, św. Paweł wspomina też wyraźnie w innym liście: „Zechciał bowiem (Bóg), aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą: przez Niego – i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach” (Kol 1, 19-20).


Odkupiciel stworzenia

Refleksję teologiczną na temat Chrystusa jako odkupiciela całego kosmosu pogłębiali już starożytni chrześcijanie, by wymienić tylko męczennika i biskupa Lyonu, św. Ireneusza, zmarłego w 202 roku. Myśl ta szczególnie rozwinęła się jednak w Kościele prawosławnym, gdzie liturgia eucharystyczna Przemienienia Pańskiego traktuje je jako święto przemienienia całego fizycznego wszechświata. Podczas podniesienia kapłan mówi, że ofiara Jezusa dokonała się „kata panta kai dia panta”, co z języka greckiego na polski można przetłumaczyć jako: „według wszystkiego, za wszystko i z powodu wszystkiego”.

Jak pisze prawosławny teolog Nikołaj Arseniew: „Nie tylko sam człowiek doznaje skutków odkupienia i radości zwycięstwa. Z radością z naszego zmartwychwstania związana jest także radość z odkupienia całego świata, z nastania kresu panowania zepsucia, z odkupienia wszelkiego stworzenia i z nadejścia świtu królestwa życia (...) Zmartwychwstanie jest w ten sposób wydarzeniem o kosmicznym znaczeniu. Świat na równi z człowiekiem jest tu przeniknięty promieniami chwały niebieskiej, jakkolwiek na razie w ukrytej postaci, i osiągnął nową, wyższą wartość. Przyjął już bowiem w siebie nasienie nieśmiertelności”.

Podobna myśl nie jest obca również katolikom. W 1870 roku Ojcowie zebrani na Soborze Watykańskim I stwierdzili, że wobec trwania miłości i jej dzieła całe stworzenie, które Bóg uczynił, będzie trwało. Rozwijając ten wątek ks. Jan Grzesica pisze: „Skoro zatem rzeczywistościom ziemskim, a wśród nich naturalnemu środowisku człowieka, przyznana jest jakaś forma trwania wiecznego, jeśli nie stają one w obliczu nieuchronnego unicestwienia, w takim razie ich «ostateczność« wskazuje na ich dużą wartość, a zarazem rzuca pewne światło na kierunek ich dalszego rozwoju i są one zapoczątkowaniem takiego stanu, jaki je czeka w ostatecznym ich przeznaczeniu. Uznanie tej wartości środowiska w świetle jego przeznaczenia wymaga między człowiekiem a środowiskiem kooperacji”.

W swej encyklice Sollicitudo Rei Socialis z 1987 roku Jan Paweł II pisał z kolei, że „panowanie, przykazane przez Stwórcę człowiekowi, nie oznacza władzy absolutnej, nie może być mowy o wolności «używania« lub dowolnego dysponowania rzeczami. Ograniczenie nałożone od początku na człowieka przez samego Stwórcę i wyrażone w sposób symboliczny w zakazie «spożywania owocu drzewa« jasno ukazuje, że w odniesieniu do widzialnej natury jesteśmy poddani nie tylko biologicznym, lecz także moralnym ograniczeniom, których nie można bezkarnie przekraczać”.

Z tego powodu Jan Paweł II uważał, że dewastacja środowiska naturalnego wiąże się z naruszeniem Dekalogu. Tak mówił o tym w 1991 roku podczas swej homilii w Białymstoku: „Przyroda cierpi z powodu człowieka. Dar panowania nad przyrodą powinniśmy wykorzystywać w poczuciu odpowiedzialności, świadomości, że jest to wspólne dobro ludzkości. Tu chodzi także o siódme przykazanie: «Nie kradnij«. Woda, powietrze, ziemia, las, zwierzęta, rośliny zostały stworzone przez Boga i zasługują na szacunek ze strony człowieka”.

Podobnych przykładów chrześcijańskiej refleksji nad naszym stosunkiem do środowiska naturalnego, zarówno w wymiarze duchowym, jak też moralnym i społecznym, można podać znacznie więcej. Pokazują one, że obarczanie religii Chrystusowej odpowiedzialnością za współczesną dewastację przyrody nie ma pokrycia w faktach. Można zauważyć wręcz odwrotne zjawisko: kryzys chrześcijaństwa wewnątrz cywilizacji zachodniej zbiegł się w czasie z katastrofą ekologiczną – i nie jest to koincydencja przypadkowa. Być może więc powrót do ideałów ewangelicznych sprzyjać będzie zachowaniu przyrody dla naszych potomków w stanie lepszym niż odziedziczyliśmy ją po naszych przodkach.

 

Komentarze (0)

Czytaj także

Organizacje pozarządowe a wojna hybrydowa

Dziś większość komentatorów politycznych w Polsce żyje XX-wiecznymi wyobrażeniami wojen, które sprowadzać się mają jedynie do konfliktów zbrojnych, takich jak ten toczony obecnie za naszą wschodnią granicą, na Ukrainie.

Grzegorz Górny

10 min

Literacki Nobel: między literaturą a polityką

Od lat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury wywołują sporo kontrowersji. Wielu krytyków przyznaje, że właściwie mówią one więcej o sympatiach ideowych i politycznych jurorów niż o rzeczywistej klasie pisarskiej laureatów.

Grzegorz Górny

10 min

Ideologowie i rewolucjoniści, czyli świeccy zbawiciele świata

Według klasycznej definicji Arystotelesa, polityka to rozumna troska o dobro wspólne. Pojawia się jednak pytanie, jak rozumiemy części składowe tej definicji: rozum, troskę, wspólnotę, a zwłaszcza dobro. Odpowiedzi na te pytania nie da nam polityka, ponieważ pochodzą one ze sfery przedpolitycznej: filozoficznej, moralnej, a przede wszystkim religijnej. Widać to szczególnie wyraźnie w czasach nowożytnych, gdy zsekularyzowane społeczeństwa odrzucają wiarę w Boga. Znajduje to swe odbicie również w polityce. 

Grzegorz Górny

10 min