legenda-o-eschatologicznym-narkotyzerze-wokol-kongresu-futurologicznego-stanislawa-lema|analizy delibeRatio - Legenda o Eschatologicznym Narkotyzerze. Wokół Kongresu futurologicznego Stanisława Lema

Wspieraj nas

Zostań naszym subskrybentem i czytaj dowolne artykuły do woli

Wesprzyj

Legenda o Eschatologicznym Narkotyzerze. Wokół Kongresu futurologicznego Stanisława Lema

    2023-06-09
    Czas czytania 15 min
     Artykuł zamówiony przez ukraińskie wydawnictwo «Bohdan» (Ukraina, Tarnopol, redaktor naczelny - Bohdan Budny), które od 2016 r. wydało 47 tytułów prac Lema i o nim; w druku. Wydany już po rosyjsku [w tłumaczeniu W. Jaźniewicza (Białoruś)], ale w Izraelu: П. Околовский «Легенда об Эсхатологическом наркотизаторе», “МЛЕЧНЫЙ ПУТЬ, XXI век. Литературно-публицистический журнал”, №2, 2023 (43), c. 218-226.

     

    1. Futurologia

    Kongres futurologiczny Stanisława Lema należy do najatrakcyjniejszych jego dzieł, jest jednocześnie omijany przez krytykę bądź dla niej nieuchwytny. Tak, na przykład, twierdzą niektórzy, że fantastyczno-spiskowa wizja dziejów, odmalowana w Kongresie, o trzy dekady poprzedziła widowiskowy film Wachowskich Matrix – odbierany powszechnie jako ostrzeżenie przed technologicznym totalizmem. Czym jednak konkretnie byłby taki totalizm – nie mówią. Inni piszą, że „Kongres Lema nie ma konkluzji”; jeszcze inni powiadają, że jego pointą jest groźba dobrowolnego pogrążenia się Zachodu w ułudzie i lekomanii (co fałszywe, skoro Lem nie prognozuje śmierci naszej cywilizacji, a niewolniczą w niej pracę; narkomani nie zapewnią przetrwania). Jedynie uznanie tej groteski za karykaturę społecznego ogłupiania przez media nie budzi zastrzeżeń. Czy to wszak wyczerpuje sprawę?

    Warto przypomnieć, że Kongres powstał w roku 1970, w przededniu masakry polskich robotników na Wybrzeżu, będąc też niejako przeczuciem Matrixu epoki Edwarda Gierka – maskowania środkami nie chemicznymi wprawdzie, a propagandowymi, siermiężnej rzeczywistości polskiego socjalizmu wiodącego do katastrofy – zadłużenia Polski na 24 mld $ - na ćwierć wieku, i do stanu wojennego.

    W przypadku Kongresu futurologicznego mamy do czynienia z mocno ugruntowanymi poglądami autora, które znalazły w nim sugestywny wyraz. Mówiąc w stylu Lema: jego dyskursywne teziszcza (solidne tezy, aspirujące do prawdy, a obecne w esejach) przekute tu zostały przez artystę w emocjonujące tezoidy (twory tezopodobne, bez wartości logicznej); nie ma natomiast w Kongresie żadnych tezin (zarodków tez nowych). To, co można zrobić w ramach interpretacji tego utworu, to pokazać paralele między dojrzałymi przekonaniami autora a ich fabularnymi korelatami.

    Opowiadanie obraca się tematycznie, rzecz jasna, wokół , zagrożeń płynących z rozwoju cywilizacji naukowo-technicznej, rozważanych publicznie w II poł. XX w. i nazywanych „siedmioma jeźdźcami Apokalipsy”. Są to: 1. masowe i strukturalne bezrobocie; 2. przeludnienie Ziemi; 3. niszczenie środowiska naturalnego wraz z wyczerpywaniem się surowców; 4. obecność broni masowej zagłady (zwłaszcza ABC – atomowej, biologicznej i chemicznej); 5. międzynarodowy terroryzm (zdolny do użycia tej broni); 6. napięcie biedni – bogaci; 7. manipulacje genetyczne. Lem dodaje jeszcze „jeźdźca” ósmego, najmniej widocznego, a nie mniej przerażającego: 8. rozpad wiar, norm, a nawet pojęć (przykładowo, w wyniku przeszczepiania ludzkich narządów pojęcie tabu kanibalistycznego traci sens; na skutek możliwości klonowania ludzi ulatnia się znaczenie z pojęcia tożsamości osobowej). Autor czynił to – przypomnijmy – ponad pół wieku temu. Kongres to jednak nie traktat – futurologiczny czy filozoficzny – ale, wedle słów z tekstu, „nowoczesna grotecha”.

    Lem deprecjonuje futurologię, uznając ją za działalność generalnie jałową – ze względu na konstytutywną obecność przypadku w świecie. Nieprzewidywalne są bowiem odkrycia naukowe i konflikty społeczne; niepojmowalne nawet w pełni konsekwencje dokonanego, a lawinowego rozwoju technologii. To, co będzie - to „będzieje”. A z „teorii będziejów” Lem sobie kpi, przedstawiając choćby „prognostykę odlingwistyczną”, „naukę od przewidywań odjęzykowych”. Słowotwórstwo miałoby – powiada – wyznaczać, co będzie; odzwierciedlać przyszłe odkrycia. Bo skoro, choćby, obok jaźni da się powiedzieć „tyźń”, a nawet „myźń”, to zapewne w wyniku zlania się dwóch pierwszych powstanie świadomość zbiorowa. Słowa używane nabiorą też nowego sensu w przyszłości: na przykład „utopić się” pochodzić będzie od „utopii”.

    Kongres futurologiczny to Niagara neologizmów – na tym w ogromnej mierze zasadza się jego literacka atrakcyjność, emocjonalne oddziaływanie. Weźmy cudowne „żywać od żyć, jak bywać od być” (skoro „żyć będzie można kilkakrotnie”); albo – „zamawianie śnideł” (w proszku) i budzenie się rano „cały w śniakach”. Czytelnik zrywa boki jakby połknął dawkę „dwułagodka dobruchanu”. Są też rzeczy bardziej złowrogie, jak substytuty wewnętrznego zła, w tabletkach, rekompensujące brak zła czynionego, a dające przeżycia mierzone w „bitach” (jednostkach bicia) – choćby „lizaki ojcobijcze”, i przeciwne „freudylki”. Jest „bijologia” – teoria bicia. Wszystko to sprawia jednak, że treści dzieła nie widać.

    2. Fabuła

    W Costaricanie, fikcyjnej latynoamerykańskiej republice, odbywa się Ósmy Kongres Futurologiczny, dotyczący perspektyw cywilizacji dotkniętej eksplozją demograficzną i ogólniejszym kryzysem. Zostaje na niego wysłany Ijon Tichy, znany Lema bohater. Obrady odbywają się w ponadstupiętrowym Hiltonie; ścisk jest tak niemiłosierny, że na referaty (ok. 200) przewidziano po 4 minuty. Kongres jednak wyartykułowany zostaje nie referatami, a niejako samymi wydarzeniami, począwszy od zakłócania posiedzeń przez ekscesy obyczajowe, a następnie terrorystyczne.

    Na dobre masowo wybuchają zamieszki i mają wpierw miejsce brutalne działania zbrojne, ale policja używa w końcu „bemb”, czyli Bomb Miłości Bliźniego. W kraju następuje powszechne zbratanie wszystkich ze wszystkimi. Bohater, siedzący w kanałach pod zburzonym hotelem konferencyjnym, w wyniku porażenia przez terrorystów halucynogenami przeżywa sen. Przenosi się w nim w przyszłość o kilkadziesiąt lat (odbywa się Kongres LXXVI), do „nowego wspaniałego świata” – w którym panuje powszechna szczęśliwość, zapewniona ludzkości poprzez wielorakie pigułki. Mimo że obecna jest tam też zaawansowana biotechnologia humanoidalna, z powszechnymi przeszczepami i „wskrzeszeniami” na czele, świat generalnie jest mirażem, zbiorową halucynacją luksusu, drobiazgowo wywoływaną chemicznie. A raczej czymś jak narkoza dla populacji, w istocie bowiem rzeczywistość wokół pełna jest nędzy i ruin; świat zaludnia 20 mld ludzi, a w katastrofach głodowych umierają miliony. W tym „chemicznym humbugu”, ustanowionym ze względów humanitarnych, wszelkie zachowania ludzkie, nie tylko percepcje, determinowane są z zewnątrz medykamentami, przede wszystkim podawanymi niejawnie przez rządy i korporacje. Obok substancji niezbędnych i obowiązkowych (jak choćby „sakryficyna” dająca zapał do pracy) udostępniona jest cała gama dobrowolnych, do wyboru, do koloru (np. różne „preparaty wiaropędne”). „Rzeczowidztwo” zaś dane jest jedynie elitom władzy, poza nią nielegalne. Lem nazywa pogardliwie ten stan świata „psywilizacją”, a jego bohater się jego ustrojem brzydzi.        

    3. Monod

    Czy sen jaki się przydarzył Tichemu mógłby się ziścić, czy baśń albo dystopia snuta przez Lema dałaby się zrealizować? Czy przedstawiona „farmakokracja” („kryptochemokracja”) wchodzi w ogóle w grę? Otóż nie, i to z powodów zasadniczych, metafizycznych, tj. ze względu na naturę ludzką. Dla Lema było to jasne przynajmniej od czasu Dialogów. Chemicznie można by w skali masowej stymulować ludzkie skłonności gatunkowe, ale nie indywidualne. To drugie wymagałoby chemii spersonalizowanej. Steruje nami bowiem przyrodzona chemia własna, osobnicza, i trzeba by aplikować 8 miliardom ludzi – każdemu inne – „maskony”. A to niewykonalne technicznie, ale i przeciwcelowe z punktu widzenia decydentów. Można by zbiorowo i w jednaki sposób tłumić czy amplifikować popędy, lecz nie talenty; da się uniwersalnymi preparatami zakłócać działanie intelektu, czy odzyskiwać zakłóconą jego sprawność, lecz nie wyzyskiwać go twórczo.

    W tymże roku 1970, obok Kongresu ukazała się książka Przypadek i konieczność francuskiego genetyka Jacquesa Monoda, którą Lem przeczytał w oryginale już dwa lata później (wydana w Polsce w 1979 r. w drugim obiegu; oficjalnie dopiero po 52 latach!). Mowa w niej o „chemii człowieczeństwa”, a informacje pochodzą z pierwszej ręki, od światowego formatu uczonego (Nobel 1965). W zgodzie z nim powiada Lem[1]:

    (…) szlachetne odruchy ludzkie, wraz ze wszystkimi innymi, są zaprogramowane genetycznie.

    Dzisiejsi zaś humaniści, w duchu neołysenkizmu[2], zwykle oponują wobec determinizmu genetycznego, wręcz z niego drwią – mówiąc, że „DNA tylko koduje białka”. I na tym ich stanowisko „się kończy”. Pojęcia nie mają o roli białek (a jest ich u człowieka ok. 1 mln – różnych). Nauka natomiast pokazuje, że białka to maszyna cyfrowa. Czytamy u Monoda[3]:

    (…) Białka są cząsteczkami, które ukierunkowują działalność maszynerii chemicznej.
    (…) Każdą dowolną właściwość lub strukturę teleonomiczną istoty żyjącej można w zasadzie analizować w kategoriach oddziaływań stereospecyficznych jednego, wielu lub bardzo wielu białek. (…) Ultima ratio wszystkich struktur i właściwości teleonomicznych istot żyjących jest zatem zamknięta w sekwencjach reszt aminokwasowych łańcuchów polipeptydowych, „embrionach” owych biologicznych demonów Maxwella, jakimi są białka globularne.

    Krótko mówiąc – wszelkie ludzkie skłonności (dyspozycje do zachowań) determinowane są przez (indywidualny) genotyp, a zachowania sterowane wprost poprzez osobnicze układy białek wywiedzione z genotypu. Gdzie tu miejsce na wolną wolę? Otóż jest miejsce. Posłużmy się prostym rysunkiem porównującym dwa układy sterujące, a objaśniającym mechanizm ludzkiego działania.

        

     Rys.1. Schemat działania dwóch „maszyn cyfrowych” – artykułujących informację

    Układy te nie są równorzędne. Drugi, na przykład, sam siebie buduje – z pierwszego członu, i wielorako reaguje na zmiany środowiska. W tych reakcjach mózg sterowany jest przez wytworzone białka, przez programy białkowe rodem z DNA. Przyroda testowała ten mechanizm przez 3 mld lat, dlatego jest tak skomplikowany i doskonały. Pierwszy zaś układ (elektroniczny) tworzy człowiek, góra od 100 lat – jest on więc prymitywny. (Nagrana cyfrowo na płycie informacja, np. muzyka Chopina, zamieniana jest w odtwarzaczu na sygnał analogowy, który poprzez wzmacniacz steruje głośnikiem, a ten muzykę emituje). Ale analogie są czytelne (gdyby wzmacniacz „reagował”, serwując samemu płyty z różną muzyką, byłyby pełniejsze). Wspólne jest to, że sterowanie idące ze środowiska zmienia tylko „natężenie, barwę i pasmo rezultatu końcowego” – sygnał może być wyzyskany bądź temperowany, ale nie zmieniony w treści (jak chcą zwolennicy Łysenki). Jeżeli są u kogoś zapisane skłonności złodziejskie, to można je wyciszyć, ale nie zlikwidować. W tym tylko wolna wola.

    Wartości nie są zapisane w genach, ale kodowane są w nich (w wyniku antropogenezy) indywidualne nastawienia do określonych sytuacji życiowych (jak kradzież, gwałt czy tykanie zwłok, powszechne przecież u małp i zapewne niegdyś u hominidów). To są „odruchy zaprogramowane genetycznie”. Zapisane są także – co stanowi o ludzkiej osobliwości – nastawienia, niejako awansem, do werdyktów własnego rozumu. To rozum rozpoznaje wartości, dzięki wrodzonym czuciu i logice (językowi). Dlatego zdania o wartościach bolą – i to w dwójnasób: jednych, gdy im się sprzeniewierzają, drugich – gdy poddają. Zdania, rzecz jasna, także nie tkwią w DNA, ale stosunek do własnych ocen tkwi: dodatni to sumienie, ujemny – antysumienie[4]. To są „odruchy szlachetne”, wedle słów Lema, albo podłe. W genotypie tkwi ponadto stosunek do śmierci, przypadku i drugiej osoby. Z powodu takiej konstrukcji nie jesteśmy, jak inne zwierzęta, „automatami”, „możemy korygować” indywidualne prawa naszych zachowań (tzn. bywają one w nas korygowane). Lem mówi: „rozum to wolność wewnętrzna” (w sensie – niepełna konieczność).

    Wróćmy do Kongresu futurologicznego. Lem w nim pisze:

    Wszystko bowiem, co istnieje (tj. jawi się – P.O.) jest zmianą natężenia jonów wodorowych na powierzchniach komórek mózgu. Widząc mnie, doświadcza pan w gruncie rzeczy zmian równowagi sodowo-potasowej na membranach neuronów. A więc dość jest wysłać tam, w mózgowy gąszcz, nieco dobranych molekuł, abyś jako jawę przeżył spełnienie rojeń.

    To literackie uproszczenie na potrzeby fabuły. „Nieco dobranych molekuł” to musiałyby być substancje skrojone do osobniczych białek. Tylko wtedy można by „od środka” zmieniać treść czyichś zachowań. Lem kiedyś oceniał – że rozpoznanie zależności między genami, białkami a zachowaniami zajmie ludziom ok. 200 lat[5]. 

    Snem z Kongresu autor ilustruje eskapizm współczesnego Zachodu i porażającą dewastację jego kultury, prowadzącą do powszechnej anarchizacji, a wiodącą dalej do despotyzmu. Ale pokazuje także niezbywalność podstaw kultury i ludzkiego życia w ogóle. Ludzkość jest mianowicie „różnolita”, skazana na plemienną walkę (w najlepszym razie konkurencję), a sumienia – u tych, co je mają – nie dają się ostatecznie zagłuszyć. Totalizm, w takim razie, zawsze płynący ze złej woli, może być jedynie w swym ostatecznym działaniu prymitywny, i opierać się na zwykłym gwałcie – jak to widać na Ukrainie AD 2022 i 2023 (a wcześniej choćby w latach 1932-1933). Nie ma urabiania świadomości społecznej innego niż tradycyjne – poprzez kanał kulturowy (choć ten może być niebotycznie wzmocniony przez technologię); nie da się stworzyć „ukrainozolu” czy „rusolidolu”. I być też nie może dobrowolnego zbiorowego pogrążenia się w ułudzie, choćby ze względu na świat islamu i Chiny, nie mówiąc o zagrożeniu przez najzwyklejsze sekty. Kongres zaczął się od zamieszek, i to jest stan świata permanentny – mówi Lem. Ludziom dobrej woli zostaje stałe czuwanie, jak na obrazie Rembrandta Night Watch. I walka.        

    4. Dostojewski

    Lem kpi sobie z utopijnych (scjentystycznych czy humanistycznych) wyobrażeń o ludzkiej cielesności i duchowości, tak dziś masowych. Dlatego „bemby” budzą gromki śmiech, dlatego też – faktycznie – komiczność Kongresu przesłania jego istotną treść. W istocie tę groteskę Lema należałoby zestawić nie z prymitywnym ideowo Matrixem, a z dziełem nad dziełami – z Legendą o Wielkim Inkwizytorze Dostojewskiego. Czytamy w nim: „(…) zgnębili wolność po to, aby uszczęśliwić ludzi”[6]. O istotę wolności chodzi, czy szerzej – o naturę ludzką, nie o środki farmakologiczne czy atrakcyjne wizualnie zasłanianie rzeczywistości iluzją.

    Geniusz Dostojewskiego prorokował powstanie państwa totalnego, na 40 lat przed jego realizacją. (Nie ma już w Rosji takich Rosjan – równych Homerowi czy Szekspirowi - zostali wytępieni przez aparat KGB, budowany konsekwentnie przez ponad stulecie)[7]. Państwo takie musi stać na szalbierstwie, zawsze. Czytamy: „Twój Inkwizytor nie wierzy w Boga, oto cała jego tajemnica!”[8]. I dalej[9]:

    (…) widzi (on – P.O.), że trzeba iść za wskazaniem mądrego ducha, straszliwego ducha śmierci i zagłady, a zatem przyjąć kłamstwo i oszustwo i prowadzić ludzkość świadomie ku śmierci i zagładzie, i oszukiwać ją przez cała drogę, aby nie zauważyła, dokąd się ją prowadzi, aby godni politowania ślepcy przynajmniej w drodze byli szczęśliwi.

    Ale dlaczego ci ślepcy dają się prowadzić? „Albowiem tajemnica ludzkiego istnienia nie jest w tym, aby tylko żyć, lecz w tym, po co żyć[10]”. (U Lema to samo: „Zawsze idzie w końcu o ducha, nie o ciało”). Dlatego – dla sensu życia

     – ludzie imają się rozmaitych wiar. A te mogą być jak koń trojański. Powiada Dostojewski[11]:

    (…) albowiem człowiek szuka nie tyle Boga, ile cudu. I ponieważ nie może żyć bez cudu, więc stworzy sobie nowe cuda, już własne, i kłaniać się będzie cudom znachorskim, babim czarom (…).

    Te „nowe cuda”, „babie czary” to choćby „farmakokracja” czy „Wielka Rosja”. Można zatem porzucić chrześcijaństwo i wybrać Molocha (nad czym ubolewał dojrzały Lem). Taki jest koszt wolnej woli: „Nie ma nic bardziej ponętnego dla człowieka nad wolność sumienia, ale nie ma też nic bardziej męczącego”[12].
    I konkluduje największy z pisarzy[13]:

    Istnieją trzy siły, tylko trzy siły na ziemi, które mogą na wieki zniewolić i zjednać sumienia tych słabych buntowników dla ich szczęścia. Te siły – to cud, tajemnica i autorytet.

    A jeśli się odrzuci Chrystusa, „wieki miną i ludzkość oznajmi przez usta swojej mądrości i nauki, że nie ma zbrodni, a więc i nie ma grzechów, że są tylko głodni”[14].

    I to właśnie mamy odmalowane w Kongresie. Mylące są jednak literalnie odczytane słowa jednego z bohaterów w zakończeniu dzieła: że jesteśmy oto zniewoleni sytuacją obiektywną (kryzysu), nie czarną intencją. (To kłamstwo: jedno drugiego nie wyklucza, jak w ZSRR Stalina). Nie od siebie wszak Lem je wypowiada. Będą was uwodzić wizjami szczęścia, za które chętnie życie i dusze oddacie – to pokazuje.  „Eschatologiczny Narkotyzer” z Kongresu to Wielki Inkwizytor[15] - ktoś, kto przeczy, że jest diabłem, choć nim jest; „ojciec kłamstwa” (Ew. Jana 8.44), autorytet bez sumienia.

     


    [1] Tako rzecze Lem, Kraków 2018, s. 387.

    [2] Pogląd głoszący, że talenty są u ludzi w pełni plastyczne, nabywane indywidualnie „w sposób wolny”, na bazie wspólnych jakichś predyspozycji gatunkowych.

    [3] J. Monod, Przypadek i konieczność, przeł. J. Bukowski. Warszawa 2022, s. 80; 81; 148.

    [4] Por.: S. Lem, Lubią albo muszą, „Znak” 1998, nr 5. Zdaniem Lema, jeżeli kogoś boli jakaś powinność, to lubi czynić zło; jeżeli nie boli (a je czyni), to czynić musi (przez sankcje albo wiarę).

    [5] Por.: S. Lem, Musztarda po obiedzie (1977), w: P. Okołowski, Głos Pana Lema, Kraków 2021, s. 428.

    [6] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat. Warszawa 1984, s. 299.

    [7] Tak myślał Cz. Miłosz: „A Rosja? Z kogo tam składa się ludność, strach pomyśleć, po latach terroru, kiedy przeżywali ci, co denuncjowali sąsiada, nie ci, którzy denuncjować nie chcieli” (Rok myśliwego, Kraków 1991, s. 258). Zapewne podobnie myślał Lem – w duchu teorii doboru naturalnego (jawnie tu zakłóconego) i genetyki populacyjnej.

    [8] F. Dostojewski, dz. cyt., s. 311.

    [9] Tamże.

    [10] Tamże, s. 302-303.

    [11] Tamże, s. 304.

    [12] Tamże, s. 303.

    [13] Tamże.

    [14] Tamże, s. 300-301.

    [15] „Bezbożna i antychrześcijańska miłość do człowieka i ludzkości jest centralnym problemem Legendy o Wielkim Inkwizytorze. (…) W Legendzie Dostojewski bardziej miał na uwadze socjalizm niż katolicyzm” (M. Bierdiajew, Światopogląd Dostojewskiego (1923), tł. H. Paprocki, Kęty 2004, s. 72; 111). I Dostojewski, i Bierdiajew nie dostrzegali jednak, że idea Wielkiej Rosji także może się stać domeną Inkwizytora.

    Komentarze (0)

    Czytaj także

    Racjonalizm tychiczny Bogusława Wolniewicza

    „Świat jest wszystkim, co jest faktem” – na tej idei wziętej z Traktatu Wittgensteina Wolniewicz zbudował swoją ontologię sytuacji (modalną, nie reistyczną czy temporalną).

    Paweł Okołowski

    12 min

    O istocie miłości

    Dwie są takie rzeczy, nazywane też „szczepionkami przeciw złu”: wiara i miłość. Można jeszcze inaczej je nazywać: miłością do spraw i miłością do osób. Rozróżnił je Arystoteles.

    Paweł Okołowski

    10 min