Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wspieraj nas
Wesprzyj

Z podsłuchów dowiedzieli, że jestem człowiekiem ponurym, bo słucham muzyki Mozarta, Beethovena. A to wszystko był nasz szyfr… – rozmowa Macieja Mazurka z Piotrem Jeglińskim

    2026-07-17
    Czas czytania 15 min

    Siedziałem przy oknie. Wojtyła usiadł na kaloryferze i miał przy sobie taką wyświechtaną teczkę skórzaną, czarną, bardzo już zniszczoną. Położył ją na podłodze. Rozmawiał z prałatami o bibliotece, o różnych rzeczach i nagle, w pewnym momencie powiedział: „Zostawcie nas w spokoju, muszę porozmawiać z młodym człowiekiem”. Wywołało to pewną konsternację, ale wszyscy wyszli. Gdy zostaliśmy sami, on tym swoim głosem tubalnym mówi: „Nie wykorzystują tutaj ciebie za bardzo? – wspominał Piotr Jegliński w rozmowie z Maciejem Mazurkiem.


    W 2010 roku, po premierze spektaklu telewizyjnego „Operacja Reszka” poznałem Piotra Jeglińskiego, który był głównym bohaterem tego filmu. Poprosiłem go o rozmowę. Zgodził się chętnie. Rozmowa przemieniła się w zapis fascynującej relacji. Piotr Jegliński to wydawca, publicysta, działacz opozycji demokratycznej w PRL.  W latach 1970–1974 studiował na KUL w Lublinie. W 1974 wyjechał na stypendium do Paryża, gdzie w 1978 roku założył wydawnictwo Editions Spotkania, które drukowało książki zakazane w tym czasie w PRL. Współtworzył również siatkę kurierską, która przemycała zakazane publikacje. Jednym z sukcesów stworzonej przez niego siatki było przemycenie do Polski w 1976 powielacza spirytusowego. Piotr Jegliński miał zostać zlikwidowany w ramach nieudanej akcji MSW o kryptonimie „Reszka”, która skończyła się kompromitacją komunistycznych polskich służb. Naczelna Prokuratura Wojskowa postawiła mu wtedy również zarzut szpiegostwa, który został wycofany dopiero w 2000 roku, czyli 10 lat po odzyskaniu niepodległości! Wydarzenia te przedstawia właśnie wspomniany spektakl telewizyjny pt. Operacja Reszka. Rozmowa, w której Piotr Jegliński mówi o motywach swoich działań, przeleżała w moim archiwum. Ponieważ będzie z pewnością pożyteczna dla historyków, a także tych, którzy interesują się najnowszą historią, postanowiłem po uzyskaniu telefonicznej zgody, ją opublikować. Nota bene, to co, nas obecnie otacza, jest próbą recydywy jakiegoś PRL-bis, na co wskazał w rozmowie telefonicznej Piotr Jegliński.         


    Maciej Mazurek: W latach siedemdziesiątych, będąc studentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, rozpoczął Pan działalność opozycyjną. Taką działalność podejmowali wówczas nieliczni. Co Pana skłoniło do tego wyboru, wyboru, który mógł przecież zaprowadzić Pana do więzienia, mógł Pan stracić życie. Ta decyzja z lat studenckich określiła całe późniejsze Pana życie… 

    Piotr Jegliński: Czy to był wybór? Raczej coś oczywistego.  Wynikało to z wychowania i atmosfery domu rodzinnego. Wychowałem się w rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych. Jestem piątym czy szóstym potomkiem rodziny zaangażowanym w walkę o niepodległość Polski. Moi rodzice walczyli w Powstaniu Warszawskim, dziadkowie walczyli o niepodległość II Rzeczypospolitej, pradziadkowie byli w Powstaniu Styczniowym.  Wywieziono ich na Syberię. Przodkowie moi walczyli w Powstaniu Listopadowym i Kościuszkowskim. Od wczesnych lat młodzieńczych słuchałem o historii, słuchałem w domu rodzinnym opowieści ludzi, którzy albo wychodzili z więzień, albo przychodzili do nas i mówili o sytuacji w kraju. I pamiętam, że zastanawiano się nad tym, jak długo będziemy pod sowieckim jarzmem. Pamiętam jedną taką rozmowę, gdy komentowano słowa Chruszczowa, gdy trwała rywalizacja radziecko – amerykańska w Kosmosie. Powiedział on, że za pięć lat radziecki człowiek wyląduje na księżycu, to będzie oznaczać, że ZSRR przegoni Amerykę. To była oczywiście abstrakcja i nikt u mnie w domu w to nie wierzył. Pamiętam, że wtedy ktoś w domu powiedział: „ale do 2000 roku to oni się rozsypią”. Ten rok 2000 stał odtąd się dla mnie magiczną datą. Mając za plecami takie dziedzictwo - zobowiązanie, chciałem być podobny do tych, co walczyli. Marzyłem, aby tak mama, która była zasłużona podczas Powstania, żeby coś dla kraju zrobić. Myślałem o tym na sposób dziecięcy. Pamiętam, że w szkole podstawowej, wychodziłem wcześniej do szkoły, co było wielkim poświęceniem, bo byłem strasznym śpiochem, wycinałem korony z papieru i gdy nikt nie widział, doklejałem orłom korony.  

    Potem dokonałem świadomego wyboru, to znaczy poszedłem na KUL, na historię. To była jedyna uczelnia niemarksistowska, jedyna niekomunistyczna uczelnia od rzeki Elby do Władywostoku. Na I roku studiów spotkałem Bogdana Borusewicza i Janusza Krupskiego. Bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się. A ponieważ łączyły nas te same pasje i studiowaliśmy historię, byliśmy dosyć rozdyskutowani, dyskutowaliśmy o historii i przyszłości, czuliśmy ogromną potrzebę, żeby docierać do książek, do źródeł historycznych, słuchaliśmy Wolnej Europy. Praktycznie od dzieciństwa słuchałem Radia Wolnej Europy. Ojciec zrobił specjalną antenę, aby lepiej odbierać tę audycje. Radio Wolna Europa była naszą odtrutką. Słuchano Wolnej Europy na Uniwersytecie. Miałem radio marki „Sokół”, zrobiłem u tzw. prywaciarza jak się wówczas nazywało prywatną inicjatywę gospodarczą, taki przełącznik, że można było nagrywać audycje na magnetofon. Nagrywałem niektóre audycje i próbowałem robić takie drobne biuletyny. Szybko to zarzuciliśmy, bo trudno było redagować biuletyny z powodu zagłuszania tego radia. Kiedy zaczęło działać bardziej aktywnie Koło Młodych Historyków na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Janusz Krupski został wybrany prezesem, ja zaś wiceprezesem, nawiązaliśmy kontakty z Wydziałem Historii Uniwersytetu w Lille. Znałem francuski, poprosiłem więc ich o jakieś książki. Dostałem między innymi książkę, autorstwa prof. Janusza Kazimierza Zawodnego, „Katyń - Masarce dans la fôret” „Katyń - zbrodnia w lesie”. I tę książkę chciałem rozpowszechnić metodą fotograficzną. Żeby zarobić na potrzebny do tego sprzęt wyjechałem do Niemieckiej Republiki Demokratycznej do DDRu jak się wówczas mówiło. Wraz ze studentami Wydziału Rolniczego SGGW byłem na tzw. praktykach rolnych. Polegało to na tym, że zbieraliśmy owoce w kołchozie, który zaopatrywał Drezno w owoce. I tak któregoś dnia zobaczyłem na dworcu pociąg, z tabliczką w języku rosyjskim „Paryż – Lipsk – Drezno – Warszawa – Moskwa”.

    To obudziło moją wyobraźnię. Zacząłem przychodzić regularnie na dworzec i obserwować ten pociąg. Na początku myślałem, że jest on zaplombowany, że tam nie można wejść. Pociąg dosyć długo stał na stacji. Zacząłem wchodzić do środka i oglądać go od wewnątrz. Interesowałem się nim pod kątem możliwości przemycenia czegoś. Nie wiedziałem jeszcze konkretnie czego. Pytałem się ludzi jak jest na granicy. Większość szmuglowała jakieś towary i ci ludzie bardzo chętnie dzielili się ze mną wiedzą, czy była trudna kontrola na granicy czy nie. Któregoś razu wracając z tych praktyk do Polski wsiadłem do wagonów podłączonych w „Dedeerze”. Całą drogę obserwowałem, co się dzieje, jakie są zwyczaje służby celnej.

     

    /// Będąc studentem miałem stypendium prywatne, jak się dowiedziałem później na emigracji, było to stypendium rozdzielone z pensji kardynała Karola Wojtyły. Korzystałem z niego przez parę lat. ///

     

    Na tych praktykach zarobiłem trochę pieniędzy. NRD-owcy wystawiali nam specjalne zaświadczenia, które pozwalały przewieźć towary bez cła. I za te pieniądze kupiłem sprzęt fotograficzny. Aparat Practica z obiektywami do powiększania obrazów, do robienia zdjęć dokumentów, statywy, wywoływacze, powiększalnik. Na tym sprzęcie wykonałem razem z Bogdanem Borusewiczem, który był ode mnie bardziej doświadczony, ponieważ kończył liceum sztuk plastycznych i znał się na fotografii, książki, które miały po piętnaście stron.  


    Zapisałem się na kursy z historii sztuki, specjalnie po to, żeby nauczyć się fotografii. Wykonywaliśmy odbitkę najpierw na kliszach, a potem „drukowaliśmy”. Każdy czytelnik musiał przynieść albo papier fotograficzny albo pieniądze abyśmy mogli kupić taki papier.  „Książki” te były dystrybuowane na KUL-u w bardzo dziwnych okolicznościach. Trudno sobie wyobrazić atmosferę jaka panowała na Uniwersytecie. KUL był miejscem szalenie inwigilowanym. Była to jedyna uczelnia niemarksistowska w Bloku Wschodnim. Lata 1971- 1972 były lata bardzo trudne, zakończył się proces „Ruchu”. Część członków „Ruchu” była związana z KUL-em, między innymi rodzina Czumów. Będąc studentem miałem stypendium prywatne, jak się dowiedziałem później na emigracji, było to stypendium rozdzielone z pensji kardynała Karola Wojtyły. Korzystałem z niego przez parę lat. Byłem bibliotekarzem w zakładzie socjologii i tam były aresztowania. Aresztowano dwie osoby, ówczesnego docenta Czumę, jednego z pięciu braci Czumów, aresztowano jezuitę Huberta Czumę, który był duszpasterzem akademickim. Wiało grozą. Za posiadanie książki zakazanej można było dostać 4 lata więzienia. Nasz kolega, kiedy znaleziono u niego książkę o Armii gen Andresa dostał 4 lata więzienia, z czego 2 lata odsiedział. Był młodym człowiekiem, miał wówczas 19 lat. Konspiracja była niezbędna, mimo, że mieliśmy do siebie duże zaufanie. Bardzo często, gdy robiliśmy jakieś akcje, ja z Bogdanem, albo on z Januszem, to nie pytaliśmy się czego one dotyczyły. Wiedzieliśmy, że to nie jest już zabawa. 

    A to o czym Pan mówi, działo się w epoce tzw. gierkowskiego humanizmu socjalistycznego?

    Niektórzy wspominają te czasy jako złotą epokę. A nie była to złota epoka. Bezpieka działała wtedy szczególnie brutalnie. Nieprawdą jest, że był jakiś liberalizm. Dotyczył on może jedynie sfery obyczajowej. Wtedy też podjęliśmy większą akcję storpedowania powstania Związku Studentów Polskich na KUL-u. W tamtych latach władze postanowiły zmienić ZSP na Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Prowadzano szerokie akcje agitacyjne na KUL-u, oferując studentom, w zamian za akces, możliwości wyjazdu do Krajów Demokracji Ludowej na wakacje czy na praktyki na bardzo korzystnych warunkach finansowych, wyjazdy organizowane przez tzw. studenckie biura turystyczne, czy jakieś inne organizacje. Oferowano też przydziały dewiz kupowanych po kursie preferencyjnym. Udało się to storpedować. Brali w tym udział Janusz Krupski Bogdan Borusewicz i jeszcze inni koledzy. Będąc w Warszawie wślizgnąłem się bocznym wejściem na zjazd ZSP do filharmonii i wykradłem poufne biuletyny, które były do użytku wewnętrznego. Z przerażeniem zobaczyłem, że jeden ze studentów, student Malarecki, przewodniczący ówczesnej organizacji ZSP, deklarował się za socjalizmem i twierdził, że młodzież Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego jest głęboko zaangażowana w budowę socjalizmu. Po Malareckim, głos zabrał towarzysz Szlachcic, który ironicznie stwierdził, że nie wiedział dotąd o tym, że młodzież Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego jest także patriotyczna młodzieżą. To później zniknęło z oficjalnych sprawozdań.  W końcu mnie z tego budynku wyrzucono, bo nie miałem legitymacji. Jeszcze tego samego wieczora, odbyło się na KUL-u zebranie studentów. Atmosfera była bardzo burzliwa. Ujawniliśmy wtedy tę sprawę przed wszystkimi studentami. W nocy nieznani sprawcy włamali się do pomieszczeń SZSP dokonali drobnych podpaleń. Rektor KUL-u pod wpływem nacisku władzy przekazał jeden z baraków na Uniwersytecie, nowo tworzącej się organizacji SZSP. Władze szantażowały Uniwersytet, że jeżeli nie dojdzie do powstania SZSP na KUL-u to będą represje. Uniwersytet, kiedy myśmy przychodziliśmy na początku lat siedemdziesiątych był na pograniczu likwidacji. Gdyby nie zmiany w grudniu, to prawdopodobnie doprowadzono by do jego zamknięcia. Nie pozwolono remontować stropów, ścian i tak dalej. Zamierzano Uniwersytet zamknąć i ograniczano liczbę przyjmowanych studentów. Ktoś rozwiesił nazwiska tych rozłamowców, jak ich nazywaliśmy, którzy zapisali się do SZSP. Kto to zrobił? Nie wiadomo. To było 10% studentów. Podjęliśmy decyzję, aby wysłać delegację do Prymasa Wyszyńskiego. Nie byłem w tej delegacji, bo planowałem wyjazd na Zachód, aby nawiązać kontakt z emigracją. Baliśmy się, że jak się zdekonspiruje, nie będzie to możliwe.

     

    /// Zanim wyjechałem, w Warszawie dotarłem do niebywałych zbiorów książek drukowanych na Zachodzie, skonfiskowanych przez władze PRL-u. Ta „biblioteka” mieściła się w dawnym szpitalu maltańskim, naprzeciwko ambasady amerykańskiej. ///


    Dlaczego wybór padł na Pana, daczego to Pan miał jechać na Zachód zdobyć pieniądze?

    To nie był żaden wybór. Znałem francuski, trochę angielski. Miałem dalszą rodzinę na Zachodzie. Moja mama pracowała w Muzeum Teatralnym, robiła jakąś wystawę teatralną w Niemczech w Monachium i nawiązała kontakt z moim kuzynem. Był nim Paweł Zaremba, zastępca Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Był to znakomity historyk. Mama nawiązała wówczas pierwszy raz od czasów wojny kontakt kuzynami. I przywiozła parę biuletynów Radia Wolna Europa. Proszę sobie wyobrazić, jakie to zrobiło wrażenie, gdy przyszedłem i przyniosłem te miesięczniki z Monachium. Namawiałem Janusza Krupskiego żeby pojechał ze mną. Za drugim albo trzecim razem dostałem paszport. Natomiast Bogdan Borusewicz nie mógł marzyć o wyjeździe, ponieważ siedział w więzieniu po wypadkach 1968 roku. Zanim wyjechałem, w Warszawie dotarłem do niebywałych zbiorów książek drukowanych na Zachodzie, skonfiskowanych przez władze PRL-u. Ta „biblioteka” mieściła się w dawnym szpitalu maltańskim, naprzeciwko ambasady amerykańskiej. Mieściła się tam także siedziba ZBOWiD-u. Dotarłem do niej poprzez Akowców zaprzyjaźnionych z moją rodziną. Dotarłem poprzez trzech albo czterech pośredników, których w ogóle nie znałem. Jeden z tych akowców na końcu tego sznurka znał jakiegoś typa spod ciemniej gwiazdy, który miał pieczę nad tymi książkami. Przywożono tam książki skonfiskowane przez cenzurę kolejową albo z jakichś paczek. I ci starsi panowie poinstruowali mnie jak ja mam się zachować. Muszę mieć przy sobie bimber albo wódkę, bo jest to jakiś alkoholik. Tyle wiedziałem. Straszliwie się bałem, gdyż nie wiedziałem kto to jest, wiedziałem tylko że Pan Rysio jakiś. Nie znałem tego wprowadzającego, miałem się powołać na jego imię. Poinstruowano mnie, żebym napił się czegoś, zjadł dużo masła albo napił się oliwy, straszliwie się objadłem się tłustych rzeczy, dostałem mdłości tuż przed wyjściem. W końcu, kiedy tam dotarłem, zorientowałem się, że to był ubek niewątpliwy. Powiedziałem, że jestem od Pana Zdzisia, na co on: no to co. Coś wymamrotał, mówi: siadaj, no to po kielichu? Wyjął z jakiejś szuflady dwie musztardówki, wódę i polał. Z przerażeniem zobaczyłem, że zaczyna się picie. Ja wódki nie pijałem. Poczułem, że w głowie zaczyna mi szumieć. „A masz coś?” zapytał mnie. Wyjąłem z torby jakąś konserwę i butelkę. Przyjął to z uznaniem. Zaczął nalewać. „Wie, Pan” mówię w pewnej chwili, „może bym zobaczył, tu macie ciekawe rzeczy”. „A pełno, patrz tu, zobacz, całe szafy są, wylewa się to.” „Czy mógłbym?” „Pooglądaj se, pooglądaj se.”


    Otwieram jedną szafę, on mi dał jakieś klucze. A tam patrzę książki wydawnictwa Bellona, Zeszyty Historyczne, Kultura. Stosy książek. Rzeczy wtedy niewyobrażalne. Taka ilość wydawnictw bezdebitowych, zgromadzonych w jednym miejscu! Zobaczyłem książkę Oscara Haleckiego „Dzieje Polski Chrześcijańskiej”, którą Gomułka reklamował w 1966 roku mówiąc, że „Oscar Halecki na zamówienie Episkopatu napisał książkę o wkroczeniu chrześcijaństwa do Polski”. Tę książkę wziąłem. Nieśmiało zacząłem pakować do torby, widzę – nie ma żadnej reakcji, ładowałem. Pytam się tego ubeka a czy Pobóg-Malinowski jest. Odpowiada: ty na pewno chcesz trzeci tom. Nie ma, bo tutaj był marszałek Spychalski wypożyczył, długo trzyma. Jeszcze bardziej tego wszystkiego wystraszyłem, bo co będzie, jak ja wyjdę na ulicę, co będzie. I zobaczyłem, że on w jednej szafie ma listę, gdzie byli prominenci, którzy u niego wypożyczali książki. Ale w końcu wziąłem I i II tom Poboga-Malinowskiego i „Inny Świat”. Na chwiejnych nogach wyszedłem na ulicę Piękną bocznym wyjściem i zastanawiałem się, kiedy mnie zdejmą. Czy to nie jest czasem jakaś prowokacja? Oskarżą mnie o kradzież. Ale nikt nie szedł za mną. Natychmiast pojechałem pociągiem do Lublina. Zaprosiłem zaraz na stancje moich kolegów, którym wyszły oczy, jak im pokazałem co przywiozłem. Postanowiłem odwiedzić tego „dżentelmena” ponownie. Ciekawy byłem, czy on zauważy, że nie wszystkie książki oddaję. Zobaczyłem, że on w ogóle tym się nie interesuje, co ja zwracam. Parę razy wypełniałem torbę książkami. Części z ich nie zwracałem.  


    W międzyczasie robiliśmy różne akcje, między innymi ulotkowe. W roku 1973 moja siostra dostała na imieniny od chrzestnego maszynę do pisania. Na tej maszynie fantastycznie wystukałem małą ulotkę. „Katyń – mord sowiecki kwiecień 1940”.  Naprzeciwko KUL-u był taki lasek, który był po przekątnej od Komitetu Wojewódzkiego Partii, nazywano to ten lasek małpim gajem. Rozrzuciłem ulotki. Chcieliśmy podjąć próbę wykradzenia powielacza z SZSP. Jeden z kolegów miał się po sznurze spuścić z balkonu. Doszliśmy do wniosku, że to za duże ryzyko i oni zrobią z tego zwykły proces włamywaczy i bandytów itd. W 1974 roku wyjechałem na Zachód. Wywiozłem ok. 400 klatek filmowych naiwnie pakując je w ser topiony. Gdybym był przeszukiwany, byłoby to bardzo łatwo znalezione. To były fotografie sentencji różnych wyroków, dotyczyło to „Ruchu” i innych procesów politycznych, jakie miały wówczas miejsce. Natychmiast po przyjeździe do Paryża zadzwoniłem do Radia Wolna Europa i pamiętam jak dzień później, wsiadałem do pociąg i jechałem do Monachium.


    /// Mój kuzyn nacisnął guzik i rozpoznałem dobrze mi znany z radia głos: „Kto tam?”. „Piotr i Paweł” - odpowiedział mój kuzyn. Jan Nowak-Jeziorański przyjął nas bardzo gościnnie. ///

     

    Czy wyjeżdżając z Polski wiedział Pan, przeczuwał, że może już nie wrócić?

    Nie. Wyjeżdżałem na stypendium Instytutu Katolickiego i nie wyobrażałem sobie, że mogę zostać na Zachodzie i że ten wyjazd będzie pożegnaniem PRL-u. Kiedy przyjechałem do Monachium, nie poszedłem do budynku Radia Wolna Europa, tylko do kuzynów. Zamieszkałem u nich. Oni bardzo dbali o to, abym się nigdzie nie pokazywał. Wiedzieli, że bezpieka obserwuje. W nocy pojechaliśmy do Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który mieszkał w willi nad Izarą. Sceneria była niesamowita. Mój kuzyn nacisnął guzik i rozpoznałem dobrze mi znany z radia głos: „Kto tam?”. „Piotr i Paweł” - odpowiedział mój kuzyn. Jan Nowak-Jeziorański przyjął nas bardzo gościnnie. Opowiedziałem o sytuacji w Polsce. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Rozmawiałem z kimś, kogo nie znałem, a kto był dla mnie jak bliska osoba.

    Wielu ludzi z opozycji twierdzi, że byłeś pierwszym, który odkrył i zawiadomił Zachód, że Erich Koch jednak żyje i siedzi w więzieniu w Barczewie.

    W 1973 roku, nasz wykładowca, wspaniały człowiek prof. Krzysztof Dąbrowski archeolog, organizował na Mazurach w pobliżu Barczewa wykopaliska. Zapisałem się i pojechałem. Dlaczego pojechałem? Dlatego, że w Barczewie siedzieli więźniowie skazani za „Ruch”, między innymi siedział jeden z braci Czumów. Chciałem dowiedzieć, jaka jest ich sytuacja w więzieniu. Tzw. kopacze, czyli ci, którzy zdzierali ziemie, to były dzieci klawiszy z Barczewa. Zapraszaliśmy tych chłopaków na wódkę, żeby oni nam opowiadali, co się tam dzieje. Mnie interesowało jakie są tam warunki, w jakich warunkach siedzą Czumowie i inni skazani. Jeden z nich zapytał: „Wie Pan, że my mamy tu Kocha”? „Jak to macie Kocha, skoro miał być dawno temu stracony?”. „Nie, on siedzi. On ma nawet dwie cele połączone, ma pielęgniarkę” – powiedział chłopak. Zacząłem podpytywać co tam się dzieje. On mówił, że wyłączyli Kocha ze spacerniaka, bo więźniowie go atakowali. Dostarczali mu NRD-owską prasę, co mu się bardzo nie podobało. Syn jednego z tych klawiszy powiedział, że regularnie przyjeżdżają tam jacyś Rosjanie i prowadzą z nim na rozmowy. Erich Koch był w pewnym momencie jedną z najważniejszych osób w NSDAP. Znał wszystkie tajemnice personalne partii. Prawdopodobnie, przekazywał regularnie coś Rosjanom i w ten sposób przedłużał sobie życie. W „Życiu Warszawy” przeczytałem w latach osiemdziesiątych, gdy byłem na emigracji, że Koch zmarł w Barczewie, popełnił samobójstwo. Będąc w Monachium, udostępniono mi różne archiwalia dotyczące Kocha. Zrobiłem o nim audycje. Użyłem oczywiście pseudonimu. Wywołało to wielką sensację, bo uważano, że Koch został złapany przez Amerykanów, skazany przez trybunał na karę śmierci i przekazany władzom PRL-u.
    Wszyscy myśleli, że dawno nie żyje. To wtedy nawiązałem regularną współpracę z Wolną Europą. 


    /// Pomyślałem o powielaczach. Dlaczego powielacz? Miałem wuja, który 1905 roku działając przeciw Rosjanom w Lublinie, miał właśnie powielacz. Był później w Legionach Piłsudskiego. Pracował na powielaczu hektograficznym, jak się to wówczas nazywano, czyli spirytusowym. ///


    Utrzymywał Pan cały czas kontakt z Polską?  

    Jednym z pierwszych zagadnień po wyjeździe na Zachód było zorganizowanie regularnego dopływu materiałów z Polski. Materiały te różni ludzie z Polski wysyłali mi w przeróżny sposób. Między innymi, to był mój pomysł, używałem do tego pociągów starego typu. Były w nich takie tabliczki z napisami: „Nie wychylać się”, „Spuszczać wodę pedałem w toalecie”, czy jakieś inne. Ludzie wsiadali do międzynarodowego pociągu, jechali trasą Warszawa – Poznań i mocowali za tabliczką kopertę a w niej było np. kilkadziesiąt stron sfilmowanych informacji w sprawie więźniów politycznych. Częściej wykorzystywana była trasa południowa na Drezno, bo w pociągu do Paryża przez Berlin były dwie dodatkowe kontrole. Przekazywałem te materiały Maciejowi Morawskiemu, który był korespondentem Wolnej Europy albo bezpośrednio Janowi Nowakowi - Jeziorańskiemu. Miałem bardzo dobry kontakt z Tadeuszem Brzęczykowskim. Jak pamiętam, od pierwszych chwil pobytu na Zachodzie, chciałem stworzyć silne zaplecze w Polsce. Doszedłem do wniosku, że kolportowanie książek jest jednak ograniczonym działaniem. Zdałem sobie sprawę, że będzie bardzo trudno regularnie wwozić do kraju przy tych kontrolach, jakie wtedy były, duże ilości książek. Pomyślałem o powielaczach. Dlaczego powielacz? Miałem wuja, który 1905 roku działając przeciw Rosjanom w Lublinie, miał właśnie powielacz. Był później w Legionach Piłsudskiego. Pracował na powielaczu hektograficznym, jak się to wówczas nazywano, czyli spirytusowym. Ciągle chodziła mi po głowie myśl, aby taki powielacz do Polski przywieźć. Nie miałem nawet pojęcia jak powielacz wygląda. I kiedyś, dobrze to pamiętam, przechodziłem w Paryżu koło jakiegoś sklepu i zobaczyłem taki dziwny przyrząd, który wydał mi się właśnie powielaczem. Wszedłem do tego sklepu i pytam się co to takiego? A to był taki powielacz dla dzieci w szkołach. Kupiłem ten powielacz. Nie od razu jednak. Musiałem na niego zarobić. Pracowałem we włoskiej pizzerii. W dzień studiowałem, a wieczorami pracowałem. Kiedy kupiłem ten powielacz, napisałem gryps do Janusza Krupskiego.

    Dowiedziałem się od Tadeusza Żenczykowskiego, który już wtedy był na emeryturze i mieszkał w Londynie, że ma do Anglii przyjechać teatr Leszka Mądzika z KUL-u. Wpadliśmy na pomysł, żeby ktoś z tego teatru przywiózł ten powielacz do Lublina. Janusz Krupski zaczął nagabywać różnych ludzi. W końcu zwerbował jakiegoś chłopaka, który zgodził się ten powielacz wsadzić pomiędzy rekwizyty teatralne. Dostałem odpowiedź, że ktoś się do mnie odezwie w Londynie. Z następnego listu miałem dowiedzieć się kto to jest. Tego drugiego listu nie dostałem. Tak to bywało wówczas z tą konspiracją. Powielacz miałem i uczyłem się jak nim drukować, żeby pokazać i zastanawiałem się czy warto jechać do Londynu z Francji, skoro nie wiem, kim jest osoba, która ma odebrać ode mnie powielacz, a zespół teatralny liczył 50-60 osób. Płynąłem do Anglii statkiem, kiedy był akurat był strajk w Dover. Przechodząc przez kontrolę, natychmiast zostałem wyłowiony przez celników. Wyglądałem podejrzanie. W nocy poprzedzającej wyjazd próbowałem ten powielacz uruchomić i zamiast spirytusu wlewałem jakiś rodzaj denaturatu i z tego powodu całe moje ubranie było przesiąknięte dziwnym zapachem, intensywnym smrodem. Anglicy myśleli, że ja szmugluję jakieś narkotyki, czy coś podobnego. Sprowadzono dwa psy, które intensywnie obwąchiwały mnie i mój bagaż. Żadnych narkotyków oczywiście nie znaleźli, ale wyciągnęli z torby to urządzenie i pytają:” Co to jest? „Mówię: powielacz”. No to oni na to, że ja tu to zostawię, a jak będę wracał, to oni mi to oddadzą. Ogarnęło mnie przerażenie i czarna rozpacz. Specjalnie do Anglii jadę z powodu tego powielacza, kupionego ogromnym wysiłkiem, a tutaj oni chcą mi go zabrać. Pamiętam, że poprosiłem o rozmowę z kimś z wyższą szarżą. Przyszedł starszy Anglik po cywilnemu, który mówił zupełnie nieźle po francusku i pyta mnie: „A co ty w ogóle robisz?” Opowiedziałem mu moją historię w skrócie. Wyznałem, że to jest powielacz, że chcemy drukować książki, że w PRL-u, ponieważ   oficjalnie tego robić nie wolno. „No dobrze, jak będziesz wracał, to my to tobie oddamy”. „Czy pan rozumie… - upierałem się - przyjadą koledzy po niego i go wezmą do Polski”. W końcu, po 20 minutach zgodził się, poklepał mnie i życzył powodzenia. „Wierzę ci” – stwierdził. To było coś niesamowitego, że ten obcy człowiek uwierzył mi. Bo gdyby nie uwierzył, to może nasze sprawy potoczyłyby się inaczej. Kiedy dojechałem do Londynu, znalazłem się w budynku, gdzie ten teatr miał próby.  Zacząłem chodzić i głośno na siebie zwracać uwagę. Niektórzy myśleli, że jakiś prowokator ze mnie, uważnie się przyglądali, kto to taki. Niektórzy mnie poznali, ale zachowywali rezerwę. KUL był bardzo małą uczelnią. Dziedziniec był mały, tak, że parę razy dziennie wszyscy musieli się na tym dziedzińcu mijać. Ale w tym zespole dominowała atmosfera strachu. To były czasy, kiedy ludzie się naprawdę bali.

    Po paru godzinach takiego wspólnego przebywania, pamiętam jedli kanapki na obiad, pomyślałem, że teraz jak ktoś jest od Janusza Krupskiego, to mnie rozpozna. Przyczepiłem się do pewnego chłopaka, który wydał mi się, że to jest ten. Dziwnie się zachowywał. Myślałem, że daje mi znaki. Co chwila się do mnie uśmiechał. Gdy poszedł do toalety, ja za nim. Ale chwilę wcześniej zauważyłem, że jakiś inny typ z kolei idzie za mną. Chciałem się go pozbyć. Zamknąłem się w toalecie. Słyszę, że ten gość wchodzi do kabiny obok. W pewnym momencie chrząknął kilka razy. Pomyślałem, że to jakiś zboczeniec. Zastanawiałem się jak uciec, gdy nagle słyszę: „To ja, od Janusza”. Ustaliliśmy, że będę siedział przy zasłonce. To był nowoczesny teatr, gdzie scena była pomieszana z widownią i symboliczną granicą były tylko czarne story. Usiadłem przy tej storze. Jak te światła zgasły, czuję, że ktoś mi w ucho coś szepcze przez tę zasłonę. To mówił ów kolega: „Jak spektakl się skończy, to czekaj na ulicy. Ja wyjdę, tylko żeby nikt nas nie zauważył razem”.
    Wyszedłem przez budynek. Obserwuję ulice. Nikogo nie ma. Byłem przerażony, gdy w pewnym momencie, widzę, że w moim kierunku idzie brytyjski oficer marynarki z trzcinową laseczką w ręku. Pomyślałem, że jak kolega teraz wyjdzie, ten człowiek będzie świadkiem spotkania. W pewnym momencie oficer zaczął się dziwnie zachowywać. Poznałem w nim członka zespołu teatralnego, który był ubrany w mundur oficera marynarki brytyjskiej. 


    /// I tak rozebrany powielacz dotarł do Polski w maju 1976. To był pierwszy powielacz, który zaczął działać w Polsce, jeszcze przed wydarzeniami w Radomiu i Ursusie. ///


    Następnego dnia przywiozłem ten powielacz w częściach. Z moim londyńskim znajomym rozebraliśmy go w ogrodzie. Spociliśmy się okropnie, bo myśleliśmy, że to proste a tu, im bardziej rozbieraliśmy, tych części było coraz więcej. Wszystkie części oznaczaliśmy numerami. I tak rozebrany powielacz dotarł do Polski w maju 1976. To był pierwszy powielacz, który zaczął działać w Polsce, jeszcze przed wydarzeniami w Radomiu i Ursusie. 
    W 1976 roku, komuniści zorganizowali młodzieżową konferencje po helsińską. Zaprosili z Zachodu przedstawicieli młodzieżówek różnych partii, od chadeckich po socjalistyczne. Wpadłem wtedy na taki pomysł. Napisałem ulotkę o prześladowaniach, aresztowaniach, pogwałceniu praw człowieka, dałem przykłady działań bezpieki i tę ulotkę na angielski przetłumaczył Andrzej Stypułkowski, wówczas wydawca, człowiek niebywale zasłużony. a dzisiaj kompletnie zapomniany, syn mecenasa Zbigniewa Stypułkowskiego, jednego ze skazanych w Procesie Szesnastu w Moskwie. Podpisałem, że wydawcą tej ulotki jest Młodzieżowy Komitet na Rzecz Respektowania Traktatu w Helsinkach. Wysłałem to do Polski na kliszy fotograficznej Januszowi Krupskiemu. Metodą fotograficzną na tym powielaczu wydrukowano tę ulotkę. Delegat brytyjskich konserwatystów, George Miller, odczytał tę odezwę z trybuny. Wywołało to ogromny skandal, bo było to takie pierwsze wystąpienie przed władzami PRL-u. Na tej konferencji siedziała cała „wierchuszka” PZPR-u. Wyłączono mikrofony. Delegacje zachodnie zagroziły skandalem. Komuniści musieli zgodzić się na włączenie i odczytanie ponownie tej ulotki. 

     

    /// Z podsłuchów dowiedzieli, że jestem człowiekiem ponurym, bo słucham muzyki Mozarta, Beethovena. A to wszystko był nasz szyfr, bo jak mówiłem, że wysyłam trzy najnowsze płyty von Karajana, to znaczyło, że wysyłam matryce do drukowania. ///


    Uważałem, że ten powielacz nie jest wykorzystany tak jak być powinien wykorzystany. Ponieważ grypsy, którymi się porozumiewaliśmy nie zastąpią kontaktu w cztery oczy, wysłałem wiadomość, że przyjadę do NRD, do Drezna. Spotkałem się z Januszem Krupskim w Galerii Drezdeńskiej. Udawaliśmy turystów. Były między nami pewne różnice zdań. Janusz Krupski uważał, podobnie jak większość działających w kraju ludzi opozycji, że nazywanie tej działalności, będzie na rękę bezpiece, że to będzie powód do ferowania wysokich wyroków. Jeśli działalność będzie anonimowa, to bardzo trudno będzie nas sądzić. Ja natomiast uważałem, że społeczeństwo musi wiedzieć, że powstaje jakiś ruch oporu, że wpisujemy się w polską tradycję druków podziemnych i organizacji podziemnych. Właśnie w Dreźnie podczas tych rozmów powstała Nieocenzurowana Oficyna Wydawnicza. Przywiozłem wówczas powielacz, tzw. Zuzię, tak go nazwaliśmy, na którym wydrukowano pierwszą książkę Oficyny „Folwark zwierzęcy” Orwella. Wkrótce wydrukowano trzy numery” Zapisu”. Co do koncepcji wysyłania powielaczy do kraju, to w tej kwestii spotykałem się z niezrozumieniem a nawet sprzeciwem emigracji. Uważano, że działalność podziemna będzie zagrożeniem dla wieku ludzi, że doprowadzi to do aresztowania najlepszych, że ten najcenniejszy element tkanki narodowej, będzie wyeliminowany i że należy wysyłać tylko książki. Wysyłałem więc powielacze w absolutnej tajemnicy. W takiej konspiracji w konspiracji. Drezno odegrało dużą rolę jako miejsce kontaktu, bo tam parokrotnie, ale nie tylko tam spotykałem się z Januszem Krupskim. To zaowocowało znacznym ożywieniem działalności w 1977 roku. W sumie wysłałem w tym czasie kilkanaście powielaczy. Gdy dzisiaj czytam różnie historie z podziemia, sam się do siebie uśmiecham, gdy ludzie mówią o tych powielaczach, że nie wiedzieli skąd one przyjechały. Pierwszy został przywieziony w akcesoriach teatralnych Teatru Leszka Mądzika, a potem drugi, trzeci i następny przez NRD. Wwiozłem do NRD osobiście kilka. 

    Miał Pan oczywiście świadomość, co by było, gdyby Pana złapała STASI? 

    Los mój byłby raczej marny. Potem, gdy już nie mogłem jeździć do NRD, wysyłaliśmy tzw. ludzi-torpedy, żywe torpedy, jak nazywaliśmy tych turystów. Byli to przeważnie młodzi Francuzi, którym trzeba było opłacić podróż, a środki mieliśmy mizerne.  Pięćdziesiąt procent z tego, co zarobiłem, wysyłałem kolegom, do kraju. Wymyśliłem, żeby nie marnować tych pieniędzy, żeby za część tych pieniędzy, które wysyłałem, oni wysyłali wódkę, alkohol w paczkach. Współpracujący ze mną Rafał Gan-Ganowicz dystrybuował ten alkohol. Zdobyte pieniądze były przeznaczane na opłacenie takich francuskich szalonych turystów, czasami na jakąś część powielacza. Stąd potem bezpieka, która podsłuchiwała te rozmowy o alkoholu, wzięła mnie za kompletnego alkoholika. Z podsłuchów dowiedzieli, że jestem człowiekiem ponurym, bo słucham muzyki Mozarta, Beethovena. A to wszystko był nasz szyfr, bo jak mówiłem, że wysyłam trzy najnowsze płyty von Karajana, to znaczyło, że wysyłam matryce do drukowania. Wysyłałem materiały, które były zamieszczane w numerach „Spotkań”. Pismo „Spotkania” zaczęły się ukazywać od końca 1977 roku.


    /// Bywałem w Rzymie praktycznie raz na miesiąc. Drukowaliśmy w Rzymie nasze rzeczy, mieliśmy taką drukarnię, o której później dowiedzieliśmy się, że jest związana jakoś z Watykanem. Każdą nową książkę wręczałem Papieżowi. ///

     

    „Spotkania” były pismem, w którym pojawiło się wiele tekstów poświęconych historii, tzw. „białym plamom”?

    Tak. „Spotkania” były pierwszym pismem, które poruszało tematykę, którą nikt nie chciał się wówczas zajmować. Myślę o relacjach polsko - ukraińskich. To budziło duży sprzeciw różnych kolegów w Warszawie, że to spowoduje zainteresowanie KGB. Poruszaliśmy problematykę narodów wokół Polski, sytuacji kościoła w ZSSR. Transportowaliśmy książki w języku rosyjskim. Przywoziłem ulotki drukowane w języku rosyjskim do naszych przyjaciół Moskali. „Spotkania” prowadziły więc swoją politykę historyczną. „Spotkania” wydobyły niepamięci sylwetki wielu polskich bohaterów, między innymi rotmistrza Pileckiego. Ta linia historyczna była kontynuowana przez wszystkie te lata, aż do końca lat osiemdziesiątych. Kiedy otrzymałem pierwszy i drugi numer „Spotkań”, zauważyłem, że niektóre mają dobrą jakość druku, inne nieszczególną. Zastanawiałem się, co by tu zrobić. Będąc w Londynie w rozmowie z doświadczonym już wtedy wydawcą Andrzejem Stypułkowskim, usłyszałem od niego: „Wydrukuj to sam”. Ja, człowiek z PRL-u mam być wydawcą? Wydawało mi się to nierealne. Jak to drukować, skoro nie mam instytucji, nie mam niczego? „No to załóż” – radził Stypułkowski. Pierwsze „Spotkania” wydrukowałem w drukarni Polskiej Fundacji Kulturalnej. Pieniądze zebrałem wśród znajomych. Popierał nas jezuicki „Przegląd Powszechny”. Byłem bardzo zaprzyjaźniony ze śp. ojcem Mirewiczem , który zorganizował wśród swoich parafian zbiórkę pieniędzy na pierwsze dwa numery. Pomógł mi także rektor Misji Katolickiej w Londynie ksiądz Zieliński. Druga pozycją, którą wydałem, to były wspomnienia z Kazachstanu księdza Bukowińskiego. Z książką tą związana jest niezwykła historia. Dostałem maszynopis od Pani profesor Rylskiej, bardzo zaprzyjaźnionej z kardynałem Karolem Wojtyłą, z prośbą kardynała, żeby ją wydać. Na tej książce napisałem już „Editions – Spotkania”. Tak powstało wydawnictwo, które na emigracji wydało około setki pozycji książkowych i dziesiątki miniatur.

    W jakich okolicznościach poznał Pan kardynała Wojtyłę, późniejszego Papieża Jana Pawła II?

    Kardynała Wojtyłę poznałem na KUL-u. Kardynał przyjeżdżał na wykłady dosyć rzadko. Ćwiczenia z etyki prowadził ksiądz Tadeusz Styczeń, późniejszy profesor, jego ulubiony uczeń. Socjologii religii uczyła nas urszulanka siostra Zofia Zdybicka, nasz postrach. Była to urocza osoba, ale dla nas studentów mówiła językiem tak górnolotnym, że nieliczni ją rozumieli, a egzaminy u niej, to była katorga. Na wykłady Wojtyły chodziło sto-dwieście osób. Nie było możliwe wówczas bliżej go poznać, raczej przelotnie. Ja miałem szczęście. Któregoś razu, ktoś mi mówi: „Bądź bibliotece wydziału socjologii, bo będzie wizyta”. Jako stypendysta KUL-u, miałem taki obowiązek, żeby dwa razy w tygodniu, zrobić coś pożytecznego dla Uniwersytetu. W bibliotece miałem dyżury. Wypożyczałem książki, katalogowałem itd. Godzinę wcześniej powiedziano mi, że przyjdzie kardynał krakowski, że będzie chciał porozmawiać ze stypendystami. Nie zwróciłem na to uwagi. Siedziałem sam w tej bibliotece, wcześniej wypucowanej, z tym porządkiem w książkach bywało różnie. Nagle słyszę na korytarzu szum. Wpada do biblioteki jakiś prałat z jakimś drugim księdzem i widzę, że taszczą strasznie ozdobny fotel. I za chwilę wpada grupa duchownych i wchodzi kardynał w szarej sutannie. Gdyby nie pas, to bym pomyślał, że to jakiś ksiądz diecezjalny. Przy wejściu sięgnął głowy i schował swoją piuskę.  Na to usłyszałem jęk otoczenia prałatów: „Eminencjo…”, a on na to: „Ależ tu gorąco”. To było w czerwcu. Siedziałem przy oknie. Wojtyła usiadł na kaloryferze i miał przy sobie taką wyświechtaną teczkę skórzaną, czarną, bardzo już zniszczoną. Położył ją na podłodze. Rozmawiał z prałatami o bibliotece, o różnych rzeczach i nagle, w pewnym momencie powiedział: „Zostawcie nas w spokoju, muszę porozmawiać z młodym człowiekiem”. Wywołało to pewną konsternację, ale wszyscy wyszli. Gdy zostaliśmy sami, on tym swoim głosem tubalnym mówi: „Nie wykorzystują tutaj ciebie za bardzo? Mówię: „Eminencjo, nie”. Szczegółowo pytał jakie są nasze problemy. Jak wygląda życie studenckie; czy nie klepiemy biedy. Pamiętam, że ta niezwykła rozmowa, trwała pół godziny. Byłem zaszokowany. Nie skojarzyłem czyje jest stypendium, które dostaje. Mnie powiedziano, że wytypowano mnie do prywatnego stypendium i spytano mnie czy chcę je otrzymać. Któż nie chce otrzymywać stypendium! Zwłaszcza, że mój ojciec zmarł, a w domu się nie przelewało. Byłem strasznie szczęśliwy, że mam to stypendium. Rozmawialiśmy o książkach, moich zainteresowaniach. Wiele lat później, gdy byłem w Rzymie, ktoś mi powiedział, że to stypendium, było stypendium kardynała Wojtyły. Miałem potem możliwość spotykania się z Ojcem Świętym wielokrotnie i to były zawsze wzruszające spotkania.

    Bywałem w Rzymie praktycznie raz na miesiąc. Drukowaliśmy w Rzymie nasze rzeczy, mieliśmy taką drukarnię, o której później dowiedzieliśmy się, że jest związana jakoś z Watykanem. Każdą nową książkę wręczałem Papieżowi. Najbardziej wzruszające spotkanie miało miejsce wtedy, kiedy pod patronatem Papieża odbywało się seminarium p.t.: „Korzenie Chrześcijańskiej Europy”. To było apogeum działalności Solidarności. Sowieci wypuścili nawet kilku radzieckich historyków na to seminarium. W sumie było około 200 naukowców, sporo z Polski i z Europy Wschodniej. Pamiętam, że później była audiencja w Sali Klementyńskiej. Przyjechał Janusz Krupski. Razem poszliśmy na tę audiencję. Przy Papieżu stał w białej sutannie rektor KUL-u, ojciec Krąpiec, „Albert Wielki”, jak go nazywano. Toczył wówczas spory filozoficzno-teologiczne. Mówił: „Wojtyła? Co to za filozofia? Tomizm to jest to, co istotne”. Ojciec Krąpiec wstał, kiedy myśmy podeszli, pochylił się do Ojca Świętego i powiedział: „To są panowie Jegliński i Krupski”. A Papież bez słowa pochylił się i ręką wykonał ruch powielacza. Mam tę chwilę uchwyconą na zdjęciu. Po czym dodał pytaniem retorycznym: „Musicie nadal tak kręcić?”. Byłem zszokowany, ponieważ człowiek, który miał na barkach tak potężne zagadnienia i problemy wiedział o wielu rzeczach. Pamiętam przyszedł do mnie jeden z księży z Polski: „Panie Piotrze, właśnie byłem w Watykanie i Ojciec Święty miał przez Pana wydaną książkę i ją cytował”. Wydałem serię książek wspomnień księży z Rosji: księdza Kuczyńskiego, Bukowińskiego i innych. Jak bywałem w Rzymie starałem się Ojcu Świętemu coś dać. Zaproszony kiedyś na mszę w Ogrodach Watykańskich, to była msza dla pracowników Domu Papieskiego, był ze mną Bohdan Cywiński, wręczyłem Papieżowi książkę Piotra Woźniaka „Zapluty karzeł reakcji”.  Była świeżo wydana, jeszcze „ciepła”, prosto z drukarni w Rzymie. Zawiozłem ją Papieżowi i mówię: Ojcze Święty, ostatnia nowość. Na co Papież oznajmił, że jest już w połowie lektury. Ma Pan konkurencje dodał. Później dowiedziałem się, że drukarz pozostawał w bliskich związkach z Watykanem i Papież rzeczywiście czyta, rzeczy, które drukujemy. Byłem zdumiony. Kiedy on znajdował na to wszystko czas?


    /// Wielokrotnie opowiadał mi Jan Nowak-Jeziorański, jak w latach pięćdziesiątych wysyłano rewelacje Józefa Światły balonami do Polski. Zapamiętałem to. Pomyślałem, że trzeba zrobić akcję balonową. Miejscem akcji była wyspa Bornholm. Przygotowałem ulotkę. Było to 12 stron wydrukowanych na jednym arkusiku niebieskim drukiem z napisem „Solidarność”. ///


    W 1982 roku niesamowity oddźwięk wywołała akcja, którą Pan zorganizował podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Hiszpanii. Na stadionie, kiedy grała reprezentacja Polski, a mecz był transmitowany na żywo, raptem w tym najgorszym czasie stanu wojennego, zobaczyliśmy stumetrowy transparent z napisem „Solidarność”...

    Nie była to jedyna taka akcja. Zrobił ją Andrzej Dembiński. Kiedy wybuchł stan wojenny zostałem współzałożycielem Komitetu Solidarności. Granice były szczelnie zamknięte, panowała powszechna rozpacz, chodziły najbardziej nieprawdopodobne pogłoski. Kiedyś nad bulwarami, nad Sekwaną spotykam Janka Kułakowskiego, wówczas sekretarza Światowej Konfederacji Pracy, którego bardzo dobrze znałem, a który w wieku 15 lat pomagał mojej mamie w czasie Powstania Warszawskiego, był takim jej przybocznym. Razem chodzili kanałami. Był przygnębiony. Pytam, gdzie teraz idzie. Odpowiedział, że właśnie idzie na nabożeństwo za Tadzia. Chodziło o Tadeusza Mazowieckiego, który ponoć zginął w jakimś obozie. Nabożeństwo było odprawione przez kardynała Lustigera w katedrze Notre Dame. 
    Wielokrotnie opowiadał mi Jan Nowak-Jeziorański, jak w latach pięćdziesiątych wysyłano rewelacje Józefa Światły balonami do Polski. Zapamiętałem to. Pomyślałem, że trzeba zrobić akcję balonową. Miejscem akcji była wyspa Bornholm. Przygotowałem ulotkę. Było to 12 stron wydrukowanych na jednym arkusiku niebieskim drukiem z napisem „Solidarność”. Tam była instrukcja jak drukować, jak konspirować i pierwsze odezwy, które docierały do Paryża z różnych komitetów oporu z Polski. Tych balonów wysłaliśmy wtedy w sumie 10 tysięcy. Organizowaliśmy różne manifestacje na ulicach Paryża. Nasz kolega wszedł na Wieżę Eiffla i udało mu się rozwiesić flagę solidarności. Andrzej Dembiński, który wówczas intensywnie ze mną współpracował, pojechał do Hiszpanii i to on zrobił tą akcje z flagą na stadionie. Wiedzieliśmy, że to będzie duże wydarzenie, ale musi być zrobione z zaskoczenia. I udało się. W piątą rocznicę powstania „Solidarności”, zrobiliśmy wielką akcję morską.

    Kiedy władze chełpiły się, że granice są tak szczelne, że się nikt nie przeciśnie, wyczarterowaliśmy jacht w Niemczech. Popłynęło na tę akcje kilku ludzi. Zrobiliśmy parę tysięcy małych pływających paczek z książkami. Ten jacht znalazł się podczas sztormu koło Kołobrzegu. Tam prąd zawija. Część tych pływających książek znajdowana była w Świnoujściu, część popłynęła na Półwysep Helski na Mierzeję Wiślaną. Podobno dopływały też na Litwę. W stan bojowej gotowości postawiona została cała marynarka PRL-u. W międzyczasie rozpuściliśmy informacje, że akcja balonowa z Bornholmu będzie kontynuowana z konkretną datą. Rok później, zupełnie przypadkowo od osoby, która przyjechała na Zachód, dowiedziałem się, że będąc poborowym w marynarce, stał z innymi marynarzami na okrętach między Bornholmem a polskim wybrzeżem w oczekiwaniu na jakieś balony. On nie wiedział, o co chodzi. Jakiś marynarz-majtek zauważył i pyta: „Panie kapitanie, na co my czekamy, skoro wiatr wieje od lądu?”.


    /// Nocami robiliśmy te „konserwy”, bo przecież te konserwy trzeba było robić w najgłębszej tajemnicy. Parę osób wiedziało, co się dzieje w tej willi. Zielony groszek na przykład, gdy się brało to do ręki, to chlupotało w środku. Była to farba drukarska zapakowana jako sos. Waga musiała zgadzać się z opisem. ///

     
    Drugim segmentem działalności obok wydawniczej, była ogromna działalność charytatywna. Wysyłaliśmy mnóstwo paczek dla rodzin uwięzionych. Te paczki były wysyłane anonimowo. Myśmy nie mogli ich podpisywać. Robiliśmy akcje związane z bojkotem wyborów. Wydrukowałem 500 tysięcy naklejek. Były one zapakowane w konserwach jako kapusta z kiełbasą strasburską. Na tej ulotce było wydrukowane: „Zostań w domu – stop. Komuniści głosują za Ciebie”. To był pełny sukces, bo dotarł pełen samochód do Polski tych „konserw”. To były naklejki, które przylepiały się tak mocno do okien, że trzeba było zamalowywać albo tłuc witryny. Ta działalność się rozwijała. Trzeba przypomnieć, że zupełnie niezwykły był odzew społeczeństwa francuskiego. W czasie mityngów podchodzili do nas zwyczajni prywatni ludzie, przemysłowcy różni ludzie, którzy oferowali pomoc, często bardzo konkretną. Szczególnie zapamiętałem pewne spotkanie z kolacją. Najpierw był odczyt o Polsce, organizowała to Partia Republikańska, wstęp był płatny, ludzie płacili duże pieniądze i wszystko szło na działania polityczne w Polsce na popieranie „Solidarności”. Potem była kolacja. I wtedy podszedł do mnie jakiś pan. Okazało, że to jest brat litewskiego arcybiskupa Baczkisa, osoby wysoko wówczas ulokowanej w Watykanie. Ten Baczkis był bardzo dużym przedsiębiorcą.  Zaproponował nam maszyny do konserw. Skrzyknął jakiś francuskich przemysłowców. Wynająłem willę na wyspie na Sekwanie, która wyglądała jak z dziewiętnastowiecznego horroru angielskiego. Wynajęto nam ją za grosze, w ramach pomocy. W tej willi były ogromne piwnice. I nagle któregoś dnia, zaczęły tam przyjeżdżać ciężarówki i przywozić różne rzeczy. Nie wierzyłem własnym oczom. Była tam między innymi maszyna do pakowania konserw, kartony, opakowania. Olbrzymie pieniądze kosztowało to wszystko.  

    Myśmy to dostawali za darmo w ramach odruchów przyjaźni. Tam odtworzyliśmy półprofesjonalną wytwórnię. Mieszkał w tej willi Targalski, Jan Stępek z Iloną, nasi koledzy, którzy byli internowani a którzy później wyjechali do Francji. Mieszkała moja siostra, która od początku była bardzo zaangażowana w „Spotkania”. Nocami robiliśmy te „konserwy”, bo przecież te konserwy trzeba było robić w najgłębszej tajemnicy. Parę osób wiedziało, co się dzieje w tej willi. Zielony groszek na przykład, gdy się brało to do ręki, to chlupotało w środku. Była to farba drukarska zapakowana jako sos. Waga musiała zgadzać się z opisem. Tak szły do Polski dziesiątki tysięcy książek. Wielka akcja dotyczyła „Konspiry”. Wydaliśmy ją po czesku. Ona dotarła do Czech, do Pragi. Dystrybuował ją Pavel Tigrit, czeski odpowiednik Jerzego Giedrojcia, który wydawał najlepsze pismo emigracji czeskiej. Został on potem pierwszym ministrem kultury i sztuki Republiki Czechosłowackiej, po zmianach w 1989 roku. 


    /// Gdy poszedłem do Chiraca, oznajmił, że ma lepszy pomysł. Myślałem, że chce nas wyrzucić poza obręb Paryża. A on mówi: co byście powiedzieli o nogach Wieży Eiffla. Zaniemówiłem. ///


    Spotykał się Pan z wieloma wpływowymi ludźmi w sprawie pomocy dla polskiej opozycji?     


    Oprócz działalności wydawniczej cały czas prowadziliśmy działalność polityczną, aby Zachód nie zapomniał o polskiej sprawie. Bez przerwy jeździłem i spotykałem z wieloma politykami. Poznałem wówczas najwybitniejszych polityków Europy i świata. Dostarczyliśmy nawet te puszki do Białego Domu, do Ronalda Reagana. Zrobiliśmy wielką akcję przed przyjazdem Jaruzelskiego do Rzymu. Socjaliści wynajęli nam salę w Centrum Craxiego. Nie wiedzieli wtedy, że czas wynajmu pokrywa się z datą przyjazdu Jaruzelskiego do Włoch. A później głupio było odmówić. Spotykałem się z premierami Włoch Craxim, Andreottim. Współpracowaliśmy blisko z Communione Liberatione, z ruchem, który bardzo nas wspomagał.  Wiele tłumaczonych polskich tekstów wychodziło wówczas po włosku. Dzisiaj z dużym żalem słucham wypowiedzi moich kolegów z działalności opozycyjnej, działaczy „Solidarności”. Nie mówią oni za wiele o tym gigantycznym wysiłku polskiej emigracji politycznej na Zachodzie. Dzięki temu wsparciu mogli oni działać. Inaczej było by to niemożliwe. Poznałem Margaret Thatcher, Françoisa Mitteranda. Jacquesa Chiraca poznałem, gdy był merem Paryża. Zachował się bardzo przyzwoicie. Dostaliśmy od księdza Blachnickiego kopie filmu „Robotnicy 80”. Postanowiliśmy ten film wyświetlić na wolnym powietrzu w rocznicę porozumień gdańskich. Była to piąta rocznica. Chcieliśmy to zrobić przez budynkiem ambasady polskiej. Przyszło jedynak stanowcze „nie” od władz Paryża. Bliski współpracownik Chiraca powiedział, że odmowa nie ma nic wspólnego z polityką. Mer Chirac przyjechał rano samochodem tam, gdzie miał być pokaz, a tam wcześniej posadzono kwiaty i były ogromne trawniki. Bał się, że tłum je zniszczy. Gdy poszedłem do Chiraca, oznajmił, że ma lepszy pomysł. Myślałem, że chce nas wyrzucić poza obręb Paryża. A on mówi: co byście powiedzieli o nogach Wieży Eiffla. Zaniemówiłem. Francuzi mają bzika na tym punkcie. Żadnych cudzoziemskich manifestacji robionych w tym miejscu. I na prośbę Chiraca, zarząd Wieży wygasił oświetlenie i ten film można było oglądać w Trocadero. Miasto Paryż dostarczyło 5 tysięcy krzeseł. Obecni byli wszyscy działacze związkowi. 

    Ostatnio czytał Pan część swoich akt bezpieki, które trafiły do IPN. Co czuje Pan do tych ludzi, o których wie Pan, że na Pana donosili? 

    W niektórych przypadkach czuje ogromny żal, że ci ludzie tak nisko upadli. To są ludzie zdegenerowani. Nie mam w sobie ducha rewanżu czy odwetu, ale chciałbym, aby opinia publiczna poznała tych ludzi. Uważam, że skoro oni sami po tylu latach nie zdobyli się na akt ekspiacji, no to trudno im przebaczać. Poznanie nazwisk byłoby takim zadośćuczynieniem w stosunku do tych, którzy przeszli przez piekło, mieli ogromne kłopoty przez ich działalność.   

    Czy ktokolwiek z tych, którzy na Pana donosili rozmawiali z Panem, próbowali przepraszać?    

    Nie. Nic takiego nie miało miejsca. Jeden z takich ludzi robi teraz ogromną karierę. Zastanawiam się, co ten człowiek czuje. Czasami go spotykam. Jest wtedy serdeczny, niezwykle wylewny. Ale to szybko się kończy, bo on się panicznie mnie boi, bo on czuje, że ja wiem. Jest mi go szalenie żal w takich kategoriach chrześcijańskich, że on nie zdobył się na akt ekspiacji, że nie stać go na to. A powinien dojść do takiego wniosku. 

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    O „Ludzkości”, „Postępie” i „Demokracji walczącej”   

    Gdzie jest źródło zaciekłości polskich „Europejczyków” w demontażu państwa prawa? Zgoda na to, że środkami państwa policyjnego można przywracać praworządność to przejaw oczywistej nie hipokryzji, co bezczelności.

    Maciej Mazurek

    7 min

    Wybór Karola Nawrockiego to powstrzymanie niemieckiego hegemona!  

    Kosmopolityczny europejski liberalno-lewicowy mainstream zdominowany przez Niemców niszczy ideę państwa narodowego jako fundamentu Europy, Europy ojczyzn.

    Maciej Mazurek

    5 min

    Kulturowe dylematy współczesnej Europy - dyskusja wokół twórczości Bronisława Wildsteina

    Kulturowe dylematy współczesnej Europy - dyskusja wokół twórczości Bronisława Wildsteina

    Zespół redakcyjny

    2 min